środa, 31 sierpnia 2016

Chorwacja po raz piąty - Baśka na wyspie Krk (cz.II.)

Trasa dojazdu: Opole - Głubczyce - Ołomuniec (Czechy) - Brno - Mikulov - Wiedeń - Graz (Austria) - granica Słowenii za Gersdorf an der Mur - Maribor (Słowenia) - Lublana (Słowenia) - Rijeka (Chorwacja) - Baśka na wyspie Krk. W sumie 930 kilometrów.

Na wyspie: - okolice miasteczka Baśka - wyjazd do miasteczka Krk i Punat, a potem na plażę do Starej Baśki - miasteczko Vrbnik - całodniowy wyjazd na wyspy: Cres i Mali Lośinj - całodniowy wyjazd do Triestu i do zamku Miramare na przylądku Grignano (Włochy).

Droga powrotna: Baśka - Rijeka - Postojna (zwiedzanie) - Lublana (zwiedzanie) - Maribor - Kalsdorf bei Graz (nocleg) - Wiedeń - zamek Valtice na Morawach (zwiedzanie) - zamek Lednice (zwiedzanie) - Brno - Ołomuniec - Głubczyce - Opole. W sumie 967 km
...................................................................................................................................................................

       Dosyć już tego jeżdżenia - tak rodził się bunt. Tyle słońca, a my ciągle w tych samochodach - to od tego zaczęła się wieczorna rozmowa na balkonie. Na czele rebelii stanęła Ela. Nie było rady, poddaliśmy się bez oporu. Dziewczyny - wywalczyły dwa dni plażowego lenistwa. Zresztą po co było się spierać - coś mi podpowiadało, że to one mają rację. Plaża, morze, morze plaża - tak też przecież może być i niech tak będzie. Czy ciągle trzeba gdzieś gonić? Może po prostu lepiej czasami posiedzieć na tyłku i nic nie robić. A no właśnie, tak przy okazji - czy nic nierobienie ma w ogóle sens? - zadałem sobie - nie wiem dlaczego - to dziwne pytanie. A czy wszystko musi mieć sens, daj sobie spokój człowieku - dotknęła mnie myśl, jakby nie z mojej woli. Aż się przestraszyłem. No dobrze, już bobrze - idę więc od rana na tę plażę i nic nie mówię. Niech już tak będzie - oswajałem się powoli.

Baśka o poranku



       Dwa dni później gdy wszystkie boki miałem już odleżane, a moja skóra zbrązowiała i przestawałem powoli poznawać się w lustrze - nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Cierpliwie czekałem na tę chwilę, aż przyszła. Byłem nawet do tego przygotowany - wiedziałem, że tak będzie. Nie byłem tylko pewien - kiedy? Przecież wszystko może się człowiekowi znudzić, nawet leżenie do góry brzuchem na plaży, która w rankingach bije na łeb na szyję, wszystkie inne plaże nad Adriatykiem. No i co z tego, że bije, jak ja prawie nie żyję - tak mi się jakoś rymnęło. Z nudów to ja nawet przepłynąłbym wpław, na sąsiednią wyspę - żeby tylko coś robić. W pewnej chwili nawet chciałem namówić do tego Andrzeja, ale jakoś mi przeszło. I tak powoli kryzys mijał.
Zamek Miramare



       No to co, jedziemy gdzieś w końcu? - zapytałem nieśmiało, przy kolejnym balkonowym spotkaniu. A masz coś konkretnego? - podchwyciła temat Bożena. A mam, ale nie chciałbym niczego narzucać - odpowiedziałem, tak jakby mi na tym nie zależało. No dobra, wal nie krępuj się - zachęcała mnie coraz bardziej Ela. Czułem przez skórę, że czekają na propozycję. A co byście tak powiedziały na Triest i okolice, wszystko w szczegółach mam dopracowane, co? - zapytałem. Rozpromieniały w jednej chwili.

Posiadłość arcyksięcia Maksymiliana Ferdynanda.






