sobota, 15 marca 2014

Chorwacja po raz drugi - Orebić na półwyspie Peljeśac.

Cel: Orebić na półwyspie Peljeśac - Chorwacja (Południowa Dalmacja)

Trasa do: Opole - Ołomuniec - Brno - Mikulov (Czechy) - Poysdorf - Wiedeń - Graz - Mureck (Austria) - Lenart - Ptuj (Słowenia) - Vukmanicki Cerovac pod Karlovacem (nocleg) - Ston - Orebić. 

Trasa powrotna: Orebić - Trpanj (prom) - Ploce - Karlovac (Chorwacja) - Ptuj - Lenart (Słowenia) - Kalsdorf bei Graz (nocleg-Oekotel) - Graz - Mariazell (przystanek/zwiedzanie) - Melk (przystanek/zwiedzanie) - Krems (Austria) - Brno - Ołomuniec - Bruntal - Krnov (Czechy) - Opole.

...................................................................................................................................................................

Postawiłem na biurku filiżankę świeżo zaparzonej kawy i ponownie podszedłem do okna. Jak sięgnąć okiem, wokół domu panowała ciągle jeszcze zima. Śnieg dawno przestał być biały, zrobił się szary i brudny - obryzgany błotem przez auta i zadeptany przez ludzi. Nie było nadziei, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Od dwóch dni nad wszystkim panował siarczysty mróz. Uliczna brzydota zastygła jakby na wieki. Kiedy to się skończy – pomyślałem. Czekałem na odrobinę słońca i nadziei. Wczoraj przy dojeździe do skrzyżowania wpadłem autem w poślizg i o mało nie wylądowałem na chodniku. Męczy mnie to do dzisiaj. Nie lubię takiej zimy i nie lubię takich sytuacji. Pewnie dlatego stęskniony, wyglądam coraz bardziej wiosny. Ciągle w dość kiepskim nastroju, usiadłem chwilę później w fotelu i uniosłem bezwiednie moją ulubioną filiżankę. Wtedy wśród rozrzuconych na biurku gazet, zobaczyłem jakiś pstry wakacyjny tytuł. To nie była ani oferta, ani tym bardziej żadna ulotka. Wziąłem więc do ręki i dałem się szybko wciągnąć w ten tekst. W jednej chwili przeniosłem się gdzieś zupełnie daleko. Byłem  w  podroży pomiędzy niebem, a ziemią błądząc krętymi drogami nad bezkresnym i błękitnym Adriatykiem. Poczułem ulgę i  jakieś takie wrażenie, że coś niesie mnie na skrzydłach w bajeczne i dawno już wymarzone miejsce.  No i chociaż tyle tego dobrego w to zimowe popołudnie - pomyślałem, spoglądając w zaszronione okno. Wtedy przypomniałem sobie o Jurku.  To facet, który o Chorwacji wie wszystko, albo prawie wszystko. Znam go dobrze, więc chyba jutro zadzwonię i popytam o wakacyjne tematy w tamtych stronach  - przeszło mi nagle przez myśl. Tak się jednak nie stało. Sprawa jakoś mi uciekła, ale na szczęście po kilku dniach wróciła. Rozmowa była przyjemna, rzeczowa i zachęcająca - tak jak myślałem -  do urlopowych decyzji. Nie było nad czym się zastanawiać, teraz już się nie wahałem. Na początku czerwca jedziemy do Orebića  - na półwyspie Peljesac.  Wiedziałem,  że to dobra decyzja.
Chorwacka autostrada.
Desperaci jeżdżą na wakacje w szczycie, gdy są korki, tłok i najwyższe ceny, a my ludzie wolni robimy to zupełnie inaczej. Dla nas na Chorwację zawsze dobry jest początek czerwca lub pierwsza połowa września. Same zalety: jest już (albo jeszcze) ciepło, a czasami nawet gorąco, na drogach nie ma korków, na plażach nie ma tłumów, w restauracjach wolne miejsca, ceny są  niższe, a właściciele pensjonatów niezwykle uprzejmi. Tak też jest i tym razem. Pokoje znaleźliśmy w hoteliku, położonym pięćdziesiąt metrów od brzegu morza. Cud malina, nic, tylko jechać, więc co? - jedziemy.
Południowa Dalmacja.
Przed nami długa droga, do przejechania mamy w sumie  1332 kilometry w jedną stronę. Wybrałem wypróbowaną przez Jurka trasę: Opole - Ołomuniec - Brno - Mikulov - Wiedeń - Graz - Mureck - Lenart - Ptuj - Karlovac - Orebić. Nie chce mi się pokonywać tej drogi, za jednym zamachem - jak na mnie to zbyt wiele, to męczące i chyba nawet niebezpieczne. Nie przepadam też za biciem rekordów ani czasu, ani  odległości. Znam ludzi, którzy do Czarnogóry potrafią jechać bez przerwy, by na koniec przysnąć na skrzyżowaniu i złapać mandat na czerwonym świetle. Patrzę na to trochę inaczej. Podróż powinna mieć coś w sobie: i z rozsądku i z przyjemności. Złamiemy więc tę trasę na pół. Dlatego zaproponowałem nocleg  w pensjonacie pod Karlovacem  - w Vukmanickim Cerovacu.
Plantacje mandarynek w delcie Neretwy
Gdy wjechaliśmy -  późnym popołudniem -  na podwórko, Maria stała na balkonie. Machnęła ręką na powitanie, jakby chciała powiedzieć - cieszę się, że wreszcie jesteście. To było miłe, lubię jak ktoś na mnie czeka. Anonsował nas tu - nasz wspólny znajomy -  Jurek, więc to tak jakbyśmy się trochę znali. Wiem, że opowiadał jej o nas, a nam opowiadał o niej. Jurek zna się z Marią od dawna, to jego stale miejsce odpoczynku na dalekich trasach. Dobre miejsce. Na tarasie czekała już kolacja, ale ja potrzebowałem teraz jednak  najbardziej kąpieli. Gdy przysiadłem się chwilę później z mokrą głową do stołu było już wesoło. Siedziałem cały dzień za kierownicą, wiec zmęczenie brało -  tym razem także - nade mną górę. Potrzebowałem snu. Kieliszek rakii - od Marii - dopełnił reszty, więc przeprosiłem towarzystwo i poszedłem spać. O szóstej rano świat wyglądał już zupełnie inaczej, a zalatujący od kuchni zapach świeżo parzonej kawy, postawił mnie natychmiast na nogi. Byłem gotów znowu jechać setki kilometrów.
Koniec autostrady.
Na  styku chorwackiej i bośniackiej granicy, skończyła nam się autostrada i zaczęła się nowa jakość. Piękne widoki, ale za to marne drogi, rozklekotana ciężarówka i na koniec stado krów - na środku jezdni - idących prosto w naszą stronę. Sporo emocji jak na pierwsze dziesięć kilometrów prowincjonalnej szosy.  Szybko zrozumiałem, że tylko rozsądek i anielska cierpliwość mogą nas uratować. Zatrzymałem więc spokojnie auto i z wrażenia chyba  na chwilę wstrzymałem oddech. Zwierzęta były wszędzie: parły z przodu z lewej i prawej strony, a po chwili wyszły już nawet z tyłu samochodu. Otoczyły nas z każdej strony - jakby wzięły nas do niewoli. Gapiły się tym swoim cielęcym wzrokiem, obwąchiwały, prychały nozdrzami i wymachiwały długimi ogonami. Nie było w tym  jednak żadnej wrogości, ani przejawów agresji. Nie dotykały nawet auta, a jedynie przechodziły, tak jak przechodzi morska fala. W samochodzie zapanowała kompletna cisza. Wszyscy zaniemówili, a one sunęły tak sobie, tuż obok nas, tym swoim wolnym i jednostajnym krokiem. Pomyślałem wtedy, że to wygląda tak, jak scena z któregoś  - nie pamiętam już którego - filmu Kosturicy. Brakowało mi tylko muzycznego motywu Bregovića. Nie wiadomo śmiać się czy płakać. Gdy droga znowu zrobiła się wolna, pozostał z nami - jeszcze przez chwilę -  jedynie bydlęcy smród i zdumienie. No i kilka gównianych placków na rozgrzanym asfalcie. Jedynka, dwójka, trojka i wreszcie czwórka, znowu jedziemy, uf co za ulga. Nikt nic nie mówił.
Przed nami Orebić.
Historia z krowami już dawno została za nami. Za każdym zakrętem i za każdą górą zawsze coś nowego.  Jazda znowu sprawia mi przyjemność, tym bardziej, że w aucie zrobiło się wesoło. I tak, w miłej atmosferze - w samo południe -  dotarliśmy do zjazdu  z Jadranki na półwysep Peljesac. Z żółtej tablicy przy drodze numer 414 dowiedziałem się, że do Orebićia zostało nam jeszcze tylko 64 kilometry. - To dobrze, już niedaleko, jeszcze trochę cierpliwości i będziemy na miejscu  - pomyślałem. Za Stonem jednak drogi stają się węższe, a jazda jest już zupełnie inna - przede wszystkim o wiele wolniejsza. Po kilku kilometrach w samochodzie zapanowała znowu cisza i pojawiła się ociupina złowrogiego napięcia. Czułem, że wszyscy patrzą mi teraz na ręce i od tej chwili  zrozumiałem, że mój optymizm był chyba przedwczesny, a instynkt zalecał wyjątkową ostrożność.
