poniedziałek, 27 marca 2017

Sycylia (cz. IV.) Wyspy Liparyjskie

Ela zawsze chciała pojechać na Wyspy Liparyjskie. Więc jeżeli już jesteśmy w Cefalu, to lepszej okazji wymarzyć sobie nie można. Do Milazzo - skąd odpływają promy i wodoloty - mamy około 150 kilometrów. Jeżeli więc chcemy spędzić cały dzień na wyspach, to trzeba ruszać skoro świt - nie ma wyboru. Port w Milazzo położony jest przy ruchliwej Via dei Mille. To tu można kupić bilety i to stąd odpływa się w stronę archipelagu.  Tak, tak archipelagu, bo w sumie jest to siedemnaście wysp i wysepek, które  jak błyszczące koraliki rozsypały się kiedyś na błękitnych wodach Morza Tyrreńskeigo, kilkanaście mil morskich na północ od brzegu Sycylii. Z tym, że siedem to wyspy większe, zaś pozostałe to istne ciupelki. Z tych siedmiu i tak musimy coś dzisiaj wybrać, bo przecież nie sposób oblecieć to wszystko od rana do wieczora. Zapewne  najlepiej byłoby wykroić po jednym dniu  na każdą wyspę i to być może byłby najlepszy pomysł na wakacyjny wypad w te strony, ale my - tu i teraz -  nie mamy alternatywy, musimy być po prostu realistami.

Sycylijskie drogi - zapowiada się piękny dzień




Siedem wysp: Lipari, Vulcano, Salina, Stromboli, Filicudi, Alicudi i Panarea. Co z tego wybrać na jeden dzień i jak to zrobić, oto jest pytanie? Dla turysty takiego jak my, to prawie jak "to be, or not to be" i jakoś trzeba się z tym uporać. Nie ma po prostu co kombinować, bierzemy więc na tapetę dwie pierwsze z tej listy i to - jak sadzę - powinno być w sam raz. Lipari i Vucano to ciekawa propozycja, wyspy położone najbliżej Milazzo, a do tego mają dobre połączenia promowe. Ruszamy, więc na Morze Tyrreńskie.

Autostrada Cefalu - Mesyna





Nareszcie w Milazzo - początek drogi na Wyspy Liparyjskie

Port przy Via dei Mille - zaraz odpływamy

No i w końcu ruszamy w wymarzony rejs

Widok na zamek od strony morza




Cudowny poranek



Nie jesteśmy sami

Pół godziny po wyjściu z portu w Milazzo.




Coraz bliżej celu 



Na lewej burcie - wyspa Vulcano



Kraina szczęśliwości.




Port Lipari na wyspie Lipari - zostajemy tu na pół dnia



Największa z pośród wszystkich wysp.




Wulkaniczna, a jednak pełna zieleni




Co za widok !!!



Co za widok !!!



Przed nami wioska Lingua na wyspie Salina




Szczyty sięgają  tu pod samo niebo.




W oddali - Panarea, a jeszcze dalej Stromboli




Trzeba ruszać - żegnaj Salino




Plaża w Canneto



Nieznośny błękit Morza Tyreńskiego




Zostajemy - czas na odpoczynek




Znowu w Lipari - droga  do zamku

Katedra pw. św. Bartolomeusza



Widok z amfiteatru




Schodzimy na Piazza di Marina Corta




Tu się wszystko zaczyna i tu się kończy



Odpływamy




Żegnaj gościnna  wyspo Lipari




A to już Vulcano




Wyspa jak jeden wielki kemping


Gorące wody i błota lecznicze.




Knajpki pod palmami



Wszędzie szczęśliwi i uśmiechnięci ludzie.




Niezwykłe miejsce




Bajeczna zatoka i plaża, na której czarny piasek poparzył moje stopy




Gdzieś tam w oddali - Filicudi i Alicudi.



Tu pływamy - do późnego popołudnia.  



Scoglio delle Sirene























Tu każda wystająca z morza skała ma swoją legendę



............ tak, jak i morskie groty


Czas pomyśleć o powrocie


Ostatnie spojrzenie na boskie Wyspy Liparyjskie

...... i żeby nie zapomnieć, tych pięknych widoków




Dzień dobiega końca, wracamy więc do Milazzo. To było nasze dwanaście godzin na Wyspach Liparyjskich. Krótko jak diabli, krótko, nie ma co, więc siedzimy sobie teraz w milczeniu na rufie naszego stateczku, zapisując w głowie najpiękniejsze obrazy z atramentowego morza. To jak muśnięcie wiatru po policzku, który sprawił odrobinę przyjemności i o którym nie można już zapomnieć, więc trzeba go zabrać ze sobą i schować w zakamarkach własnej pamięci. I niech tak już zostanie.

cdn.
Ps. W następnym odcinku opowiem o Palermo i Monreale

sobota, 4 marca 2017

Sycylia (cz.III.) Taormina i Mesyna

Dwie rzeczy ciągnęły mnie do Taorminy: chciałem zobaczyć słynny teatr grecki i pochodzić uliczkami, którymi chadzał kiedyś Iwaszkiewicz, autor mojej ulubionej Brzeziny i Panien z Wilka. Do tej pory pamiętam te jego słowa - które gdzieś tam, kiedyś przeczytałem - o cudnym miasteczku zawieszonym między niebem a morzem ..............  „Kiedy słyszę słowo Taormina oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie”* Czyż może być więc lepsza rekomendacja i powód wyjazdu do Taorminy? To chyba najlepszy ze wszystkich pretekstów jaki mogłem sobie kiedykolwiek wymyśleć. Zresztą  - Ela też jest tym pomysłem zachwycona. 

Wjazd do Taorminy




Na mapie, Taorminę zawsze znajdziemy w tym samym miejscu - pomiędzy Katanią, a Mesyną. Rozłożyła się leniwie na malowniczym zboczu Monte Tauro, z pięknym widokiem z jednej strony na Etnę, a z drugiej na błękitne wody morza Jońskiego. Z Katanii to niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Można wybrać się tu pociągiem, albo autobusem - dla chcącego nic trudnego.

Parking Lumbi





Z nadbrzeżnej Via Nazionale wjechaliśmy w wąską serpentynę, która wynosiła nas coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie dotarliśmy do parkingu Lumbi - przy Via Mario e Nicola Garipoli. Myli się ten kto sądziłby, że to koniec podróży do Taorminy. Nic bardziej błędnego. Żeby dostać się do wnętrza miasteczka trzeba przesiąść się tu w mały pomarańczowy, rozklekotany autobusik, a potem wystarczy już tylko trzymać się dobrze czegokolwiek, by przy akompaniamencie wyjącego silnika i niezapomnianych emocji, wjechać - wijącą się w górę - Viale S. Pancrazio na Piazza S. Pancrazio, tuż przy kościele o tej samej nazwie. Wszędzie Pancrazio aż dziw bierze, dlaczego to miasteczko nazywa się Taormina, a nie Pancrazio - przeszło mi przez myśl, gdy tylko autobus się zatrzymał. Kierowca perfekcyjnie cofnął i zaparkował na niewielkim placyku, otworzył rozsuwane drzwi i coś z grymasem na twarzy burknął pod nosem, tak jakby chciał powiedzieć - idźcie już sobie, no idźcie. To był nasz koniec drogi do  Taorminy, byliśmy wreszcie na  miejscu, a ja cieszyłem się jak dziecko. Gdy tylko wysiadłem, zapomniałem nawet o dziwacznym zachowaniu szofera. Ela podała mi rękę i poszliśmy przed siebie.

Viale S. Pancrazio




Spojrzałem na plan miasteczka, a potem na zegarek i już wiedziałem, że czasu na delektowanie się Taorminą to my za dużo  nie mamy. Bez sensu byłoby jednak dać się ponieść wariactwu biegania i zaliczać na siłę wszystkie atrakcje z przewodnika. Niczego nie będziemy robić - ani prędzej, ani szybciej. Mamy na wszystko cztery godziny,  no i może jeszcze jakąś niewielką rezerwę, więc zrobimy sobie z tego po prostu przyjemny spacer  -  i tyle. Po co się spinać - szkoda nerwów. Może kiedyś, kiedyś indziej przyjedziemy tu jak Iwaszkiewicz na kwitnienie migdałów i posiedzimy aż do czasu opadania  ich białych płatków. Godzinami wtedy będziemy spacerować, popijać kawkę i poznawać miejscowych. A teraz, teraz usiedliśmy  na chwilę, na kamiennym murku w cieniu, pod różowym oleandrem, wypiliśmy po kilka łyków wody i bez słowa, bez pośpiechu ruszyliśmy na zwiedzanie.


Balkony przy Corso Umberto





Nie wyważaj już dawno otwartych drzwi - pomyślałem, układając sobie w głowie, plan naszego spaceru. Wiedziałem, że najstarsza część miasta od północy i od południa zamknięta jest starymi bramami. I to był klucz do całej sprawy - w tę stronę trzeba było pójść. Spojrzałem więc w lewo i bez trudu odnalazłem - pomiędzy dwiema odrestaurowanymi kamienicami - fragment muru z przejściem zwieńczonym kamiennym łukiem. To jest właśnie Porta Messina - jedna z tych bram. Po przeciwnej stronie, długiej i cienkiej jak włoski makaron ulicy o nazwie Corso Umberto, znajduje się jej bliźniaczka Porta Catania, a w połowie drogi - przy Piazza IX Aprile - Porta di Mezzo. Plan był więc prosty, jak ta ulica, którą teraz powinniśmy byli pójść.
- Wiesz, co? Nie będziemy się chyba wygłupiać, przejdziemy się tą ulicą do samego końca, w drodze powrotnej przysiądziemy na kawkę w jakiejś miłej knajpce, a na koniec pójdziemy jeszcze do tego słynnego greckiego teatru - zaproponowałem w pewnej chwili.
Ela spojrzała na mnie ze zrozumieniem, uśmiechnęła się i kiwnęła głową na tak. Powoli wchodziliśmy w gęstniejący tłum płynący w jedną i druga stronę wąskiej ulicy. Nie było w tym jednak jeszcze nic klaustrofobicznego i w duchu miałem nadzieję, że tak się nie stanie.

Świat małych, bocznych uliczek







Z autobusu - jadąc do Taorminy - widziałem na wzgórzach małe, kolorowe domki, a naturalna zieleń, czerwone dachy i pastelowe ściany tworzyły piękne obrazy, takie co wabią i nęcą  każdego kto ciekawy jest innego świata.
- To doskonałe miejsce dla ludzi wrażliwych na piękno i sztukę, szczególnie pasjonatów fotografii i malarstwa - tak mi przeszło przez myśl.
Teraz jednak jesteśmy już tutaj, w samym sercu miasteczka  - w perspektywie face to face. To inne spojrzenie. Wszystko na wyciagnięcie i dotknięcie ręki. Idziemy, idziemy, idziemy - w dobrym kierunku, w dobrym nastroju i w słońcu przy zupełnie bezchmurnym niebie. Idziemy w nadziei na dobry dzień. W prawo od placu wspina się w górę dosyć szeroka Viale S. Pancrazio, ulica, która dzisiaj nas w ogóle nie interesuje. Za to przed nami  -  na wprost -  jest wreszcie  Porta Massina. Jesteśmy na miejscu, początku naszej drogi.

Wszędzie kwiaty





I tak znaleźliśmy się na Corso Umberto wąskiej i trochę przyciasnawej uliczce, przeznaczonej wyłącznie dla pieszych. To podobno kultowe miejsce w Taorminie - jak się już tu jest, to trzeba tu być, tak mawiają znawcy tego miejsca. To przyjemna wędrówka od bramy do bramy - od Porta Messina do odległej Porta Catania. Puki co, wokół sklepy jubilerskie z markowymi ciuchami, a to wszystko w stylowych i wiekowych kamienicach. Blichtr i komercja. To mnie męczy, nie lubię tego, ale godzę się z tym, bo nie mam innego wyjścia. Dopiero na Piazza Vittorio Emanuele poczułem szlachetnego ducha tego miasta, dopiero widok kościoła Santa Catherina i Palazzo Corvaja nadaje prawdziwy sens mojej obecności w tym miejscu. Od razu lepiej się poczułem, nareszcie jest to, czego szukam. Mury sprzed sześciu stuleci - to to, co naprawdę mnie bierze, dotykam dłonią chłodnej kamiennej ściany  i od razu wraca mi humor.  Potem opieram się o nią  plecami i czuję, że tu właśnie tu przez wieki pisała się prawdziwa historia. To jest to, o co mi chodzi.

Hafciarka na Corso Umberto






Co chwilę zadzieram głowę do góry. Nad nami ciągną się jeden za drugim -  kolorowe balkony. Najczęściej zadbane, pełne kwiatów, rzeźb i ciekawych kompozycji. Są jakby nieodzowną częścią frontowej ściany każdej stylowej kamienicy. Niczym kwiatek w butonierce przystojnego mężczyzny. Wyglądają, tak jakby ciągle stawały do konkursu - który piękniejszy. Bałem się tłumu, ale chyba niepotrzebnie, wokół słychać tylko rozmowy: ciche spokojne, szeptane, kurtuazyjne, z uśmiechem, przyjazne i okazjonalne. Ludzie idą, czasami przystają na pogaduszki, albo zagubieni o coś pytają, wędrują w jedną lub w drugą stronę. Niezwykłe fasady kamienic, kamienne schodki, boczne uliczki, sklepiki, kawiarnie, cukiernie i restauracje ze stolikami a zewnątrz - to prawdziwy obraz Corso Umberto.

Same słodkości






Ela zawsze uwielbiała poezję. Ma dobrą pamięć i czasem cytuje - a to z tego, a to z tamtego - jakieś fajne kawałki. To miłe, polubiłem to. I pewnie dlatego, jak gdzieś jedziemy - zawsze szuka poetyckich nastrojów. Czasem znajduje je, a czasami nie. Ostatnio tak było w leśniczówce Pranie, cudownym miejscu - jej ulubionego Gałczyńskiego. Zaś innym razem w drodze do Kazimierza, musieliśmy wstąpić do Czarnolasu - do dworku Kochanowskiego. Tak to już jest z tą Elą. Zawsze jest wniebowzięta, gdy odwiedza takie miejsca. Ku mojemu zdumieniu tak było i tym razem. Zaskoczyła mnie zupełnie. Gdy tylko kelner podał nam kawę i  zostawił samych przy stoliku na tarasie z pięknym widokiem na morze, ona nagle ni to do mnie, ni do siebie wyszeptała ciepłym, aksamitnym  głosem...... 
        Na urwisku prostopadłem,
Na uciętych skał marmurze,
        Ponad modrych mórz zwierciadłem
Taormina błyszczy w górze.
- Znasz to? - zapytała rozpromieniona.
- Nie, nie mam pojęcia - odpowiedziałem z rozbrajającą szczerością.
- A widzisz, nie masz pojęcia, bo wydaję ci się, że to tylko Iwaszkiewicz tu bywał, a tak wcale nie jest - dodała w tonie zjadliwego pouczenia. 
- To z Asnyka, z Asnyka mój drogi, on także znał to miejsce, a do tego zostawił po sobie piękny wiersz - powiedziała, tym razem już przyjaznym tonem. Uśmiechnęła  się i spojrzała mi  prosto w oczy.


Widok na Etnę




Byliśmy w połowie drogi, ciągle na  Corso Umberto. Tu ulica łączy się z kameralnym - i podobno najładniejszym - placem Taorminy. To Piazza IX Aprile, z małym kościółkiem Sant’Agostino i okazałym kościołem San Giuseppe, ze schodami, wieżą zegarową i niezwykłym tarasem widokowym, z którego rozciąga się panorama od wybrzeża aż po Etnę. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie było pośpiechu.  Przed nami teraz droga do Porta Catania i z powrotem do Porta Mesina, a na koniec - tak jak się umówiliśmy - do Teatro Antico.

Dawny kościół Sant Agostino










- Piękny widok, chodź popatrzymy trochę, nie ma co się spieszyć - powiedziałem jakby od niechcenia i ruszyłem w stronę barierki na skraju placu od strony morza.
Ela podała mi rękę i szliśmy tak sobie razem.  Pod nami była  tylko jedna ulica - to Via Roma, a jeszcze niżej  pionowa, skalna ściana i cudowny widok na zatokę z mrowiem białych żagli i tnących fale  łodzi motorowych, a jeszcze dalej wysunięty w głąb morza zielony cypel i kolejna zatoka z żółtą plażą. W prawo od linii brzegowej za oliwnymi gajami teren, zaczyna się najpierw łagodnie wznosić, potem piąć  coraz śmielej i wyżej i tak aż do czarnego stożka wulkanu, który  dominuje nad całą okolicą. 
- Już wiem dlaczego ludzie tu przyjeżdżają - odezwała się w pewnej chwili Ela.
- Ja też chyba wiem - dodałem. A potem przez dłuższą chwilę milczeliśmy. Tylko rozbrykane dzieciaki za naszymi plecami, wariowały bawiąc się w ganianego.  A my tak staliśmy zupełnie wyciszeni  i patrzyliśmy sobie  na Etnę.

Kościół San Giuseppe







- Idziemy, chodź idziemy, już czas  - szepnąłem Eli do ucha i odwróciłem się w stronę kościoła. Obok słynnej Wünderbar Café przeszliśmy przez bramę Porta di Mezzo, a potem obok pięciogwiazdkowego hotelu Metropole ruszyliśmy, wolnym krokiem aż do Vico Venezia i Vico Sacramento. Słońce zaczynało coraz bardziej dokuczać, więc przeszliśmy na  zacienioną stroną ulicy. Tak dobrnęliśmy w pobliże  Piazza Duomo.

Katedra św. Mikołaja










Usiedliśmy na chłodnych, kamiennych ławach przy ścianie katedry od strony ulicy. To dobre miejsce na chwilę odpoczynku. Gdy je z daleka wypatrzyłem, ławy były jeszcze puste, a teraz ku mojemu zdumieniu zapełniały się i co chwilę ktoś się ciągle dosiadał. Było mi to jednak zupełnie obojętne. Na moment  przymknąłem powieki i zapomniałem o całym bożym świecie. Dopiero gdy Ela szturchnęła mnie pod żebra, poderwałem się raptownie zupełnie zdezorientowany.
- Ty, no nie bądź taki raptus, wyluzuj trochę, żartowałam - zaczęła chichotać. Zgłupiałem, bo chyba wyrwała mnie z jakiegoś snu. Tak, tak to był sen, po prostu zasnąłem. I nawet jeszcze wtedy, gdy kontem oka zobaczyłem dużą fontannę na środku placu rozświetlonego gorącym słońcem, nie  byłem pewien - czy to może jeszcze jakieś mary, czy już bardziej jawa.  Pomyślałem, że tu chyba tylko Ela jest realna. I to jedynie dawało mi wiarę, że wszystko jest ze mną w porządku.
- No sorki, sorki, nie chciałam cię wystraszyć - zaczęła się przymilać. Spojrzałem na nią z góry i wtedy zacząłem powoli wracać do rzeczywistości.
- No dobrze, już dobrze, chodźmy już - odpowiedziałem. Wstała i poszliśmy w stronę kamienicy, w której była apteka.
- Niezłe miejsce do robienia  zdjęć -  zagadnęła w pewnej chwili.
- No tak, chyba niezłe - odpowiedziałem zdawkowo.
Usiedliśmy obok fontanny, a ja natychmiast zacząłem bawić się aparatem. Katedra doskonale mieściła się w kadrze, było dużo dobrego słońca, więc zrobiłem  kilka zdjęć. Ta trójnawowa świątynia z ciekawą kamienną fasadą i rozetą nad głównym portalem, pochodzi z prawdopodobnie końca trzynastego wieku. Pstryknąłem jeszcze raz czy dwa i zorientowałam się, że na placu zbiera  się coraz więcej ludzi, że w  ciszę wkrada się coraz większy zgiełk. Trzeba już chyba stąd  iść - pomyślałem. I poszliśmy.


Przy Corso Umberto






Kwadrans później byliśmy już na Via Sesto Pompeo, tuż za Porta Catania. Nasza droga - w tej części miasta -  skończyła się, czas wracać. Teraz idziemy, więc  na Via Teatro Greco. To   ulica, która poprowadzi nas w głąb odleglej historii - aż do  czasów starożytnej Grecji. Póki co, przyglądam się ludziom i jakoś wydaje mi się, że umiem już odróżniać miejscowych od przybyszy. Lubię ludzi, lubię na nich patrzeć, a czasami  nawet zgadywać - kim są. I pewnie dlatego znowu przypomniał mi się Iwaszkiewicz, który zawsze miał dużo  czasu na długie spacery, pogawędki, przygodne rozmowy i ciągle nowe znajomości. To tego właśnie najbardziej mu zazdroszczę. No, ale pewnie jego czas był spokojny i leniwy, a nasz niestety zupełnie inaczej - ciągle pospieszny. Błądzić i błąkać się beztrosko wśród wąskich uliczek, to takie skryte, moje marzenie.
Teatr Grecki


Z Corso Umberto, tuż przy Piazza Vittorio Emanuele, skręciliśmy w prawo - w stronę teatru greckiego. To najbardziej znany i najstarszy zabytek Taorminy i jeden z najsłynniejszych na Sycylii. Wykuty w skale w epoce helleńskiej, a następnie przebudowany przez Rzymian i dostosowany także do walk gladiatorów. Położony wysoko, bo około 250 metrów nad poziomem morza sprawia, że panorama rozciągająca się z widowni i stanowiąca jednocześnie naturalną scenerię teatru, zaliczana jest do najpiękniejszych w Europie. W ten sposób, tłem dla spektakli stają się  fragmenty Morza Jońskiego, wysoka pod samo niebo Etna, a także okoliczne domy i wzgórza. Spektakle wieczorne i nocne bywają chwilami okraszone błyskiem ognia, z krateru wciąż żywego wulkanu.







Ela jest rozpromieniona i zachwycona, bo widzi teatr żywy, wymyślony  - jak to powiedziała - chyba przez geniusza. Teatr fenomenalny i zjawiskowy.  Usytuowany w cudownym miejscu - pomiędzy prześliczną zatoką,  a groźnym wulkanem. Stworzony ponad dwa tysiące lat temu, ciągle tu jest. I to też jest fenomen.  Teatr jest duży, w średnicy spokojnie na ponad sto metrów i jak sadzę może  pomieścić kilka, albo nawet  i kilkanaście  tysięcy ludzi. Wyniesiona wysoko widownia z murami w kształcie półokręgu, przenosi nas od razu w antyczne czasy. Nie jest tu dzisiaj tłoczno, więc mamy sporo swobody. Przeszliśmy najpierw po doskonale zachowanej koronie, wzdłuż murów okalających widownię, a potem wolnym krokiem zaczęliśmy schodzić środkowymi schodami w stronę proscenium. Przed nami, na wprost wielka Etna. Minęliśmy drewniane ławy, a potem rzędy kamiennych stopni, aż w końcu doszliśmy na sam dół, do konstrukcji z czasów zupełnie najnowszych, na której zamontowano z pół tysiąca białych, plastikowych krzesełek. Usiadłem, a Ela zaraz tuż obok mnie. Można by tak siedzieć tu bez końca, ale my daliśmy sobie jedynie kwadrans. Kwadrans w ciszy i spokoju. Tylko tyle i aż tyle.

Panorama z murów teatru




Żal żegnać się z tym miejscem, ale cóż nie ma rady, dzień powoli dobiega końca, a przed nami jeszcze kawał drogi. Tak to już jest, wszystko ma swój początek i swój koniec. Trzeba się zbierać.
- Wątpię, żebyśmy mogli jeszcze dzisiaj zatrzymać się w Mesynie, to chyba bez sensu - powiedziałem do Eli, spoglądając ostatni raz na wielki wulkan.
- No, chyba bez sensu - przytaknęła
- To co, idziemy? - zapytałem. - Chodź, idziemy - odpowiedziała.


Na placu Pankracego


Zupełnie bez pośpiechu wróciliśmy z powrotem na Via Teatro Greco i pośród sklepików z pamiątkami, szliśmy do znanego nam już miejsca przy Porta Messina. O dziwo ulica była wolna od tłoku. Sprzedawcy bez szczególnej nachalności, zapraszali nas do siebie jedynie uśmiechem. Więc tak szliśmy przed siebie zupełnie beztrosko i na całkowitym luzie. To był miły i przyjemny spacer. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się na placu Pankracego. A to znaczy tylko tyle, że nasz spacer po Taorminie dobiegł końca.

Drogi na Sycylii



Za pierwszym zakrętem, przy zjeździe z górnej części miasta, zobaczyłem cudowną panoramę. Pod nami błyszczały wody morza Jońskiego, zamknięte od strony lądu  niezwykle piękną zatoką z żółtymi plażami. Widok zapierał dech w piersiach. Ostrożnie zjeżdżaliśmy w stronę autostrady, a drogowskazy prowadziły nas wprost do rozjazdu Catania - Messina. Byłem coraz  spokojniejszy, wszystko szło jak należy. Po kwadransie Ela lekko zaczęła przysypiać. Obudziła się dopiero koło Mesyny.

Cieśnina Mesyńska






Wiedziałem, że nie możemy się tu dzisiaj zatrzymać i że ze zwiedzania będą nici. Nic na to nie poradzę, po prostu mamy  zbyt mało czasu. To mnie jednak jakoś nie przeraziło. Pomyślałem, że  i tak tu wrócimy, tylko  innego dnia. Mamy przecież doskonałe połączenie kolejowe z Cefalu. Byliśmy wczoraj na dworcu i sprawdziliśmy rozkład jazdy. Ela natychmiast mi przytaknęła i od razu poprawiły nam się humory. Jest wiec dobrze - pomyślałem.

Bliżej Mesyna, dalej Reggio di Calabria





Skoro jesteśmy jednak koło Mesyny, to może warto choć przez chwilę spojrzeć na cieśninę - przeszło mi przez myśl. Przecież zawsze chciałem zobaczyć włoskiego buta. To od dawna było moje marzenie. Od kiedy tylko po raz pierwszy - a było to w dzieciństwie - zobaczyłem na mapie tę koślawą girę przyrzekłem sobie, że kiedyś tam pojadę, żeby sprawdzić - jak to jest. No to co, raz kozie śmierć - coś trzeba z tym zrobić. Decyzja zapadła w jednej chwili - odwrotu już nie ma. Na wysokości mesyńskiego portu autostrada odbija w lewo i zanim wbije się tunelem w wielka górę, po jej prawej stronie jest dogodny zjazd, na dość duży parking. Stąd widać miasto, cieśninę i przeciwległy brzeg jak na dłoni. Doskonałe miejsce. Tu Sycylia, a tam już Kalabria. Przed nami, w dole pomalowana na niebiesko przestrzeń trzech kilometrów pomiędzy dwoma zielonymi brzegami. Widzę nareszcie czubek włoskiego buta. Doczekałem się.


* - Jarosław Iwaszkiewicz

cdn.