       To był wyjazd na cały dzień. Ten pomysł przyszedł mi do głowy gdy zorientowałem się, że z Rijeki do Triestu jest zaledwie siedemdziesiąt kilometrów, no z haczykiem. To przecież jak rzut beretem. Tak więc mieliśmy świetną okazję, żeby poznać kawałek północnej Italii. Szkoda byłoby nie skorzystać. Już dawno miałem przygotowany ten plan - przewodnik i mapy gdzieś tam leżały głęboko w plecaku. Entuzjazm dziewczyn przeszedł moje oczekiwania, a w towarzystwo wstąpił nowy duch.
       Za Rijeką wjechaliśmy na drogę numer E61 i od razu mi ulżyło. To jest ta trasa, której mieliśmy się trzymać. Żadnych zjazdów, ani jakichkolwiek innych kombinacji. I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie burza w Słowenii. Złapała nas niespodziewanie koło wioski Gradiśće pri Materiji. Niebo w jednej chwili zsiniało i na drodze stanęła ściana deszczu. Zrobiło się ciemno, jakby miał nastąpić koniec świata. Dawno się tak nie przestraszyłem. Spokój, spokój, spokój - mówiłem w myślach sam do siebie, aż zobaczyłem uliczkę po prawej stronie. Auto Zbyszka posuwało się powoli tuż za nami. Widziałem go cały czas w lusterku. Zjechałem i byliśmy teraz bezpieczni - ulżyło mi. Ruszymy dopiero jak się zupełnie przejaśni - podałem przez walkie-talkie. Zbyszek potwierdził i to mnie uspokoiło. Deszcz dudnił o dach samochodu jak w stary bęben, a ja zacząłem powoli się do tego przyzwyczajać. Pomyślałem tylko, że jak się zaczęło to musi się kiedyś skoczyć. No i wreszcie się skończyło. Tak jak przyszło, tak odeszło i jakby ktoś powoli odciągał w oknie zasłonę - niebo jaśniało.
       Godzinę później byliśmy już w Grignano, jakieś sześć kilometrów na północ od Triestu. Przecież to jest zamek Miramare z filmu "Sisi", pamiętasz oglądaliśmy go w tamtym roku - powiedziała do mnie podekscytowana Ela, gdy tylko stanęliśmy na dziedzińcu. No tak, masz rację - przytaknąłem. Tak właśnie było. Ucieszyło mnie, że sprawiło jej to tyle przyjemności. Jesteśmy w dawnej posiadłości arcyksięcia Maksymiliana Ferdynanda, brata cesarza Franciszka Józefa - przypomniałem wszystkim tak na wszelki wypadek i zaczęliśmy zwiedzanie.
       Zamek na cyplu, nad malowniczą zatoką i w otoczeniu pięknego parku prezentuje się bajkowo, a w jego wnętrzach niewiele chyba się zmieniło od czasów powstania. Łatwo więc - choć na chwilę - przenieść się na salony arystokracji habsburskiej z połowy dziewiętnastego wieku. Gdy wyszliśmy na taras od strony morza, słońce wychyliło się zza postrzępionej chmury i rozświetliło cudownie zatokę pod nami. Ela była szczerze uśmiechnięta i zadowolona. Przyjazd tutaj to był strzał w dziesiątkę - powiedziała przy wszystkich, spoglądając na mnie. No dobrze, już dobrze nie musisz mnie aż tak chwalić - wyrwało mi się i wtedy wszyscy parsknęli śmiechem.

Triest

       Triest. Wiem gdzie chcę dojechać, ale muszę być ostrożny. To dla mnie nowe miasto, i nie do końca ufam nawigacji. Na szczęście wszystko idzie dobrze. Bez problemu dotarłem do skrzyżowania z Via Pauliana i tu, koło dworca kolejowego nabrałem już pewności siebie. Skręciłem w prawo - w Piazza della Liberta, spokojnie wjechałem na Corso Camillo Benso Conte di Cavour i zacząłem rozglądać się za miejscem do parkowania. Wszystko poszło tak jak chciałem, więc mieliśmy  kilka godzin dla siebie. Byliśmy w centrum pięknego włoskiego miasta.