- Jeżeli chciałbyś  jeszcze trochę pożyć i zobaczyć to i owo zwolnij, zwolnij i jeszcze raz zwolnij, o tak, teraz dobrze, tak możesz jechać  - nieustannie kołatało mi w głowie. Teraz w  samochodzie byłam tylko ja i grobowa cisza - mój przyjaciel i sprzymierzeniec.
Zakręt za zakrętem i jeszcze jeden zakręt i tak w koło. Aż wreszcie za kolejnym razem ukazała się - przed nami - rozległa i niezwykłej urody panorama. Gdzieś tam wysoko, pod samym niebem zamajaczył biały szczyt góry świętego Eliasza, niżej zielone gaje i czerwone dachy domów aż do samej linii brzegu,  który białą kreską  dotyka szerokiej i pomalowanej na niebiesko  zatoki. Wreszcie jesteśmy na miejscu - kamień z serca. Przed nami pojawił się Orebić - cel naszej podróży. 
Orebić po zachodzie słońca.
Półgodzinna drzemka - jeszcze tego samego dnia - w hotelowym łóżku, dobrze mi zrobiła. Wstałem i zacząłem rozglądać się na różne strony z naszego balkonu. Moje wyobrażenia - sprzed miesięcy -  o tym miejscu wypełniały się teraz prawdziwymi obrazami. No cóż, tak chyba spełniają  się marzenia, pięknie tu - pomyślałem spoglądając na błękitną zatokę i biały prom, który znienacka pojawił się od strony portu w Orebicu. I wtedy przypomniała rozmowa z dostawcą towaru do naszego sklepu, który często zagadywał mnie tematami o podróżach. Pamiętam jak usiedliśmy kiedyś na zapleczu, a on zaczął pokazywać mi kolorowe zdjęcia z Dubrownika, Orebica i Korculi. Opowiadał z pasją, a ja słuchałem z otwartą gębą. Dawno to było, ale zaimponował mi wtedy, bo  nie wyobrażałem sobie wcześniej, że można tak po prostu wybrać się samochodem  aż do Dubrownika. Tak właśnie było. Pamiętam też, że chyba nawet mu zazdrościłem. To była jednak fajna rozmowa. No i  teraz  jakoś tak - jak dobre wspomnienie -  wróciła, wygrzebana z zakamarka pamięci. Zamyśliłem się. Prom już dawno zniknął, a ja dalej stałem na balkonie.
Prom na Korczulę. 
Mamy skromny pokój, ale za to widok jak z najlepszego, pięciogwiazdkowego hotelu. Przez zielone, piniowe konary patrzę w głąb ciągnącej się aż do gór błękitnej zatoki i parterowego miasteczka z niewielkim portem. Każdego ranka ruszają stąd pierwsze promy na Korczulę. Paradnie przepływają pod naszym balkonem, a potem znikają gdzieś za drzewami. Z wdzięczności, od razu napisałem do Jurka dziękczynnego sms-a. To przecież on doradził nam wyjazd do Orebića. Nigdy mu tego nie zapomnę. To piękne miejsce. Odnoszę zresztą wrażenie, że cały półwysep jest niezwykły. To w wielu miejscach dzika przyroda, malowniczo położone wioski w otoczeniu gór, a także urokliwe mniejsze i większe zatoki z plażami. Wiele miejsc, zajętych jest tu przez gaje oliwne. Wokół ciągną się rozległe piniowe lasy, cyprysowe zbocza i stoki porośnięte szałwią. Tutejszy klimat sprawia, że to także idealne miejscem na uprawę winorośli. Są tu ponadto enklawy, zupełnie nie odkryte dotąd przez tłumy. Dlatego kto szuka, ciszy, spokoju, a nie daj bóg samotności, to lepiej nie mógł trafić. Tak właśnie zrobił podobno, znany polski autor wielu programów kulinarnych Robert Makłowicz. Gdzieś tam wśród winnic w maleńkiej wiosce, kupił sobie stary dom i od czasu do czasu zjawia się tu. I chyba ma rację. Półwysep Pelješac  jest rzeczywiście urzekający  i pewnie zrobiłbym tak jak Makłowicz gdybym tylko miał pieniądze.  
Hotel Bellevue Orebić
Półwysep Peljeśac. 
Orebić – leży u podnóża wysokiej na 960 m n.p.m. góry św. Eliasza. Widok szczytu i rozległego białego  masywu  jest imponujący. Ten wielki nadnaturalny, szeroki skalny garb ciągnie się przez ponad sześć kilometrów wzdłuż półwyspu i okazuje się, że ma niezwykle istotny wpływ na pogodę w tym rejonie - szczególnie właśnie w Orebiću. To jest  taka skalna zapora, jakby  ściana, która  nie przepuszcza niżu z północy i chroni tym samym południową część półwyspu. Dzięki temu  tu zawsze świeci słońce. Gdzie indziej mogą być ulewy i burze, ale nie tu. Jest w tym jakaś magia. Góra daje coś od siebie i ludzie są jej za to wdzięczni.
Zatoka koło Orebicia.
Przez środek miasteczka, równolegle do brzegu, biegnie najważniejsza ulica. To ona dzieli Orebić na część nadmorską i podgórską. Jest jednocześnie - z całą pewnością -  doskonałym punktem orientacyjnym dla szwędających się  tu wszędzie turystów. Zadbane domy toną w kolorach barwnych krzewów i kwiatów, a także kryją się czasami w cieniu dorodnych piniowych sosen. Z wielu miejsc rozciągają się tu niezapomniane, cudne  panoramy. Jedna piękniejsza od drugiej, a wisienką na tym torcie jest widok na miasteczko Korczula -  po drugiej stronie kanału. Jednym z najlepszych punktów widokowych w okolicy jest miejsce na stoku wielkiej góry, obok kościoła Gospa od Angela i klasztoru Franciszkanów. Pocztówkowy obrazek. Ale ładne widoki mamy także i my, z naszego tarasu, tu gdzie każdego dnia jadamy śniadania i obiady. To doskonałe miejsce. Od stołu można zejść stąd wprost do morza i na niewielką plażę.
Marina w Orebiciu.
Utwierdzam się w przekonaniu, że początek czerwca to doskonała pora na wakacje w tych stronach. Jest już ruch, są turyści, otwarte knajpki, ale nie ma jeszcze tłoku, nie trzeba stawać w kolejkach, nikt nikogo nie popycha i nie pogania. Jest przyjemnie, wszystko dzieje się tu  bez pośpiechu. Czuję przyjazną i miłą atmosferę. Już pierwszego dnia,  ciekawość zaprowadziła nas do portu. Tak naprawdę tu zaczynamy naszą wędrówkę po Orebiću oraz po bliższej i dalszej okolicy. I być może tu, zrobimy za kilka dni jakieś podsumowanie, przy kieliszku wina, albo kuflu piwa. To świetne miejsce. Pomyślałem też, że na pewno kiedyś trzeba by popłynąć  stąd na Korczulę. Dlatego poszedłem betonowym pirsem, aż do miejsca gdzie odbywa się załadunek samochodów na promy. Szczerze mówiąc to zaprowadziła mnie tam ciekawość, a być może nawet lęk albo obawa,  czy poradzę sobie z naszym autem - przy ewentualnym -  wjeździe na pokład. Tak, tak to chyba było. No i wróciłem spokojniejszy. Spacer dobrze mi zrobił. Gdy usiedliśmy przy stoliku na nabrzeżu pod palmami, zamyśliłem się, patrząc bezmyślnie na rozkołysane łodzie w marinie. Było mi teraz dobrze, dawno tak się nie czułem. Ciepło, delikatny wiaterek, szum morza i mała czarna na stoliku. Mógłbym tak siedzieć bez końca.
Klasztor Franciszkanów. 
Mamy jeszcze sporo czasu, kawał dnia przed nami, wiec ruszyliśmy w stronę klasztoru Franciszkanów. To na stoku św. Eliasza z podejściem od strony hotelu Bellevue. Klasztorne budynki uczepiły się tu stromej skarpy nad gajem strzelistych cisów. Widok z nad morza zachęca każdego ciekawskiego obserwatora, do podejścia pod mury sterczącego na skale kościoła. I choć droga  wydaje się z dołu karkołomna, to  w istocie jest zupełnie inaczej. To najzwyklejsza w świecie łatwizna. Można tu nawet podjechać samochodem, ale to wariant, tylko dla patentowanych leni - tak przynajmniej uznała Ela. My idziemy pieszo i tak szczerze mówiąc to też był jej pomysł. Wąska, asfaltowa dróżka pnie się tu najpierw  łagodnie gęstym, piniowym lasem, by po dwustu metrach skręcić zdecydowanie w lewo i przejść na odkrytą część górskiego stoku. Wyszliśmy z cienia w stronę ostrego słońca i czystego nieba, a po chwili zza krzewów wyłoniła  się cudowna panorama. Idziemy więc wolno, bo naprawdę jest się czym się  rozkoszować. Szkoda każdej chwili. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem  wtedy w dole,  miasto z pomarańczowoczerwonymi dachami nad zatoką. To Orebić.
Widok z klasztornej skarpy.
