czwartek, 4 stycznia 2018

Chorwacja po raz szósty (cz. V.) - płyniemy na wyspę Brać.


           Chorwacja to nie tylko kraj urzekającego wybrzeża - od Istrii, aż do granicy z Montenegro - ale także rozsianych na pobliskich wodach wielu wysp i wysepek. To jedna z niezwykłych atrakcji turystycznych tego regionu i jeden z powodów, dla których ludzie tu przyjeżdżają. Podróżnicy zawsze kochali wyspy i zawsze ich do nich ciągnęło, zawsze mieli jakieś fantazje, wyobrażenia i marzenia o takich miejscach: od przygód Robinsona Crusoe począwszy, a na wakacjach na Mauritiusie w wypasionym hotelu skończywszy. Jak więc przychodzi co do czego i chce nam się uciekać od cywilizacyjnego zgiełku, to właśnie wtedy najczęściej myślimy o jakichś wyspach. Czyż nie? A tu, właśnie tu, w Chorwacji takich miejsc jest naprawdę pod dostatkiem - do wyboru, do koloru. W tej części Adriatyku znajduje się 1246 mniejszych i większych wysp, z tego: 47 jest zamieszkałych, 651 bezludnych, 389 to skały, a 78 rafy. Dla nas wprawdzie to żadna nowina i nic zaskakującego, a i tak zawsze nas tu ciągnie. Jest w tym jakaś magia. Zaczęliśmy kilka lat temu od: wyspy Ćiovo potem był Drvenik Mali, Korćula, po niej Krk, Cres i Losinj, a ostatnio także Hvar. Teraz przyszła kolej na wyspę Brać. Widzę ją każdego dnia z naszej plaży. Jest zaledwie kilka mil na wprost przed nami. Nasz plan jest zatem prosty - jutro tam jedziemy.
        Na nadbrzeżnej ulicy Obala kralja Tomioslava w Makarskiej staliśmy już od pół godziny. Tak, na wszelki wypadek, żeby nie spóźnić się na prom. To właśnie dzisiaj spełniamy nasze kolejne marzenie – czyli płyniemy wreszcie na wyspę Brać. Powoli dochodziła ósma, gdy zaczął się załadunek. Najpierw wchodzili piesi, potem duża grupa rowerzystów, a w następnej kolejności dopiero ruszyły samochody. Andrzej skręcił w prawo i po chwili byliśmy już na pokładzie. Tak zaczęła się nasza wyprawa na kolejną adriatycką wyspę. Mamy na to cały dzień i chcemy objechać ją (z przystankami) do dookoła. Teraz jednak póki co, przed nami - godzinny - rejs do Sumartinu.

Na wyspę Brać można dostać się promem: ze Splitu do Supetaru albo właśnie tak jak my - z Makarskiej do Sumartinu.



W sezonie promy pływają tu  4 - 5 razy dziennie. Ostatni do Makarskiej  przypływa  o dziewiątej wieczorem.




Wszystko kosztuje:  za auto zapłaciliśmy - 160 kun i po  33 kuny za każdego z nas.

Wreszcie opuszczamy  Makarską  - płyniemy  na wyspę Brać.



Szybko przenieśliśmy się na górny pokład promu – jest co podziwiać. Znowu dużo słońca i wiatr we włosach. 




I tak znaleźliśmy się  w porcie Sumartin. Tu zaczynamy i tu zakończymy dzisiaj  po południu (albo wieczorem)  naszą wędrówkę po wyspie.




Brač jest trzecią co do wielkości wyspą na adriatyckim wybrzeżu, no i jednocześnie  największą wyspą Dalmacji.



Linia brzegowa wyspy to około 180 kilometrów, długość (Sumartin - Milna  po prostej)  nie więcej jak  40, a szerokość 12 kilometrów. Na stałe mieszka tu 14 tysięcy osób.




Po pół godzinie - jesteśmy na południowym wybrzeżu. Pod nami, w dole maleńkie miasteczko Bol.


Drogi są tu  kręte, ale dobrej jakości  -  w oddali, na wprost widać wyspę Hwar.




Bol  - to jeden z najbardziej znanych nadmorskich kurortów nad Adriatykiem.   




W tym rejonie jest około  15 kilometrów piaszczystych i kamienistych plaż, ciągających się od zatoki Martinica na wschodzie, aż do zatoki Blaca z drugiej strony.