Piazza Unita d'italia




       Tu wszystko zaczęło się - zgodnie z prośbą Zbyszka - od klapen nach dupen, na Piaza dell'Unita d'italia, w celu zbiorowego degustowania miejscowej kawy. Ach cóż to był za plan. Gjenjusz - udzieliła mu natychmiast pochwały zadowolona Ela. Pomysł chwycił od razu, bo sprytnie miał wyprzedzić moją propozycję zwiedzania miasta z marszu. Myślę, że wszyscy mnie o oto podejrzewali. I mieli rację. Tak właśnie chciałem zrobić. Wyrok przejąłem z pokorą i nic nie mówiłem. Byliśmy w samym  sercu miasta, u stóp wzgórza san Giusto, na placu - nazywanym  Piazza Grande. Dobre miejsce. Zamknięte z trzech stron klasycystycznymi i barokowymi budynkami, a z czwartej otwarte na wody rozległej zatoki. Ma  swój urok. Bez trudu znaleźliśmy stolik pod parasolami.
       Od razu rozpoznałem  eklektyczny ratusz,  tak na moje oko z drugiej połowy dziewiętnastego wieku. I to wszystko co mogłem zrobić - bez przewodnika. Sięgnąłem więc po plecak i odnalazłem co trzeba. Ulżyło mi i połapałem się w tym wszystkim dość szybko. Na rogu Via Gianni Bartoli stoi Palazzo Modello piękny budynek, który łączy w sobie klasyczny antyk, włoski renesans i barok. Nie mniej urocza  jest fasada kamienicy Casa Stratti - będącej własnością  firmy ubezpieczeniowej Assicurazioni Generali. Podobnie rzecz się ma z Palazzo Pitteri  - od  Allianza. Potem wpadły mi w oko: Palazzo del Lloyd Triestino czyli siedziba tutejszego rządu  i cudnej urody złote mozaiki na elewacji Palazzo del Governo. A na koniec okazało się, że tuż za moimi plecami stoi Grand Hotel Duchi d'Aosta, w którym podobno kiedyś mieszkali: Bob Dylan, Francis Ford Coppola, Rey Charles i Anthony Hopkins. Oczywiście nie razem, tylko każdy z osobna, ale głowy  za to bym nie dał.
       Kawa była wyśmienita. Zresztą Triest słynie z kawy - zarówno z jej produkcji, jak i sprzedaży. Bary kawowe można tu znaleźć prawie na każdym rogu. No to co, może wystarczy już tego siedzenia - wykrztusiłem z siebie, tak żeby nikogo nie urazić i pierwszy wstałem od stolika. Zadziałało, wszyscy ruszyli za mną. Poszliśmy najpierw w stronę Teatro Romano, a potem przez Piaza della Borsa i Via Roma - w dobrych nastrojach i bez pośpiechu - do Canal Grande. To wyjątkowo ładne miejsce miejsca. Z jednej strony przestrzeń otwarta do zatoki, a z drugiej zamknięta frontową ścianą  kościoła San't Antonio Nuovo jońskimi  kolumnami, które podtrzymują wysoko trójkątny fronton. Kiedyś - przed wiekami - wpływały do tego kanału statki,  do załadunku i rozładunku, a teraz kołyszą się tu jedynie dyndające na linkach kolorowe łódki. Jest ładnie i przyjemnie.

Kościół serbsko-ortodoksyjny S. Spiridone
       Zbliżała się  trzecia po południu, gdy wyszliśmy nad brzeg zatoki przy Riva Tre Novembre. Andrzej przeszedł na drugą stronę  bulwaru i pokazał ręką w stronę molo. Od tej pory był naszym przewodnikiem. Niebo było czyste, powietrze przejrzyste, a widok miasta z cypla betonowego pirsu ujmujący. Nad brzegiem zatoki ustawiły się  białe kamienice i pałace z czerwonymi dachami, a nad nimi wznosiły zielone wzgórza i czyste niebieskie niebo rozświetlone gorącym słońcem.  Jak okiem sięgnąć i jeszcze dalej - to się nazywa  Friuli-Wenecja Julijska. Śliczne miejsce na ziemi. Przez Riva del Mandracchio i Riva Nazario Sauro doszliśmy, aż do końca zatoki.  Spojrzałem na zegarek i zrozumiałem, że nasz czas w Trieście kończy się. Bałem się nocnej jazdy, więc  byłem zdecydowany. Musimy się powoli zbierać - powiedziałem tak, aby wszyscy usłyszeli.  Wracamy do Baśki. Tym razem za kierownicą usiadł Andrzej. Lubię prowadzić auto, ale dzisiaj byłem mu za to wdzięczny.