I tak dotarliśmy wreszcie do celu. Znaleźliśmy się na wzgórzu, które jeszcze niedawno oglądaliśmy z nadmorskiej plaży. Trochę chyba się jednak zaziapałem, bo coś mi w podświadomości kazało szukać miejsca do odpoczynku. Natalia z Beniaminem zajęli ławeczkę pod klasztornym murem, a ja i Ela w końcu zalegliśmy na trawniku. Po chwili mój oddech zrobił się miarowy, a puls zaczął się  uspakajać. Wiedziałem doskonale z przewodnika, co to jest za miejsce. To właśnie  tu stoi kościół Gospa od Angela (Matki Boskiej Anielskiej) i gotycki klasztor z piętnastego wieku. Z wyrytych napisów, można wywnioskować, że na tutejszym cmentarzu chowano wybitnych i zasłużonych mieszkańców Orebicia. Tu spoczywali i dotąd z góry spoglądają zapewne  na swoje miasto. To ciekawe miejsce także dlatego, że widać stąd całą okolicę - doskonały punkt widokowy. Panorama na wyspę i miasteczko Korczula oraz błękitny, szeroki kanał dzielący  je od półwyspu nie ma sobie równych. Takie rzeczy można zobaczyć tylko tu, albo we snach. No, może czasami na okładkach folderów podróżniczych. Rzeczywiście jest pięknie - przybyłem więc, zobaczyłem i zabieram ten obraz ze sobą.
Klasztor Franciszkanów na górze św. Eliasza. 
Spojrzałem na zegarek w nadziei, że jeszcze nie jest zbyt późno i nie zawiodłem się. Było dopiero w pół do drugiej.
- Nie ma się co spieszyć, mamy jeszcze dużo czasu - powiedziałem dość głośno, tak aby nie było wątpliwości.
I wtedy z oddali, od strony miasta dało się słyszeć narastający głos jęczącego silnika ciężarówki, wdrapującej się pod górę. Gdy ukazała się zza zakrętu tajemnica od razu się wyjaśniła, to była zwykła śmieciarka. Dziwnym zbiegiem okoliczności, z przeciwnej strony powoli zbliżał się błyszczący  mercedes na żółtych, holenderskich tablicach. Był coraz bliżej mnie i wtedy przyjrzałem mu się uważnie. Widziałem, jak kierowca rozmawia z kobietą siedzącą obok i co chwilę oboje  uśmiechają się.
- Sympatyczni ludzie, tylko po jakiego diabła wjechali tu samochodem - pomyślałem.  To wszystko. W jednej chwili straciłem zainteresowanie eleganckim mercedesem, założyłam ciemne okulary i zacząłem rozglądać się po okolicy. Ela z Natalią siedziały na kamiennym murku, a Beniamin cykał zdjęcie za zdjęciem. Tylko warkot silnika ciężarówki, burzył ten idealny świat. Auto jechało teraz środkiem  drogi i to wprost na zbliżającego się z przeciwnej strony Holendra. W jednej sekundzie zorientowałem się, że kierowca nie zamierza ustąpić, a sytuacja staje się dramatyczna.
- Cholera, zaraz będzie tu jakaś masakra - zakląłem pod nosem.  Serce zaczęło walić mi coraz mocniej i wtedy zobaczyłem twarz Holendra. Był przerażony. Najpierw zdecydowanie  zatrzymał auto, a po chwili zaczął gwałtownie cofać, jakby nie wiedział, że tuż za nim jest przepaść. Był zupełnie zaskoczony, szczególnie gdy  tyłem samochodu uderzył w drzewo. Jeszcze wtedy chyba nie zdawał sobie sprawy, że tym razem los się do niego uśmiechnął. Tuż za nim kończyła się krawędź skarpy, a samochód mógł polecieć w dół. Gdy wysiadł z auta, spojrzał najpierw na mocno wgnieciony bagażnik, a potem na starego poranionego cisa i chyba zrozumiał że jest jego dłużnikiem. Uśmiechnął się jakby sam do siebie, a potem wrócił do samochodu i usiadł za kierownicą. Usiadł, siedział bez ruchu i tępo patrzył przed siebie. Wiedział chyba, że popełnił błąd, który mógł go drogo kosztować. Kobieta jeszcze przez chwilę stała roztrzęsiona koło starego cisa, spoglądając w dół. Nie było żadnej awantury. Byłem zdumiony. I gdy spojrzałem w prawo, zobaczyłem jak śmieciarka znika za zakrętem, tuż obok młodego oliwnego gaju.
Widok na Korculę. 
Wielką zaletą Orebićia  jest jego atrakcyjne położenie. Blisko stąd do wielu ciekawych miejsc. Wypisałem tę listę kiedyś w notesie i pamiętam, że na pierwszym miejscu było  miasto Korcula na wyspie Korcula.  To taki  pyszny kąsek, w zestawie wyśmienitych dań  południowej Dalmacji, coś co nęciło mnie od dawna i od dawna chciałem tam być. A teraz - proszę -  wszystko jest w zasięgu mojej ręki. Każdego dnia, z tarasu na którym jadamy posiłki, spoglądam w stronę tego miasteczka. Bajeczny  widok. Znad białych, potężnych murów, wystają pomarańczowo - czerwone dachy kamienic i strzeliste wieże kościołów. To perła architektury śródziemnomorskiej - jak magnes przyciąga i zaprasza. Nie ma więc na co czekać. Wyruszyliśmy w niedzielę, zaraz po śniadaniu. Było nas znowu czworo: Natalia, Beniamin, Ela i ja. Tym razem, już bez lęków i obaw,   powoli wjeżdżałem naszym autem na pokład promu, płynącego na wyspę. Wszystko poszło jak z płatka.
Płyniemy na Korczulę.
Promy pływają tu co godzinę, a rejs na Korculę trwa niecałe pół godziny. Zjazd samochodem z promu,  poszedł mi równie gładko jak załadunek w Orebiću. Spojrzałem potem tylko na mapę i ruszyliśmy do miasteczka. Po kilkunastu minutach przyjemnej jazdy, zatrzymałem auto na parkingu przy placu Obala Vinka Paletina (z moich notatek), tuż pod murami starego miasta. Robił się pomału upał, ale najbliższa okolica nadal pachniała świeżością wczesnego poranka. Było przyjemnie.
- Ależ tu jest pięknie - pomyślałem spoglądając przez chwilę  na drugi brzeg korczulańskiego kanału.
- Następnym razem chyba zrobię odwrotnie; przyjadę na wakacje do Korczuli, będę siedział przy stoliku, pił kawę i patrzył na Orebić i górę św. Elisza i być może popłynę wtedy promem w drugą stronę, by wejść na ten wielki, biały szczyt. To dobry pomysł, chyba kiedyś właśnie tak zrobię - rozmarzyłem się jeszcze bardziej.
- No co się tak zamyśliłeś, przestań się gapić i chodź w końcu - nieoczekiwanie fuknęła do mnie  Ela. Tak, tak już idę - odpowiedziałem i ruszyłem  powoli w jej stronę.
Korcula to miasteczko jakby przeniesione, ze średniowiecza we współczesność. Najstarsza jego część otoczona jest potężnymi murami obronnymi i wypełniona starymi domami. Obecny układ ulic pochodzi podobno jeszcze z XIII w. i opiera się na wzorcu zbliżonym do  rybiego szkieletu.  Mam wrażenie przenoszenia się w czasie i dotykania rzeczy, o których mogłem kiedyś jedynie czytać lub oglądać co najwyżej na fotografii lub na ekranie. Korcula jest wyjątkowa, to bez wątpienia jeden z cudów Chorwacji.
Miasto Korcula - na wyspie Korczula. 
Wzdłuż murów obronnych rozsiadły się liczne restauracje i kawiarenki. Doskonałe miejsce. Idziemy więc najpierw wolnym, spacerowym  krokiem, w stronę promowego nabrzeża. Wymyśliłem, że w pierwszej kolejności obejdziemy stare miasto od zewnątrz, a dopiero potem wejdziemy do jego środka. I to był dobry pomysł. Z zewsząd - i z lewej i z prawej - towarzyszą nam cały czas  miłe gesty młodych, uśmiechniętych kelnerów. Wszyscy po kolei nas  zapraszają.
- W końcu i tak trzeba gdzieś wypić tę pierwszą, poranna kawę, więc nie ma co się certolić - pomyślałem, pokazując Eli stolik nad brzegiem morza,  w cieniu wielkiej rozłożystej piniowej sosny. Kiwnęła tylko głową i już po chwili stolik był nasz. Pół godziny później zreflektowałem się,  że już dawno powinniśmy być w zupełnie innym miejscu. Nie chciałem jednak nikogo poganiać. Spojrzałem tylko znacząco na Elę, a ona w lot połapała się w czym rzecz. Do wnętrza rybiego miasta weszliśmy wąziutką uliczką Sv. Roka, od strony obronnej baszty. Kamienne schody i wiszące nad głową pranie, towarzyszyły nam aż do pierwszej przecznicy. Tak znaleźliśmy się  we wnętrzu średniowiecznego miasta. Można dotknąć tu ręką i  poczuć chłód murów katedry św. Marka, wstąpić do weneckiego Pałacu Arneri, a także zajrzeć do muzeum przy Pałacu Gabrielis, obok szesnastowiecznego ratusza odnaleźć Pałac Książęcy, a za kościołem św. Piotra - pałac Biskupi. Przyjemnie jest posiedzieć na kamiennej ławie, pod ścianą kamienicy lub pospacerować zacienionymi, wąskimi uliczkami. Korcula to także miasto, w którym podobno urodził się, słynny podróżnik Marco Polo. Warto więc zajrzeć także i do jego domu.
Korcula - mury średniowiecznego miasta. 