Najbardziej znaną w całej Chorwacji jest plaża Zlatni Rat. Można ją zobaczyć na wszystkich najlepszych folderach turystycznych świata.




Przypływają tu  łodzie i statki z całej okolicy. Jeszcze nie jest tłoczno, bo to dopiero początek czerwca, ale podobno w szczycie sezonu ciężko nawet palec tu wetknąć.



Wracamy na płaskowyż, a potem przez Gornji Homac, Praźnicę i na koniec wąską, leśną drogą  pchamy się   na Vidovą Gorę ( 778 m n.p.m. ) – to  najwyższa góra na chorwackich wyspach.




Bez trudu dojechaliśmy tu samochodem – jedynie ostatnie dwieście metrów to spacer w stronę urwiska.


Można tu także wejść pieszo od strony miasteczka Bol. Podobno  da się to zrobić w 5 do 6 godzin w obie strony.



Nazwa tego szczytu - wbrew porom  - nie ma nic wspólnego z   „widokową górą”. Są tu za to  ruiny XIII – wiecznego kościoła pod wezwaniem świętego Wita (chor. - Sveti Vid)  i to  właśnie  z tego powodu,  miejsce to znane jest  jako Vidova Gora.




Przy dobrej pogodzie oprócz Gór Biokovo i Riwiery Makarskiej można przyjrzeć się  sąsiedniej wyspie Hvar, a także zobaczyć: Vis, Biševo, Korčulę, a nawet półwysep Pelješac.




Wszystkich jednak  najbardziej wabi widok na  cudowną plażę  - Zlatni Rat.

Trzeba ciągle uważać, chodzimy przecież nad wielkim urwiskiem. Tam w oddali widać Hvar i zatokę,  w której spędziliśmy cudowne wakacie dwa lata temu.

Była druga po południu gdy wróciliśmy na drogę numer 114. Jedziemy  na zachodnią część wyspy.

Przed wioską Loźiśća zjazd stawał się coraz bardziej stromy i wąski. W samochodzie pojawiły się pierwsze emocje.

No i tak tu się jeździ: czasem wyjdzie  na drogę osioł, a czasem nawet i muł  (tak jak widać to  na zdjęciu). Trzeba uważać.

Dochodziła trzecia po południu, gdy dojechaliśmy  wreszcie do Milnej.

To ciche i spokojne miasteczko w zachodniej części wyspy położone nad  zatoką, daleko wciśniętą w głąb lądu. - klasyczny  port dający schronienie.

Łatwo stąd wypłynąć wprost na pobliską Soltę, albo też (jak kto woli)  na tor wodny  w lewo – na  wyspę Hvar, lub w prawo do Splitu.

W centrum znajduje się duża marina z  nowoczesnym wyposażeniem., a wokół  sporo restauracji.

Życie toczy się tu w atmosferze i rytmie  naturalnego spokoju. Ludzie nigdzie się nie spieszą,  są mili i często się do nas uśmiechają.

Jedziemy teraz do Supetaru,  czyli przenosimy się tym razem  na półn ocną część wyspy, tę od strony kontynentalnej.

Superat położony w zatoce św. Piotra, to największe  miasto na wyspie Brać (3.500 mieszkańców) - bezpośrednio połączone linią promową ze Splitem. 

Centrum miasta to plac wokół portu promowego, nadmorska promenada z kawiarniami i restauracjami. A tuż obok kościół św. Piotra.

Jest późne popołudnie, czas ruszać w dalszą drogę. Minęliśmy wielkie rondo na peryferiach Supetaru i tempem spacerowym  zmierzamy w stronę Postiry, a potem  jeszcze dalej w  kierunku Pućiśćy. 

Raz w górę, raz w dół prowadzi nas droga nad północnym skrajem wyspy. Od stałego lądu dzieli nas cieśnina o szerokości  od pięciu do dwunastu kilometrów.

Czasami oddalamy się od brzegu, a innym razem  ponowienie do  niego wracamy. Jedziemy wśród  piniowych lasów, oliwnych gajów, ale także poletek winorośli.

Z drugiej strony cieśnimy jest Omiś, Pisak, Brela i Baśka Voda, widzę je doskonale, widzę czerwone dachy domów i  bielejące  górskie  szczyty, które nad nimi dominują. Cudowny widok.

Zatoczyliśmy dzisiaj wielkie koło. Ze stromej góry, drogą numer 113 zjechaliśmy ponownie do Sumartinu.  To początek i koniec naszej drogi; stąd rano ruszaliśmy w trasę. Czekamy na prom.