Na rozdrożu


        Następnego dnia wcześnie rano, gdy wszyscy jeszcze spali byłem już w morzu. Rześka woda dała mi mocnego kopa i natychmiastowe przebudzenie, a pusta promenada, przekonanie, że jestem jednym z niewielu, których stać na takie poranne wyczyny. Próżność, tak, właśnie próżność, chyba mnie dotknęła skoro tak pomyślałem.  No, ale cóż każdy ma jakąś skazę, tylko nie każdy o tym wie. Usprawiedliwiłem się dość szybko. Gdy wszedłem do hotelu, życie powoli się już budziło. Echo  rozmów i stuk obcasów wypełniały powoli długie korytarze. To był dzień bez planu, czyli taki, w którym każdy robi to co chce, a znaczy to tylko tyle, że i tak - prędzej czy później - spotkamy się wszyscy na plaży.

Znak  z alfabetu głagolicy  


       W niedzielę rano, wjechaliśmy - w dwa samochody - do centrum Vrbnika. Ludzie akurat wysypali się z kościoła, na ulicę i sunęli w naszą stronę. W jednej chwili zrobiło się gwarnie i tłoczno. Stałem przez chwilę oniemiały z zachwytu, nad fenomenem niedzielnego ożywienia maleńkiego miasteczka i wolałem czekać, niż ruszać pod prąd, tym bardziej, że było w tym coś ekscytującego. Zagadani ludzie sunęli obok nas, a gdy chwilę potem, obejrzałem się za siebie, nikogo już nie było. Rozpłynęli się, a puste  uliczki znowu zapraszały na spacer. Stare domy w  wąskich przejściach dawały dużo cienia i to było przyjemne. Tak doszliśmy na szczytu urwiska spadającego wprost do morza. To dobry punkt widokowy z rozległą panoramę kanału i zatoki, która od wschodu  wgryzła się  w tę część wyspy.
       Ach, jak tu pięknie - westchnęła w pewnej chwili Ela. No pięknie, pięknie, a  może byśmy tak zostali tu  do wieczora, tam na dole jest fajna plaża - dodała Krysia. No nie, plażę to my dzisiaj mamy w Starej Baśce - wtrąciłem się, niby niechcący w rozmowę. Powiem wam tylko, że tu robią jedno z najlepszych win w Chorwacji - ciągnąłem swój monolog. To jest znana i ceniona wszędzie Zlahtina - podobno rewelacja. Plantacje winorośli było widać przy wjeździe do miasteczka.  Myślę, że musimy to sprawdzić i trzeba będzie chyba coś kupić. Tak, tak zdecydowanie coś trzeba kupić - zakończył sprawę Zbyszek.

Vrbnik





       Godzinę później staliśmy już przed wejściem, do katedry w miasteczku Krk. To tylko dwanaście kilometrów od Vrbnika. Tak, tak właśnie - w miasteczku Krk. Bo to tak to już na adriatyckich wyspach jest, że na wyspie Hvar najciekawsze jest miasto Hvar, na wyspie Cres - miasteczko Cres, a na Krk właśnie Krk. Nie ma się co dziwić, tak już jest. Ta katedra jest  romańska, a jej początki sięgają prawdopodobnie dwunastego wieku. Kawał historii. Oprócz tego, że uchroniła nas przed niemiłosiernym słońcem i dała dużo przyjemnego cienia, to warto ją chyba zwiedzić, a przy okazji zobaczyć piętnastowieczną kaplicę i ciekawą kolekcję obrazów włoskich malarzy.
       Wokół uliczki są wąskie i tworzą wrażenie labiryntu, w którym można się pogubić. Ale bez obawy, jeszcze nikt tu nie zaginął. Prędzej czy później, tak czy siak - wyjdzie się albo na plac pod zegarową wieżą, albo wprost na promenadę. Krk to ładne miasto - rzymskie mury nadają mu charakter fortecy, a weneckie fragmenty budowli przypominają o dawnych czasach prosperity.