Szkoda okazji. Być na wyspie i zobaczyć tylko jej skrawek to grzech - tym bardziej, że mamy jeszcze dzisiaj sporo czasu. Przyszło mi więc do głowy, że to niepowtarzalna okazja, żeby pojechać dalej. Ruszamy więc w głąb wyspy, z zamiarem przejechania jej aż na kolejny kraniec - tam gdzie jest Vela Luka - zatoka i miasto o tej samej nazwie. Po kilku kilometrach droga wybiegła z zielonej doliny i znowu znaleźliśmy się pomiędzy wzgórzami, cały czas w słońcu przy bezchmurnym niebie i tak przez prawie pięćdziesiąt kilometrów. Podróż robiła się coraz bardziej senna i monotonna, a odmiana przyszła dopiero gdy prosty kawałek drogi, zaczął się wspinać  na niewielką wyniosłość i po lewej stronie ukazały się  czerwone dachy domów. To niewielkie miasteczko  o nazwie Blato.  Wiedziałem doskonale gdzie teraz jesteśmy, wiedziałem też, że stąd do zatoki mamy już tylko  siedem kilometrów. Droga na szczęście dobra - ani wąska, ani szeroka za to gładka jak stół, wprowadziła  nas spokojne do miasta. Coraz bardziej zwarta zabudowa oznaczała tylko tyle, że zbliżamy się do centrum Vela Luka.  Domy i ulice przykleiły się tu do brzegu zatoki, która jak wieki kielich wcina się od zachodu w tę część wyspy.   Już na pierwszy rzut oka widać, że to turystycznie bardzo atrakcyjne miejsce - sporo tu hoteli i pensjonatów. Na betonowym nabrzeżu pełno samochodów, a poniżej kołyszące się łodzie: stare i nowe, piękne i brzydkie małe i duże, motorowe, żaglowe i wiosłowe - jakie tylko można sobie wyobrazić. Spojrzałem na zegarek i zrozumiałem, że zbyt wiele czasu to my już nie mamy. Mój nos podpowiadał mi, że najlepiej będzie,  jak pójdziemy na spacer ulicą  Obala - czyli nadbrzeżną. Dzięki temu można popatrzeć na miasteczko z różnych miejsc i rożnej perspektywy. I tak też się stało i dobrze się stało. Teraz już wiem, że Vela Luka to schronienie, enklawa dająca poczucie bezpieczeństwa przed morską burzą i dla takich ludzi jak my, przed zgiełkiem miastowego życia. Jedni przyjeżdżają tu od strony Orebicia, ma inni przypływają promem ze Splitu. Wszystkich łączy jedno - poszukiwanie spokoju.
Lumbarda - plaża na Korczuli
Czas wracać na Peljeśac, przed nami kawał drogi. Mam jednak tajemnicę, którą ukryłem przed wszystkimi i teraz będę musiał chyba to wyjawić.  Zaplanowałem jeszcze wczoraj, że powinniśmy - jeśli tylko czas pozwoli - wpaść do Lumbardy.  To podobno jedne z najlepszych piaszczystych   plaż w całej Dalmacji. Nie mówiłem o tym wcześniej, bo bałem się, że  jak na jeden dzień to zbyt wiele i od razu wszyscy się zbuntują.  Teraz są zmęczeni, a ja proponuję im rewelacyjne miejsce, w którym będą mogli doskonale wypocząć.
- Mówię wam, nie dajcie się prosić, przynajmniej powinniśmy to sprawdzić, to tylko kawałeczek od portu promowego, no może jakieś pięć, sześć  kilometrów nie więcej, jak coś to jedziemy od razu na prom i do hotelu - przekonywałem ich z uporem godnym lepszej sprawy, w czasie jazdy samochodem. Mijały górki i pagórki, a oni ciągle nie mogli się zdecydować.
- Powiem wam inaczej, być na Korćuli i nie zajechać do Lumbardy to moim zdaniem obciach - szukałem ciągle szansy na spełnienie mojego egoistycznego pomysłu. Pierwsza pękła Natalia, a zaraz za nią Beniamin. Ela ciągle zwlekała, ale wyglądało na to, że już dawno zdecydowała się na tak. Nic nie  mówiła tylko w końcu kiwnęła głową. Yes, yes, yes - syknąłem radośnie po nosem i dodałem gazu.  Auto gwałtownie przyspieszało, a ja nie mogłem doczekać się już tej mojej Lumbardy.
To było cudowna popołudnie - plaża jak z bajki. Słońce, cisza,  spokój, krystalicznie czyste morze, łagodne zejście do wody i przepiękne widoki na półwysep, górę św. Eliasza, czerwone dachy Orebicia i białe promy kursujące po  kanale.   
Stare domy są ładne.
Ston i jego mury obronne w górach to był nasz kolejny temat, który mieliśmy na tapecie. Widziałem te fortyfikacje z daleka w drodze do Orebićia, po zjeździe z Jadranki i już wtedy byłem przekonany, że musimy tu - tak, czy siak - kiedyś przyjechać i przyjrzeć się temu z bliska. Nigdy czegoś takiego wcześniej nie wydziałem, a jedyne skojarzenie jakie wtedy mi się nasunęło to obraz muru chińskiego.
To był poniedziałek, wcześnie rano. Byliśmy już po śniadaniu gdy ruszyłem na trasę. Wtedy Natalii przyszedł do głowy pomysł aby  - jeśli tylko będzie to możliwe - zobaczyć produkcję tutejszych win. Propozycja była sama w sobie  świetna, ale nie wiedziałem jednak jak ten temat ugryźć. My tu sobie gadu, gadu, zakręt za zakrętem, a tu nagle po kilkunastu kilometrach rozwiązanie przyszło samo. Zatrzymałem auto, wysiadłem i spojrzałem przed siebie - wokół same  winnice, a na wprost wytwórnia Vinarija Madirazza. Byliśmy w Potomje, wsi cudownie teraz  skąpanej w słońcu i otoczonej zewsząd górami. Właściciele przyjęli nas jak zapowiedzianych gości. Byłem zdumiony, bo ani przez chwilę nie przypuszczałem, że sprawy tak się  potoczą. Po krótkiej i miłej rozmowie byliśmy już w piwnicach pełnych beczek i leżakujących butelek. Pokazali nam całą produkcję, a wizytę w Vinarija Madirazza kończyliśmy w ich firmowym sklepie. Nie piłem, ani się nie upiłem, więc pamiętam doskonale co tam było: Dingać Madirazza, Postup Madirazza, Plavac Madirazza i Prośek Madirazza. Tak ni z tego ni z owego,  spełniła się prośba Natalii.
Półwysep Peljeśac.
Po drodze do Stonu  jest wioska o nazwie Janjina. Kto powiedział, żebyśmy się tu zatrzymali i dlaczego to zrobiliśmy? Nie pamiętam. Nie wiadomo też dlaczego, zainteresowała nas stojąca przy drodze, obskurna tablica z napisem Taverna Domanoeta. Chwilę później okazało się, że budynek w którym znajduje się tawerna, jest jeszcze brzydszy niż tablica, która ją reklamuje. A do tego wszystkiego drzwi wejściowe zamknięte były na cztery spusty.
 - Ki diabeł, co nas tu przywiodło, co my tu robimy? - zadałem sobie w duchu pytanie.  Przez chwilę poczułem się nawet nieswojo i pomyślałem, że powinniśmy stąd jak najszybciej odjechać. Nie wiedziałem tylko, że od kilku minut śledzą nas czyjeś niewidzialne oczy. Przyglądają się nam i zgadują czego chcemy? Nagle ciszę przerwało jedno głośne słowo; Vlaho, Vlaho, Vlaho - wołało kilka gosów. Vlaho, Vlaho, Vlaho - dobiegało zewsząd i z podwórka, i z ulicy. Nie byliśmy już sami. Stara kobieta, która nie wiadomo skąd, wzięła się wśród nas, spokojnie wyszeptała - Vlaho uskoro će biti. No i zjawił się jak stary przyjaciel i kompan. Przełamał od razu wszystkie bariery, jakie mogą dzielić ludzi. A gdy weszliśmy do środka, reszta przełamała się sama. Byliśmy w fascynującym rustykalnym świecie. Blisko natury i ciepła domowego ogniska, wspomnień o dzieciństwie i bajowych tęsknot. Podłogi, ściany, drewniane belki pod sufitem, stare meble - komoda, regały, kredens, krzesła, zielone drzwi, drewniane okienne ramy, lampy, blaty i stare zdjęcia to wszystko jest tu proste, urokliwe i przepełnione treścią rodzinnej historii i tradycji. To była urzekająca scenografia teatralna, do spektaklu o starych czasach. To tu, można pić i jeść bez umiaru. Gdy stajesz w progu takiego domu, coś zachęca cię do wejścia i do pozostania. Więc zostaliśmy i daliśmy się wciągnąć w słuchanie o tutejszych zwyczajach. Vlaho pokazał nam wszystkie rodzaje rakii i likierów jakie posiadał. Opowiadał o nich bez końca, zachęcając do degustacji. Postawił przed nami rakiję z moreli, z gruszek, ze śliwek, z winogron i travarice z ziół. Potem opowiadał o tajemnicy tutejszych orzechowych i gruszkowych likierów. Bałem się, że nas upije. Wszystko jednak skończyło się dobrze - na zakupach i serdecznych uściskach. Na koniec odprowadził nas na ulicę i pożegnał dobrotliwym uśmiechem. Vlaho był złodziejem, ukradł nam dużo czasu - ale nigdy tego nie żałowałem. Od co najmniej dwóch godzin, powinniśmy być w Stonie. Ale dzięki Madirazza i Vlaho, poznaliśmy ciekawą stronę życia tutejszych mieszkańców. Na skrzyżowaniu skręciliśmy w prawo - do Stonu pozostało około trzydziestu kilometrów.