To był  udany dzień.  Andrzej wprowadził auto na prom i  już za chwilę  odpływamy.

Podróż promem w tę stronę jest jeszcze ciekawsza niż ta poranna. Płyniemy na wprost monumentalnych gór Biokovo, schodzących z wysoka, wprost od nieba, aż  do  brzegu  błękitnego morza.

Znowu jesteśmy w Makarskiej.


         Prom wpłynął do zatoki i sunąc powoli wziął kierunek pomiędzy dwie wysokie palmy, stojące na nabrzeżu, na wprost ulicy biegnącej w stronę gór. Stoję z przodu promu - najwyżej jak tylko mogę - spoglądam na miasto i czuję przyjemny powiew wiatru prosto w twarz. Po chwili przyszła Ela i teraz już stoimy tak razem – zapatrzeni, w milczeniu. Czuć jak nadchodzi koniec dnia. Słońce gaśnie powoli za nami i kładzie na zatoce czerwonawe pasemka, a prom majestatycznie zbliża się coraz bardziej do brzegu. Jego dziobowa furta na moich oczach obniża się, aż wreszcie opiera z łomotem o betonowy podjazd i samochody - na pokładzie – jeden po drugim zaczynają odpalać silniki. Rozpoczął się rozładunek. Wszystkie auta skręcały w prawo i ustawiały się w jedno za drugim - na nadbrzeżnej ulicy. Kierowcy czekali spokojnie teraz na pasażerów. Wśród nich z pewnością także był Andrzej. Tego byłem pewien. Ela podała mi rękę i wreszcie zaczęliśmy - w tłoku - schodzić do wyjścia. Na promenadzie dołączyła do nas - zagubiona przez chwilę – Bożena, a niedaleko za przejściem dla pieszych wypatrzyliśmy nasz samochód. Byliśmy znowu w komplecie. Andrzej otworzył bagażnik, wrzuciliśmy plecaki i mogliśmy już teraz ruszać do Baśki. Tak kończył się nasz kolejny dzień.


cdn.


piątek, 1 grudnia 2017

Chorwacja po raz szósty (cz. IV.) - Dubrownik.

          Pierwszy raz byliśmy w Dubrowniku osim lat temu, kolejny raz, rok później - no i teraz, wybieramy się znowu. Uwielbiam to miasto. Uwielbiam jego historię i to jakie jest dzisiaj, jego zabytki, architekturę i tę staromiejską atmosferę. Poznałem je na tyle, że mógłbym być tu już chyba przewodnikiem. Wiem przynajmniej gdzie, co jest i skąd się wzięło. Wiem też jak najlepiej zwiedzać to miasto - mam nawet na to swój patent. Zawsze zaczynam od widoku z pobliskich wzgórz, potem wchodzimy na mury obronne, a na końcu przenosimy się w labirynt wąskich, zacienionych uliczek i słonecznych placów starówki. I chociaż jest tu drogo, to zawsze warto - choćby na chwilkę - przysiąść na małą kawę lub lody w którejś z restauracyjek, najlepiej pod parasolami. Posiedzieć, popatrzeć i ponudzić się razem z innymi. Spróbować zrozumieć to miasto, a także poczuć jego rytm i puls. To może być miłe uczucie.
             Dla Bożeny i Andrzeja to nowość, bo jeszcze nigdy tu nie byli. Dla nas z kolei to powrót do ulubionego miejsca. Uwielbiam takie powroty. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia - właśnie już nas wzięło na wspominki. Zrobiło się miło, a ja już się cieszę na tę myśl, tym bardziej, że teraz zamierzam być przewodnikiem i poprowadzić naszą grupę według mojego planu. Dzisiaj od rana jedziemy prosto w słońce, które leniwie podnosiło się z nad gór od strony Zatoki Kotorskiej. Zapowiada się kolejny, piękny dzień. Szybko minęliśmy Makarską, deltę Neretwy i o dziewiątej - bez najmniejszych przeszkód - wjechaliśmy do Bośni. Gdy godzinę później, za wioską Lozica, zza zakrętu pokazały się pylony wielkiego białego mostu wiedziałem, że jesteśmy już blisko celu.

Jadranka  - droga, z której widać całe piękno Chorwacji

Równina  Neretwy - to tutaj górska, rwąca rzeka łagodnieje, leniwi się  i tworzy rolnicze eldorado.


Jesteśmy już niedaleko półwyspu Peljeśac, sporo tu zakrętów, ale nie ma co się  denerwować – są za to ładne widoki.




Pod nami w dole, po prawej stronie pokazały się wreszcie peryferia Dubrownika. Ominęliśmy centrum jadąc ciągle drogą na Cavtat, a potem tuż za tablicą oznaczającą koniec miasta, zacząłem wypatrywać parkingu po lewej stronie drogi. Szukałem miejsca, z którego można by wejść na wzgórze. Miałem przy sobie mapę, więc wszystko poszło jak z płatka. Znaleźliśmy ławeczkę na skale i od tej pory mogliśmy rozkoszować się cudownym widokiem. Pod nami: czerwone dachy miasta i białe fortyfikacje oblane turkusowym morzem, stykającym się na horyzoncie z błękitnym niebem. Takich chwil się nie zapomina.
Z małego  parkingu, przy szosie biegnącej  na południe weszliśmy po schodach,  na  wysoką skałę i wtedy ukazał się Dubrownik.


Stąd wszystko można zobaczyć  jak na dłoni


Takich widoków szukamy miesiącami, a czasem nawet i  latami. To spełnienie marzeń każdego wędrowca - jesteśmy znowu szczęśliwi. No ale cóż  czas szybko  leci (więc tak, czy siak)  trzeba  się zbierać – jedziemy do miasta.


Przed nami potężne fortyfikacje. To brama Pile (Vrata od Pila) –  tędy wejdziemy do najstarszej części  Dubrownika.

Renesansowy kościół Zbawiciela, a obok kamienne schody. Stąd idziemy zaraz w górę  na wędrówkę po miejskich murach.




To ważne miejsce  – Wielka Studnia Onufrego, od 1438 roku źródło życia dla mieszkańców.  








Na wprost widać wieżę  Katedry  Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny – nazywanej  tu  także  Welika Gospa, a po prawej dach kościoła świętego Ignacego 



Solidne mury, forty i baszty  - system miejskich fortyfikacji.  Jesteśmy na południowej stronie – od  morza i wyspy Lokrum


Dobra rada - najlepiej wchodzić tu rano lub po południu. To co najmniej  dwugodzinny spacer  i to  na ogół przy bezchmurnym  niebie i ostrym słońcu.



Wysokość  murów w niektórych, miejscach sięga nawet 25 metrów



Mimo sporej wysokości, spacer i tak tu jest tu bezpieczny.




System obrony miasta był  doskonalony  tu przez całe wieki.







A to jest kamienna plaża - można bez trudu do niej zejść (sprawdziłem)




Widok na stary port  od strony Klasztoru Dominikanów. Można stąd  wypłynąć wprost do:  Cavtatu,  Zatoki Kotorskiej albo nawet i na greckie wyspy.



Dawna komora celna i kościół św. Mikołaja. Idziemy dalej.




Minćeta - największa  warownia od strony lądu




............... tym razem widok na miasto od północnej strony. 




Crkva  sv. Vlaho - w całej okazałości. 




Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek mówiąc o Dubrowniku powie Ragusa,  to nic w tym złego - tak właśnie to miasto nazywano przez całe wieki.


.............., ostatnie spojrzenie z murów obronnych i zaraz schodzimy w dół.  




Stradun, szeroki marmurowy bulwar, wypolerowany stopami milionów turystów - najważniejsza ulica starego Dubrownika.

............., przed Pałacem Rektora - to dawna siedziba władz Republiki Dubrownickiej ( z okresu  XV w.)




Kończymy już nasze spotkanie z cudownym Dubrownikiem.







              Bałem się, że słońce na murach nas dzisiaj wykończy, ale tak się jednak nie stało. Delikatny, orzeźwiający wiatr od zachodu był naszym miłym sprzymierzeńcem. Co to za ulga! Po zejściu kamiennymi schodami na szeroki Stradun, gdzie ściany wiekowych kamienic po obu stronach falowały oddając z siebie słoneczny żar, zaczęliśmy szukać miejsca z cieniem i odrobiną chłodu. W końcu słońce zelżało, a my szczęśliwi rozsiedliśmy się przy stoliku pod wielkim parasolem. Teraz spokojnie posłuchamy jak i czym żyje miasto. Za godzinę wracamy do Baśki.



cdn.