Baśka  - nad zatoką






       Zbieramy się - powiedziałem, gdy Zbyszek zapłacił rachunek za lody. Chciałem abyśmy resztę tego dnia spędzili na plaży w Starej Baśce. Nie, nie w Baśce, ale w Starej Baśce - a to zupełnie co innego, to z drugiej strony wielkiej białej góry. Drogę do Punatu znałem dobrze, ale co dalej - bóg jeden raczy wiedzieć. Podejrzewałem tylko, że będzie ostra jazda. I tak było. Za dużą mariną droga odeszła od morza i zaczęła wyraźnie się wspinać. Najpierw stała się węższa i gorsza, a gdy zakręt położył się w prawo po kilku minutach gaje oliwne zniknęły zupełnie,  i zbocze góry po której jechaliśmy było już nagie. Z lewej strony pojawiły się skały, a z prawej barierki ochronne przed upadkiem w dół. To wtedy po raz pierwszy Ela straciła panowanie nad emocjami i zaczęła krzyczeć. Gdy jednak chwilę później wydawało się, że jedziemy wprost do morza, zamilkła zupełnie - jakby z wrażenia odjęło jej mowę. Ja też nic nie mówiłem - tak zresztą było najlepiej. Po chwili droga ułożyła się wzdłuż kamiennego brzegu i zaczęła spokojnie opadać. Wszystko wracało powoli do normy. Złe emocje odeszły, tak szybko jak przyszły. Byłem wreszcie spokojny, tym bardziej, że zobaczyłem tablicę z napisem Stara Baśka. Jesteśmy na miejscu - pomyślałem. Tak jednak nie było. Jechaliśmy ciągle i jeszcze dalej rozglądając się za plażą. Jezdnia powoli stawała się coraz węższa i znowu zaczynała się piąć ku górze. Sunęliśmy wolno pomiędzy domami, uliczką na szerokość jednego auta, aż wreszcie skończył się asfalt i dopiero wtedy -  po kilku minutach zobaczyłem plażę. Byliśmy na miejscu.

To tu są wielkie jaskinie
       Kończą się nasze wakacje, czas wracać do domu. Żegnamy uroczą Baśkę, wyspę Krk i zatokę Kvarner. Trochę żal, ale nie ma rady, mus to mus. Plan jest taki: jedziemy dwa dni z noclegiem w Kalsdorf koło Grazu, przedtem jednak zatrzymamy się w Postojnej na Słowenii żeby zobaczyć tamtejsze jaskinie, później pospacerujemy trochę po Lubljanie, a kolejnego dnia obejrzymy sobie zamki w Valticach i Lednicach na Południowych Morawach. Pełna zgoda, nikt nie burczy ani nie robi fochów. No i dobrze, to  przynajmniej gwarantuje dobrą atmosferę.
       Opuszczamy wreszcie wyspę, przed nami most - długi na półtora kilometra. Lubię tę drogę za urzekające widoki i za to wrażenie, jakbyśmy unosili się  nad błękitną cieśniną zaczarowanym samochodem. Lubię też tę chwilę, gdy mijamy w połowie trasy skalistą wsypkę Sveti Marko, naturalną podporę mostu. I lubię spoglądać na wyspę Krk z daleka.
       Od Rijeki do pierwszego, zaplanowanego  przystanku w Słowenii, mamy tylko siedemdziesiąt kilometrów. Wśród łąk i lasów prowadzi nas zupełnie podrzędna droga, ale jazda jest przyjemna. Gdy przeskoczyliśmy lublańską autostradę,  Titova cesta wprowadziła nas do samego centrum Postojnej. To pierwszy etap naszej dzisiejszej podróży. Było w pół do dwunastej,  gdy na zacienionym parkingu, blisko wejścia do jaskini zostawialiśmy samochody.  Dwadzieścia kilometrów podziemnych sal i korytarzy to prawdziwy   fenomen natury. To jest właśnie ta słynna  jaskinia w Postojnej (Postojanska Jama). W środku jest chłodno (jakieś osiem stopni), wiec lepiej wziąć ze sobą ciepłe polary. W otchłań podziemnego labiryntu zabrała nas - z betonowego peronu -  wąskotorowa kolejka. Rozgadani ludzie zamilkli natychmiast, gdy tylko pociąg ruszył z miejsca. Migające światełka i półmrok,  oraz świst powietrza sunących wagoników towarzyszyły nam nieustannie, aż do wielkich podświetlonych salonów. Trasa dla turystów to około cztery kilometry przejazdu kolejką i półtorakilometrowy spacer.  Wielometrowe żółto-beżowo-pomarańczowe stalaktyty i stalagmity, a także  skalne kurtyny,  wpisane w przestrzeń idealnej akustyki, tworzą tu atmosferę baśniowego świata, podsycają ludzką ciekawość i rozbudzają zachwyt nad rzeczami o których - tak naprawdę - mało wiemy.

Smok - symbol Lubljany





       Słowenia to taki kraj, w którym wszędzie jest blisko.  O czwartej po południu byliśmy już w Lublanie, to tylko pięćdziesiąt kilometrów od Postojnej. Miasto jest niewielkie, ale zgrabne  - liczy jakieś dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Jest  urocze i do tego ładnie położone nad   rzeką, ze wzniesieniem w samym centrum i z zamkiem na jego szczycie. Malowniczo wyglądają mosty na Ljubljanicy oraz pomalowana na zielono  przestrzeń parku Tivoli. W architekturze można zobaczyć dużo włoskiego baroku i Art Nouveau. To miłe i chyba przyjazne miasto - pomyślałem, gdy tylko uporałem się z parkowaniem samochodu. Dużo tu młodych ludzi.
       Na Zmajskim moście przywitały nas dwa wielkie, skrzydlate  smoki, a gdy przeszliśmy na drugą stronę dwa takie same nas żegnały. Przykuwają uwagę, chyba każdego przechodnia, tak jakby chciały powiedzieć: dziwi cię pewnie człowieku, że nas tu widzisz. No, tak, dziwi - pomyślałem, chociaż nie takie dziwadła w  życiu już widziałem. Kraków też ma swojego smoka, więc dlaczego nie Lublana.  Podobno w jakiś sposób wiąże się to z legendą o Jazonie i Argonautach, ale tak do końca nie wiem, o co z tymi smokami tu  chodzi. Musiały być jednak na tyle ważne, że wdrapały się nie tylko na lublański most, ale taże wpisaly się na stałe do  herbu miasta.
       Coś popchnęło nas z mostu w prawo, wzdłuż nabrzeża i chroniąc się od nachalnego słońca weszliśmy świadomie w zacienione arkady, a potem ruszyliśmy w stronę katedry. To był udany i przyjemny spacer. Po godzinie wylądowaliśmy w kawiarence, nad brzegiem rzeki. Rozprostowałem nogi i dopiero teraz poczułem zmęczenie. Zamówiłem podwójne espresso w nadziei, że to mnie jakoś wzmocni. I tak się stało.  Lublana przypadła - wszystkim, bez wyjątku - do gustu. Tak to, poznaliśmy  - w drodze powrotnej do domu -  jeszcze jedno ciekawe miasto.

Cankarjevo  Nabreźje


       Zanim zapad zmrok dotarliśmy do hotelu w Kalsdorf koło Grazu - to w połowie drogi do Opola. Byłem zmęczony i chciało mi się spać. W recepcji wszystko poszło gładko, a ja marzyłem tylko o prysznicu i świeżej pościeli. Nawet nie miałem ochoty na kolację. Byłem skonanym minimalistą.

Hotel w Kalsdorf bei Graz


       Gdy tylko rankiem słońce wejrzało do pokoju, ocknąłem się z gotowym planem do działania. Przed nami kawał drogi, a do tego dwa przystanki ze zwiedzaniem na Morawach. Nie było więc na co czekać, obudziłem Elę i zapukałem do sąsiednich drzwi. Pół godziny później spotkaliśmy się wszyscy na śniadaniu. Ostatni łyk kawy, ostatnie ustalenia i w drogę. O dziesiątej już mijaliśmy Wiedeń, a to znaczyło, że trzymamy się planu. Jest dobrze - pomyślałem.

Zamek Valtice


       O wpół do dwunastej wjechaliśmy - od strony Katzelsdorf - do Valtic. To malutkie, południowo morawskie miasteczko - tuż za austriacką granicą. Najpierw prowadziła nas ulica Lipova, potem Breclavska, aż w końcu skręciłem w lewo w niewielką Zamecką i byliśmy na miejscu. Wysiadłem z auta i wtedy zobaczyłam pałac jak z obrazka. Cud malina. Jesteśmy na dawnych ziemiach rodu Lichtensteinów i takich pałaców oraz zamków, które tu po nich pozostały jest o wiele więcej - powiedziałem, gdy tylko zorientowałem się, że wszyscy otrzepali się już po podróży i posiedli zdolność słuchania czegokolwiek. Ostatnia oprzytomniała Ela i to był dobry znak. Najważniejsze, że byliśmy w komplecie i mogliśmy ruszać na zwiedzanie. Mój niezwodny przewodnik podpowiedział mi, że najpierw był tu zamek obronny, potem renesansowa rezydencja, a po barbarzyńskiej wojnie trzydziestoletniej, niejaki Domenico Martinelli z Italii zaprojektował właśnie w tym miejscu, przepiękny barokowy pałac wtopiony w  malowniczy park. Jak obiecał tak zrobił  i tak zostało, aż  do teraz. Jest co zwiedzać, ale przy okazji okazało się, że jest to także Národní Vinařské Centrum oraz ośrodek szkoleniowy czeskich winiarzy. Często  organizowanie są tu różnego rodzaju wystawy winiarskie oraz prestiżowe konkursy win. A wina morawskie są dobre, wiem bo piłem. Czas ruszać do Lednic.

Pałac Lednice
       Z Valtic do lednickiego pałacu jest osiem kilometrów. Droga prosta jak z bata strzelił. Nigdzie nie można tu zbłądzić. Lednice to też taka urocza morawska malizna, zamieszkała przez -  chyba nie więcej jak  - dwa i pół tysiąca ludzi. I pewnie nikt by nigdy o niej nie usłyszał, gdyby nie piękny neogotycki pałac książąt Lichtensteinów, który stoi tu od ponad stu pięćdziesięciu lat. Podobnie zresztą jak Valtice doceniono jego urok, wpisując w 1996 roku na listę skarbów światowego dziedzictwa UNESCO. A to już coś znaczy. Warto więc  chyba tu przyjechać. Pałac od razu zrobił na mnie wrażenie.  Jest pięknie położony  w ładnym, krajobrazowym parku. To doskonały przykład angielskiego neogotyku. Delikatne piaskowe tynki elewacji ciekawie  kontrastują z zielenią ogrodów, a do tego liczne wieżyczki z blankami i zdobione okna  komponują i tworzą w całości nieodparte wrażenie bajkowej scenerii. Tuż obok można znaleźć imponujących rozmiarów oranżerię z 1717 roku - wypełnioną egzotycznymi roślinami.
       Z pałacem i jego otoczeniem wiąże się też bogata i ciekawa historia.  Bywały podobno czasy, kiedy właśnie tutaj zjeżdżała szlachta z całej niemalże Europy. Dzisiaj też tu jest ciekawie, a obrazu dopełniają łucznicy i sokolnicy przy głównej alei.

Elewacja pałacu od frontu
    Pałac pałacem, ale interesujący jest także park i zadbane pedantycznie przyległe do rezydencji ogrody. Warto pójść nieco głębiej wśród drzew i odkrywać urzekające, zielone polany, a potem przejść nad wijącą się rzeczkę i wędrować jeszcze dalej od wysepki do wysepki na wielkim stawie, by na końcu stanąć przed mauretańskim minaretem. To chyba jakaś fanaberia - pomyślałem, patrząc w niebo na strzelistą - na sześćdziesiąt metrów - wieżę. Zresztą wszyscy byliśmy zaskoczeni. Okazały minaret na południu Czech ? - dziwne, ale prawdziwe. Tego się nie spodziewałam. Chwilę później okazało się, że można nawet wejść na jego szczyt i popatrzeć na okolicę. Do pokonania jest ponad trzysta kamiennych schodów.
       Sporo wrażeń jak na jeden dzień - wydusił z siebie chwilę później, nieco już chyba zmęczony Zbyszek. Nie sądzicie, że może warto byłoby coś wreszcie zjeść, nie jesteście przypadkiem głodni? - zapytał z odrobiną sarkazmu. I wtedy zapanowała cisza, a ja uzmysłowiłem sobie, że naprawdę jestem głodny. Poczułem się tak głodny, że gotów byłem, nawet na piechotę lecieć do pierwszej lepszej knajpy, tylko nie wiedziałem gdzie. Byliśmy tak zdeterminowani, że pewnie dlatego już w niecałe pół godziny później siedzieliśmy w małej restauracyjce, po lewej stronie drogi wyjazdowej z Lednic. Poszliśmy na całego w czeską klasykę: bramborove i houskowe knedliki z gulaszem, pieczoną wieprzowiną i modrą duszoną kapustą. Lubię to.


Koniec