Ston i jego mury obronne.

Z drogi numer 414, widać w górach średniowieczne fortyfikacje. To znak, że jesteśmy blisko Stonu. Ze znalezieniem parkingu nie było problemu. Wprawdzie słońce mocno nam dokucza, ale nie rezygnujemy ze zwiedzania. Za wszystkim co widać tu gołym okiem, stoi bogata historia - miasteczka i ludzi tu żyjących przez wieki. To jest fascynujące. Znaków tej historii jest wiele, trzeba tylko pytać - o to, co się za tym kryje. Największą atrakcją są oczywiście fortyfikacje. Z daleka wyglądają jak chiński mur. Ciągną się od niewielkiej twierdzy pod Malim Stonem, aż do miasta Ston przez pięć kilometrów. Obwarowania te pochodzą z czternastego wieku, z czasów gdy miasto było kupione przez panów Raguzy (dzielniejszego Dubrownika). Ruszamy więc w drogę. W dolnej część fortyfikacje są szerokie i rozbudowane, potem wznoszą się po stoku do góry, i stają się coraz węższe, a na samym szczycie zlokalizowany jest bastion i jednocześnie świetny punkt widokowy. Wysoko nad naszymi głowami, łopoce chorwacka flaga, a przed nami malownicza panorama. Można stąd zajrzeć, bez skrępowania do wnętrza miasteczka.

Pod nami - Ston.
Najbliższe otoczenie Stonu, to fenomen plenerowej architektury. Gdy z drogi spoglądam w góry, widzę imponujący mur chiński, gdy patrzę z bastionu w dół, widzę miasteczko i zatokę z kwadratowymi, wielkimi, lśniącym lustrami, w których odbijają się góry i słońce. Co to jest - pyta ktoś z boku? Dobre pytanie - mówię. Wiem, ale opowiem, jak ktoś wieczorem otworzy butelkę Madirazza - zaproponowałem. Zgoda - usłyszałem. Pierwszy raz w życiu, widzę wielką warzelnię soli morskiej. Podobnie przed wiekami wytwarzali sól, starożytni Rzymianie. Nie można jednak, robić tego byle gdzie. Musi być, mocno zasolone czyste morze, a temperatura wody i otoczenia powinna sprzyjać odparowywaniu wody. Do tego wszystkiego musi być płytka i dosyć duża - niezależna od stanu morza - zatoka. Właśnie w tym miejscu tak się dzieje. Tak produkuje się tutaj sól, od ośmiu wieków. Widoczna przed nami zatoka podzielona jest na płytkie baseny, w których znajduje się morska woda ogrzewana energią słoneczną. Powoli woda odparowuje, a na dnie pozostaje biały osad kryształków soli, który zgarnia się drewnianymi łopatami i ładuje na wózki. To był ciekawy, ale i trochę męczący dzień. Wracamy do Orebićia.

Produkcja soli morskiej
Wieczorem ustaliliśmy, że na najbliższe kilka dni totalnie luzujemy -  przyjmujemy program pod roboczym tytułem "każdy robi co chce". Koniec z wyjazdami, wycieczkami i zwiedzaniem. Przynajmniej na jakiś czas. Wypoczynek jest najważniejszy. Mamy pod nosem piękne morze, plaże i słońce. Wzięliśmy trochę prostego sprzętu do nurkowania, więc będzie ciekawie. To dobry pomysł.

Małych plaż - tu bez liku. 
Idąc wzdłuż linii brzegowej, od centrum Orebićia w prawo, można znaleźć wiele ładnych zatoczek, czasem są tam malutkie plaże, na kilka osób. Takie kameralne miejsca, pozwalają odizolować się zupełnie. Można na jakiś czas zapomnieć o bożym świecie. Woda jest tu tak zasolona, że, niektórzy bez umiejętności pływania - spełnili marzenie swojego życia. Na moich oczach, bez wsparcia i pomocy, Ela unosiła się na wodzie niczym korek od Madirazza. To taki cud; w Polsce nie umie pływać, a tutaj pływa.


Peljeśac - widok na Korczulę. 
To była nasza tajemnica, tylko we dwoje wybraliśmy się do Loviste. Takiej małej, samotnej, rybackiej wioski. Przy zakręcie, na wzniesieniu po prawej stronie drogi, czekała na nas ławeczka. To była miła niespodzianka. Pojawiła się nagle, piękna panorama, byliśmy zauroczeni. Los się do nas uśmiechnął, tak zupełnie za darmo, mamy to wszystko dla siebie. Zrobiło się trochę sielsko i anielsko. Trzeba ruszać - przypomniało mi się Loviste.

Rybacka wioska - Loviste.
W Loviste, w tawernie pod palmami, młody uśmiechnięty kelner przyniósł dzbanek białego wina. Popijając, przyglądaliśmy się jak zgrabny, niewielki szkuner, podnosi kotwicę i wypływa powoli z zatoki. Przez chwilę chciałem być na jego pokładzie, ale tu też było mi dobrze. Moglibyśmy tak siedzieć do zachodu słońca, albo jeszcze dłużej - no, ale chyba szkoda dnia. Poszliśmy na spacer w stronę rybaka, który na nabrzeżu naprawiał sieci. Chciałem zobaczyć jak to robi. Dobar dan (dzień dobry) i to wszystko. Nie miałem ochoty na rozmowę, ale przykucnąłem obok niego i przyglądałem się tej robocie. Nie przeszkadzało mu to nawet. Uśmiechał się tylko od czasu do czasu.

Jedziemy do Dubrownika.
Nasz urlop dobiega powoli końca. Na deser został nam Dubrownik. Od rana zapowiada się piękna pogoda. Wszyscy są w dobrych humorach. I przez półwysep i nad zatoką prowadziła nas malownicza droga - to tylko nieco ponad sto kilometrów. Dla mnie, to była już druga wizyta w tym mieście. Nie mogłem się jednak doczekać chwili, gdy znowu spojrzę na Dubrownik z góry. Takich miejsc jest niewiele i takich chwil jest niewiele. Nieprzyzwoicie lazurowe morze

Dubrownik - panorama. 
Zwiedzanie Dubrownika, zawsze najlepiej zacząć od zachodniej strony i wejść przez Vrata od Pila. To jest moja rada. Ta imponująca brama przecina dawną fosę, zamienioną teraz na ogród. W ten sposób i rozum i instynkt prowadzą nas, na najważniejszą ulicę Dubrownika - nazywaną Stradun. To wyjątkowe miejsce - szeroki, marmurowy wypolerowały bulwar. Tędy przeszły i przejdą w przyszłości, miliony turystów z całego świata. My też odciskamy tu swoje stopy.

Brama do starego miasta.
Przy Stradunie, znajdujemy same rarytasy z historii tego miasta. Od połowy piętnastego wieku, stoi tu Wielka Studnia Onufrego (Velika Onufrijeva Ćesma). Jest okrągła i kopulasta - z szesnastoma wypluwającymi wodę głowami. Zbudowano ją w tym miejscu po to, by strudzony wędrowiec mógł umyć się, zaraz przy wejściu do miasta. A teraz strudzeni wędrowcy - najczęściej robią tu sobie pamiątkowe zdjęcia.

Dubrovnik
Wielka Studnia Onufrego
Bardzo blisko Studni, po drugiej stronie ulicy, od wieków stoi kościół Zbawiciela. Jego fasada to prawdziwe cacko renesansu. Rzadko widuję się takie rzeczy. Jestem tu drugi raz, ale ciągle odkrywam coś nowego, coś co przegapiłem, albo czego nie potrafiłem poprzednio dostrzec. To ludzka ułomność. Nawet się cieszę, że trochę inaczej widzę te same miejsca. Tak na przykład - dopiero teraz odkryliśmy tu historyczną aptekę. To nam się zdarzyło -  tuż przy wejściu do klasztoru Franciszkanów. Podobno przed wiekami uprawiano tu zioła, a apteka powstała na początku czternastego wieku. Warto posiedzieć choćby chwilę na kamiennej ławie, w tym  miejscu. Ponadto w renesansowych krużgankach jest wiele chłodu - to ważne, bo na zewnątrz słońce staje się coraz bardziej dokuczliwe.

Klasztor Franciszkanów.
Nie szukaj przewodnika. Stradun zaprowadzi cię gdzie trzeba. To taka moja myśl, o sposobie zwiedzania Dubrownika. I tak się stało. Powoli doszliśmy do placu Luźa i przyległego pałacu Sponza. W tym miejscu, była kiedyś komora celna, łatwo stąd przejść do portu. Nas jednak zainteresowała wystawa fotografii i dokumentów, z okresu oblężenia Dubrownika - w latach 1991 i 1992 - przez wojska serbskie. Dzięki temu, uświadomiłem sobie jaka była skala zniszczeń i jaki był ogrom ludzkiego cierpienia. Wyszliśmy zamyśleni i nieco zakłopotani. Skąd w ludziach jest tyle barbarzyństwa? Tak dopadła mnie smutna refleksja, o dwóch twarzach tego miasta. Prawda o pięknym Dubrowniku i  prawda o okrucieństwie i cierpieniu. Spojrzałem wtedy na stojącą przed kościołem świętego Błażeja, kolumnę Orlanda. Za nią też stoją dwie prawdy. Tu przecież przed wiekami, katowano pod pręgierzem zwykłych ludzi. Jestem drugi raz w Dubrowniku i wiem o tym mieście coraz więcej.

Port w Dubrowniku. 

Może chodźmy wreszcie do portu, to się chociaż trochę ochłodzimy - zaproponował ktoś nieśmiało. To był dobry pomysł, bo to przecież tylko dwa kroki. Przyjemnie jest usiąść nad wodą i przyglądać się pływającym w porcie łodziom. Mamy sporo czasu -  więc nigdzie się nie spieszymy.

Pałac Rektora.
Przy placu Luźa, jest trochę zaczarowany świat. Obok kościoła świętego Błażeja stoi ratusz, teatr oraz arsenał, no i piękny Pałac Rektora. To kiedyś była siedziba władz miasta. Potem droga zaprowadziła  nas - tak jak i za pierwszym razem - do katedry. Zaraz po wejściu wrzuciłem grosik do puszki i zapaliłem świeczkę. A potem była cisza i tak spędziliśmy tu prawie kwadrans.

Kamienna plaża pod murami.
Mury Dubrownika są imponujące. Niedaleko od bramy Pile (o której wspominałem), znajduje się najwyższy ich punkt - twierdza Minćeta. Rozpościerają się stąd, cudne widoki na stare miasto. Idąc wzdłuż północnej części fortyfikacji dochodzi się do bramy Ploće, skąd widać ruchliwy port i najbardziej na południe wysunięty bastion. Od południowej zaś strony, dochodzi się do twierdzy Bokar, gdzie można zejść do poziomu ulicy i zakończyć zwiedzanie. Na zdjęciu widać kamienną plażę przyklejoną do muru obronnego. Tak mnie korciło, że zszedłem w końcu tam i usiadłem na kamiennych schodkach tuż nad wodą.

Zatoka w Trpanj.
Czas dobiegł końca. Trzeba się pakować i szykować w drogę. Wracamy do domu, ale to nie jest koniec podróżowania. Zawsze chciałem aby droga na urlop i z powrotem były częścią wakacyjnej przygody. Czy tak może być? Sądzę, że tak. Dlatego nie będziemy wracać przez Ston. Przejechaliśmy półwysep Peljeśać wzdłuż już kilka razy, jest pociągający i malowniczy, ale tym razem wybierzemy inną drogę. Popłyniemy promem z Trpanj do Ploce. Najważniejsze jest to, że zobaczymy nowe miejsca i przetrzemy nową trasę. Ważne jest także i to, że drogą lądową z Orebićia do Ploce jest około 115 kilometrów, a promem zaledwie 36. Trpanj to śliczna mała miejscowość, położona w północno-zachodniej części półwyspu Pelješac. Tego dnia, poranek był piękny. Gdy zjechaliśmy wąską uliczką do centrum - miasteczko było jeszcze trochę zaspane. Ładowanie na prom było tym razem inne, niż dotychczas. To nie był wjazd na wprost, musiałem ustawiać samochód tyłem do promu - cały czas cofając. Poczułem w końcu ulgę zaciągając ręczny hamulec w moim samochodzie, trzasnąłem drzwiami auta i po chwili byłem już na górnym pokładzie. Wszystko się udało. To jednak co wyprawiał pewien Niemiec, przy wjeździe na pokład i  parkowaniu, wzbudzało coraz większą wesołość gromadzących się gapiów. Zrobił się spektakl bezradności - w końcu  nie wytrzymał biedak nerwowo i oddał kierownicę jakiemuś Chorwatowi. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Tu parkuje się na lakier.

Autostrada A1.
Z Ploce bez problemów wdrapaliśmy się, na autostradę w kierunku Zagrzebia. Jazda tą drogą jest prawdziwą przyjemnością. Podobnie jak przerwy na stacjach benzynowych w klimatyzowanych pomieszczeniach. Nasz cel, to dotrzeć dzisiaj do Kalsdorf pod Grazem. Tu zamierzamy spędzić noc.

Jedziemy w kierunku na Zagrzeb. 

Trasa z Orebićia do Opola to 1332 kilometry - zaplanowaliśmy podzielenie jej na dwie części. Pierwszego dnia przejechaliśmy 693 kilometry. Ani to dużo, ani mało - w sam raz. Kąpiel, sen i śniadanie to wszystko czego mi trzeba. W hotelu mieliśmy wcześniej zrobioną rezerwację. Kolejnego dnia ruszyliśmy przez Graz w góry do Mariazell oraz dalej do  Melk i Krems nad Dunajem, a potem w stronę Brna i Ołomuńca i wreszcie do domu - bardzo ciekawa trasa. Polecam. To były udane wakacje.


5 komentarzy:

  1. Świetna relacja - ciekawa i obrazowa! Dobrze się czyta i ogląda!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa relacja, już za 2 tygodnie będę miała okazję zwiedzić te wszystkie miejsca :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń