sobota, 4 marca 2017

Sycylia (cz.III.) Taormina i Mesyna

Dwie rzeczy ciągnęły mnie do Taorminy: chciałem zobaczyć słynny teatr grecki i pochodzić uliczkami, którymi chadzał kiedyś Iwaszkiewicz, autor mojej ulubionej Brzeziny i Panien z Wilka. Do tej pory pamiętam te jego słowa - które gdzieś tam, kiedyś przeczytałem - o cudnym miasteczku zawieszonym między niebem a morzem ..............  „Kiedy słyszę słowo Taormina oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie”* Czyż może być więc lepsza rekomendacja i powód wyjazdu do Taorminy? To chyba najlepszy ze wszystkich pretekstów jaki mogłem sobie kiedykolwiek wymyśleć. Zresztą  - Ela też jest tym pomysłem zachwycona. 

Wjazd do Taorminy




Na mapie, Taorminę zawsze znajdziemy w tym samym miejscu - pomiędzy Katanią, a Mesyną. Rozłożyła się leniwie na malowniczym zboczu Monte Tauro, z pięknym widokiem z jednej strony na Etnę, a z drugiej na błękitne wody morza Jońskiego. Z Katanii to niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Można wybrać się tu pociągiem, albo autobusem - dla chcącego nic trudnego.

Parking Lumbi





Z nadbrzeżnej Via Nazionale wjechaliśmy w wąską serpentynę, która wynosiła nas coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie dotarliśmy do parkingu Lumbi - przy Via Mario e Nicola Garipoli. Myli się ten kto sądziłby, że to koniec podróży do Taorminy. Nic bardziej błędnego. Żeby dostać się do wnętrza miasteczka trzeba przesiąść się tu w mały pomarańczowy, rozklekotany autobusik, a potem wystarczy już tylko trzymać się dobrze czegokolwiek, by przy akompaniamencie wyjącego silnika i niezapomnianych emocji, wjechać - wijącą się w górę - Viale S. Pancrazio na Piazza S. Pancrazio, tuż przy kościele o tej samej nazwie. Wszędzie Pancrazio aż dziw bierze, dlaczego to miasteczko nazywa się Taormina, a nie Pancrazio - przeszło mi przez myśl, gdy tylko autobus się zatrzymał. Kierowca perfekcyjnie cofnął i zaparkował na niewielkim placyku, otworzył rozsuwane drzwi i coś z grymasem na twarzy burknął pod nosem, tak jakby chciał powiedzieć - idźcie już sobie, no idźcie. To był nasz koniec drogi do  Taorminy, byliśmy wreszcie na  miejscu, a ja cieszyłem się jak dziecko. Gdy tylko wysiadłem, zapomniałem nawet o dziwacznym zachowaniu szofera. Ela podała mi rękę i poszliśmy przed siebie.

Viale S. Pancrazio




Spojrzałem na plan miasteczka, a potem na zegarek i już wiedziałem, że czasu na delektowanie się Taorminą to my za dużo  nie mamy. Bez sensu byłoby jednak dać się ponieść wariactwu biegania i zaliczać na siłę wszystkie atrakcje z przewodnika. Niczego nie będziemy robić - ani prędzej, ani szybciej. Mamy na wszystko cztery godziny,  no i może jeszcze jakąś niewielką rezerwę, więc zrobimy sobie z tego po prostu przyjemny spacer  -  i tyle. Po co się spinać - szkoda nerwów. Może kiedyś, kiedyś indziej przyjedziemy tu jak Iwaszkiewicz na kwitnienie migdałów i posiedzimy aż do czasu opadania  ich białych płatków. Godzinami wtedy będziemy spacerować, popijać kawkę i poznawać miejscowych. A teraz, teraz usiedliśmy  na chwilę, na kamiennym murku w cieniu, pod różowym oleandrem, wypiliśmy po kilka łyków wody i bez słowa, bez pośpiechu ruszyliśmy na zwiedzanie.


Balkony przy Corso Umberto





Nie wyważaj już dawno otwartych drzwi - pomyślałem, układając sobie w głowie, plan naszego spaceru. Wiedziałem, że najstarsza część miasta od północy i od południa zamknięta jest starymi bramami. I to był klucz do całej sprawy - w tę stronę trzeba było pójść. Spojrzałem więc w lewo i bez trudu odnalazłem - pomiędzy dwiema odrestaurowanymi kamienicami - fragment muru z przejściem zwieńczonym kamiennym łukiem. To jest właśnie Porta Messina - jedna z tych bram. Po przeciwnej stronie, długiej i cienkiej jak włoski makaron ulicy o nazwie Corso Umberto, znajduje się jej bliźniaczka Porta Catania, a w połowie drogi - przy Piazza IX Aprile - Porta di Mezzo. Plan był więc prosty, jak ta ulica, którą teraz powinniśmy byli pójść.
- Wiesz, co? Nie będziemy się chyba wygłupiać, przejdziemy się tą ulicą do samego końca, w drodze powrotnej przysiądziemy na kawkę w jakiejś miłej knajpce, a na koniec pójdziemy jeszcze do tego słynnego greckiego teatru - zaproponowałem w pewnej chwili.
Ela spojrzała na mnie ze zrozumieniem, uśmiechnęła się i kiwnęła głową na tak. Powoli wchodziliśmy w gęstniejący tłum płynący w jedną i druga stronę wąskiej ulicy. Nie było w tym jednak jeszcze nic klaustrofobicznego i w duchu miałem nadzieję, że tak się nie stanie.

Świat małych, bocznych uliczek







Z autobusu - jadąc do Taorminy - widziałem na wzgórzach małe, kolorowe domki, a naturalna zieleń, czerwone dachy i pastelowe ściany tworzyły piękne obrazy, takie co wabią i nęcą  każdego kto ciekawy jest innego świata.
- To doskonałe miejsce dla ludzi wrażliwych na piękno i sztukę, szczególnie pasjonatów fotografii i malarstwa - tak mi przeszło przez myśl.
Teraz jednak jesteśmy już tutaj, w samym sercu miasteczka  - w perspektywie face to face. To inne spojrzenie. Wszystko na wyciagnięcie i dotknięcie ręki. Idziemy, idziemy, idziemy - w dobrym kierunku, w dobrym nastroju i w słońcu przy zupełnie bezchmurnym niebie. Idziemy w nadziei na dobry dzień. W prawo od placu wspina się w górę dosyć szeroka Viale S. Pancrazio, ulica, która dzisiaj nas w ogóle nie interesuje. Za to przed nami  -  na wprost -  jest wreszcie  Porta Massina. Jesteśmy na miejscu, początku naszej drogi.

Wszędzie kwiaty





I tak znaleźliśmy się na Corso Umberto wąskiej i trochę przyciasnawej uliczce, przeznaczonej wyłącznie dla pieszych. To podobno kultowe miejsce w Taorminie - jak się już tu jest, to trzeba tu być, tak mawiają znawcy tego miejsca. To przyjemna wędrówka od bramy do bramy - od Porta Messina do odległej Porta Catania. Puki co, wokół sklepy jubilerskie z markowymi ciuchami, a to wszystko w stylowych i wiekowych kamienicach. Blichtr i komercja. To mnie męczy, nie lubię tego, ale godzę się z tym, bo nie mam innego wyjścia. Dopiero na Piazza Vittorio Emanuele poczułem szlachetnego ducha tego miasta, dopiero widok kościoła Santa Catherina i Palazzo Corvaja nadaje prawdziwy sens mojej obecności w tym miejscu. Od razu lepiej się poczułem, nareszcie jest to, czego szukam. Mury sprzed sześciu stuleci - to to, co naprawdę mnie bierze, dotykam dłonią chłodnej kamiennej ściany  i od razu wraca mi humor.  Potem opieram się o nią  plecami i czuję, że tu właśnie tu przez wieki pisała się prawdziwa historia. To jest to, o co mi chodzi.

Hafciarka na Corso Umberto






Co chwilę zadzieram głowę do góry. Nad nami ciągną się jeden za drugim -  kolorowe balkony. Najczęściej zadbane, pełne kwiatów, rzeźb i ciekawych kompozycji. Są jakby nieodzowną częścią frontowej ściany każdej stylowej kamienicy. Niczym kwiatek w butonierce przystojnego mężczyzny. Wyglądają, tak jakby ciągle stawały do konkursu - który piękniejszy. Bałem się tłumu, ale chyba niepotrzebnie, wokół słychać tylko rozmowy: ciche spokojne, szeptane, kurtuazyjne, z uśmiechem, przyjazne i okazjonalne. Ludzie idą, czasami przystają na pogaduszki, albo zagubieni o coś pytają, wędrują w jedną lub w drugą stronę. Niezwykłe fasady kamienic, kamienne schodki, boczne uliczki, sklepiki, kawiarnie, cukiernie i restauracje ze stolikami a zewnątrz - to prawdziwy obraz Corso Umberto.

Same słodkości






Ela zawsze uwielbiała poezję. Ma dobrą pamięć i czasem cytuje - a to z tego, a to z tamtego - jakieś fajne kawałki. To miłe, polubiłem to. I pewnie dlatego, jak gdzieś jedziemy - zawsze szuka poetyckich nastrojów. Czasem znajduje je, a czasami nie. Ostatnio tak było w leśniczówce Pranie, cudownym miejscu - jej ulubionego Gałczyńskiego. Zaś innym razem w drodze do Kazimierza, musieliśmy wstąpić do Czarnolasu - do dworku Kochanowskiego. Tak to już jest z tą Elą. Zawsze jest wniebowzięta, gdy odwiedza takie miejsca. Ku mojemu zdumieniu tak było i tym razem. Zaskoczyła mnie zupełnie. Gdy tylko kelner podał nam kawę i  zostawił samych przy stoliku na tarasie z pięknym widokiem na morze, ona nagle ni to do mnie, ni do siebie wyszeptała ciepłym, aksamitnym  głosem...... 
        Na urwisku prostopadłem,
Na uciętych skał marmurze,
        Ponad modrych mórz zwierciadłem
Taormina błyszczy w górze.
- Znasz to? - zapytała rozpromieniona.
- Nie, nie mam pojęcia - odpowiedziałem z rozbrajającą szczerością.
- A widzisz, nie masz pojęcia, bo wydaję ci się, że to tylko Iwaszkiewicz tu bywał, a tak wcale nie jest - dodała w tonie zjadliwego pouczenia. 
- To z Asnyka, z Asnyka mój drogi, on także znał to miejsce, a do tego zostawił po sobie piękny wiersz - powiedziała, tym razem już przyjaznym tonem. Uśmiechnęła  się i spojrzała mi  prosto w oczy.


Widok na Etnę




Byliśmy w połowie drogi, ciągle na  Corso Umberto. Tu ulica łączy się z kameralnym - i podobno najładniejszym - placem Taorminy. To Piazza IX Aprile, z małym kościółkiem Sant’Agostino i okazałym kościołem San Giuseppe, ze schodami, wieżą zegarową i niezwykłym tarasem widokowym, z którego rozciąga się panorama od wybrzeża aż po Etnę. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie było pośpiechu.  Przed nami teraz droga do Porta Catania i z powrotem do Porta Mesina, a na koniec - tak jak się umówiliśmy - do Teatro Antico.

Dawny kościół Sant Agostino










- Piękny widok, chodź popatrzymy trochę, nie ma co się spieszyć - powiedziałem jakby od niechcenia i ruszyłem w stronę barierki na skraju placu od strony morza.
Ela podała mi rękę i szliśmy tak sobie razem.  Pod nami była  tylko jedna ulica - to Via Roma, a jeszcze niżej  pionowa, skalna ściana i cudowny widok na zatokę z mrowiem białych żagli i tnących fale  łodzi motorowych, a jeszcze dalej wysunięty w głąb morza zielony cypel i kolejna zatoka z żółtą plażą. W prawo od linii brzegowej za oliwnymi gajami teren, zaczyna się najpierw łagodnie wznosić, potem piąć  coraz śmielej i wyżej i tak aż do czarnego stożka wulkanu, który  dominuje nad całą okolicą. 
- Już wiem dlaczego ludzie tu przyjeżdżają - odezwała się w pewnej chwili Ela.
- Ja też chyba wiem - dodałem. A potem przez dłuższą chwilę milczeliśmy. Tylko rozbrykane dzieciaki za naszymi plecami, wariowały bawiąc się w ganianego.  A my tak staliśmy zupełnie wyciszeni  i patrzyliśmy sobie  na Etnę.

Kościół San Giuseppe







- Idziemy, chodź idziemy, już czas  - szepnąłem Eli do ucha i odwróciłem się w stronę kościoła. Obok słynnej Wünderbar Café przeszliśmy przez bramę Porta di Mezzo, a potem obok pięciogwiazdkowego hotelu Metropole ruszyliśmy, wolnym krokiem aż do Vico Venezia i Vico Sacramento. Słońce zaczynało coraz bardziej dokuczać, więc przeszliśmy na  zacienioną stroną ulicy. Tak dobrnęliśmy w pobliże  Piazza Duomo.

Katedra św. Mikołaja










Usiedliśmy na chłodnych, kamiennych ławach przy ścianie katedry od strony ulicy. To dobre miejsce na chwilę odpoczynku. Gdy je z daleka wypatrzyłem, ławy były jeszcze puste, a teraz ku mojemu zdumieniu zapełniały się i co chwilę ktoś się ciągle dosiadał. Było mi to jednak zupełnie obojętne. Na moment  przymknąłem powieki i zapomniałem o całym bożym świecie. Dopiero gdy Ela szturchnęła mnie pod żebra, poderwałem się raptownie zupełnie zdezorientowany.
- Ty, no nie bądź taki raptus, wyluzuj trochę, żartowałam - zaczęła chichotać. Zgłupiałem, bo chyba wyrwała mnie z jakiegoś snu. Tak, tak to był sen, po prostu zasnąłem. I nawet jeszcze wtedy, gdy kontem oka zobaczyłem dużą fontannę na środku placu rozświetlonego gorącym słońcem, nie  byłem pewien - czy to może jeszcze jakieś mary, czy już bardziej jawa.  Pomyślałem, że tu chyba tylko Ela jest realna. I to jedynie dawało mi wiarę, że wszystko jest ze mną w porządku.
- No sorki, sorki, nie chciałam cię wystraszyć - zaczęła się przymilać. Spojrzałem na nią z góry i wtedy zacząłem powoli wracać do rzeczywistości.
- No dobrze, już dobrze, chodźmy już - odpowiedziałem. Wstała i poszliśmy w stronę kamienicy, w której była apteka.
- Niezłe miejsce do robienia  zdjęć -  zagadnęła w pewnej chwili.
- No tak, chyba niezłe - odpowiedziałem zdawkowo.
Usiedliśmy obok fontanny, a ja natychmiast zacząłem bawić się aparatem. Katedra doskonale mieściła się w kadrze, było dużo dobrego słońca, więc zrobiłem  kilka zdjęć. Ta trójnawowa świątynia z ciekawą kamienną fasadą i rozetą nad głównym portalem, pochodzi z prawdopodobnie końca trzynastego wieku. Pstryknąłem jeszcze raz czy dwa i zorientowałam się, że na placu zbiera  się coraz więcej ludzi, że w  ciszę wkrada się coraz większy zgiełk. Trzeba już chyba stąd  iść - pomyślałem. I poszliśmy.


Przy Corso Umberto






Kwadrans później byliśmy już na Via Sesto Pompeo, tuż za Porta Catania. Nasza droga - w tej części miasta -  skończyła się, czas wracać. Teraz idziemy, więc  na Via Teatro Greco. To   ulica, która poprowadzi nas w głąb odleglej historii - aż do  czasów starożytnej Grecji. Póki co, przyglądam się ludziom i jakoś wydaje mi się, że umiem już odróżniać miejscowych od przybyszy. Lubię ludzi, lubię na nich patrzeć, a czasami  nawet zgadywać - kim są. I pewnie dlatego znowu przypomniał mi się Iwaszkiewicz, który zawsze miał dużo  czasu na długie spacery, pogawędki, przygodne rozmowy i ciągle nowe znajomości. To tego właśnie najbardziej mu zazdroszczę. No, ale pewnie jego czas był spokojny i leniwy, a nasz niestety zupełnie inaczej - ciągle pospieszny. Błądzić i błąkać się beztrosko wśród wąskich uliczek, to takie skryte, moje marzenie.
Teatr Grecki


Z Corso Umberto, tuż przy Piazza Vittorio Emanuele, skręciliśmy w prawo - w stronę teatru greckiego. To najbardziej znany i najstarszy zabytek Taorminy i jeden z najsłynniejszych na Sycylii. Wykuty w skale w epoce helleńskiej, a następnie przebudowany przez Rzymian i dostosowany także do walk gladiatorów. Położony wysoko, bo około 250 metrów nad poziomem morza sprawia, że panorama rozciągająca się z widowni i stanowiąca jednocześnie naturalną scenerię teatru, zaliczana jest do najpiękniejszych w Europie. W ten sposób, tłem dla spektakli stają się  fragmenty Morza Jońskiego, wysoka pod samo niebo Etna, a także okoliczne domy i wzgórza. Spektakle wieczorne i nocne bywają chwilami okraszone błyskiem ognia, z krateru wciąż żywego wulkanu.







Ela jest rozpromieniona i zachwycona, bo widzi teatr żywy, wymyślony  - jak to powiedziała - chyba przez geniusza. Teatr fenomenalny i zjawiskowy.  Usytuowany w cudownym miejscu - pomiędzy prześliczną zatoką,  a groźnym wulkanem. Stworzony ponad dwa tysiące lat temu, ciągle tu jest. I to też jest fenomen.  Teatr jest duży, w średnicy spokojnie na ponad sto metrów i jak sadzę może  pomieścić kilka, albo nawet  i kilkanaście  tysięcy ludzi. Wyniesiona wysoko widownia z murami w kształcie półokręgu, przenosi nas od razu w antyczne czasy. Nie jest tu dzisiaj tłoczno, więc mamy sporo swobody. Przeszliśmy najpierw po doskonale zachowanej koronie, wzdłuż murów okalających widownię, a potem wolnym krokiem zaczęliśmy schodzić środkowymi schodami w stronę proscenium. Przed nami, na wprost wielka Etna. Minęliśmy drewniane ławy, a potem rzędy kamiennych stopni, aż w końcu doszliśmy na sam dół, do konstrukcji z czasów zupełnie najnowszych, na której zamontowano z pół tysiąca białych, plastikowych krzesełek. Usiadłem, a Ela zaraz tuż obok mnie. Można by tak siedzieć tu bez końca, ale my daliśmy sobie jedynie kwadrans. Kwadrans w ciszy i spokoju. Tylko tyle i aż tyle.

Panorama z murów teatru




Żal żegnać się z tym miejscem, ale cóż nie ma rady, dzień powoli dobiega końca, a przed nami jeszcze kawał drogi. Tak to już jest, wszystko ma swój początek i swój koniec. Trzeba się zbierać.
- Wątpię, żebyśmy mogli jeszcze dzisiaj zatrzymać się w Mesynie, to chyba bez sensu - powiedziałem do Eli, spoglądając ostatni raz na wielki wulkan.
- No, chyba bez sensu - przytaknęła
- To co, idziemy? - zapytałem. - Chodź, idziemy - odpowiedziała.


Na placu Pankracego


Zupełnie bez pośpiechu wróciliśmy z powrotem na Via Teatro Greco i pośród sklepików z pamiątkami, szliśmy do znanego nam już miejsca przy Porta Messina. O dziwo ulica była wolna od tłoku. Sprzedawcy bez szczególnej nachalności, zapraszali nas do siebie jedynie uśmiechem. Więc tak szliśmy przed siebie zupełnie beztrosko i na całkowitym luzie. To był miły i przyjemny spacer. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się na placu Pankracego. A to znaczy tylko tyle, że nasz spacer po Taorminie dobiegł końca.

Drogi na Sycylii



Za pierwszym zakrętem, przy zjeździe z górnej części miasta, zobaczyłem cudowną panoramę. Pod nami błyszczały wody morza Jońskiego, zamknięte od strony lądu  niezwykle piękną zatoką z żółtymi plażami. Widok zapierał dech w piersiach. Ostrożnie zjeżdżaliśmy w stronę autostrady, a drogowskazy prowadziły nas wprost do rozjazdu Catania - Messina. Byłem coraz  spokojniejszy, wszystko szło jak należy. Po kwadransie Ela lekko zaczęła przysypiać. Obudziła się dopiero koło Mesyny.

Cieśnina Mesyńska






Wiedziałem, że nie możemy się tu dzisiaj zatrzymać i że ze zwiedzania będą nici. Nic na to nie poradzę, po prostu mamy  zbyt mało czasu. To mnie jednak jakoś nie przeraziło. Pomyślałem, że  i tak tu wrócimy, tylko  innego dnia. Mamy przecież doskonałe połączenie kolejowe z Cefalu. Byliśmy wczoraj na dworcu i sprawdziliśmy rozkład jazdy. Ela natychmiast mi przytaknęła i od razu poprawiły nam się humory. Jest wiec dobrze - pomyślałem.

Bliżej Mesyna, dalej Reggio di Calabria





Skoro jesteśmy jednak koło Mesyny, to może warto choć przez chwilę spojrzeć na cieśninę - przeszło mi przez myśl. Przecież zawsze chciałem zobaczyć włoskiego buta. To od dawna było moje marzenie. Od kiedy tylko po raz pierwszy - a było to w dzieciństwie - zobaczyłem na mapie tę koślawą girę przyrzekłem sobie, że kiedyś tam pojadę, żeby sprawdzić - jak to jest. No to co, raz kozie śmierć - coś trzeba z tym zrobić. Decyzja zapadła w jednej chwili - odwrotu już nie ma. Na wysokości mesyńskiego portu autostrada odbija w lewo i zanim wbije się tunelem w wielka górę, po jej prawej stronie jest dogodny zjazd, na dość duży parking. Stąd widać miasto, cieśninę i przeciwległy brzeg jak na dłoni. Doskonałe miejsce. Tu Sycylia, a tam już Kalabria. Przed nami, w dole pomalowana na niebiesko przestrzeń trzech kilometrów pomiędzy dwoma zielonymi brzegami. Widzę nareszcie czubek włoskiego buta. Doczekałem się.


* - Jarosław Iwaszkiewicz

cdn.

piątek, 3 lutego 2017

Sycylia (cz.II.) - interior, czyli co piszczy w trawie i nie tylko.

Sycylia to nie tylko wysokie góry, urwiska i skały, nadbrzeżne klify i błękit morza. To coś jeszcze, coś co jest w środku, to: pola uprawne i bezkresme gaje, ale także i miejsca trudnodostępne, tam gdzie natura nie pozawala rządzić się człowiekowi, zamyka przed nim swoje bramy, a nawet i  grozi. Dzisiaj po drodze mijamy hektary obsiane pszenicą i jęczmieniem, uprawy warzyw, winorośli, cytrusów, drzew  oliwnych i  ziół śródziemnomorskich.  Jakże to wszystko jest inne, niż to co widzieliśmy do tej pory. Drogi w sycylijskim interiorze  tną góry i równiny, ale czasem dochodzą i do miejsc, które budzą w człowieku lęk i grozę, także i do ziemi niczyjej, spalonej ogniem piekielnym - tak jak pomiędzy Katanią, a Taorminą. Ciarki przechodzą po plecach na widok wymarłych domów i kominów wystających z popiołów. Z przerażeniem patrzę jak czarna i rdzawa na popiół zastygła lawa, wdarła się na plantacje i przydomowe podwórka. Tu wszystkim rządzi Etna. To inny świat, wiec warto tu chyba zajrzeć i zobaczyć jaka naprawdę jest Sycylia.
................................................................................................................................................................
Wczoraj byliśmy na szczycie La Rocca nad Cefalu - to była udana wycieczka. W drodze powrotnej zeszliśmy do miasteczka, a poten resztę dnia spędziliśmy na żółtej plaży, nad błękitną zatoką. Dzisiaj plan jest zupełnie inny. Ruszamy w głąb wyspy po trasie: Cefalu - Insello - Scillato - Enna - Katania - Misterbianco - Belpasso - Etna.
Zielone Cefalu.


Okolice Scillato.



I Carpinelli.



Łany pszenicy.



Pola pełne zbóż.


Enna - miasto na szczycie.



Ziemia spalona.


Etna coraz bliżej.



Ślady żywiołu.



Kratery - piękno i groza.






Nieziemska sceneria.








To ciągle żywy wulkan.




Tam gdzie jest spokój  - wraca życie.




Inne oblicze wyspy









Ogrody - nad Morzem Tyreńskim


To był ekscytujący pełen wrażeń i niezapomniany dzień. Zobaczyliśmy zupełnie inne oblicze tej samej wyspy: od pól pszenicznych, gajów oliwnych, upraw winorośli, pomarańczy, cytryn, mandarynek, grejpfrutów, rozmarynu, tymianku, szałwii, lawendy, liścia laurowego i kaparów, po jałową i spaloną ziemię  wokół największego wulkanu na wyspie. Zmordowani, ale zadowoleni wróciliśmy do hotelu  późnym wieczorem. Jutro idziemy na  plażę.

cdn.


piątek, 13 stycznia 2017

Sycylia (cz. I.) Cefalu i La Rocca

Pomysł na Sycylię : lot z Warszawy do Palermo - Cefalu (nasza baza)  - La Rocca - Etna - Katania - Taormina - Palermo  - Monreale - Mesyna - wyspy Liparyjskie, a na koniec, ponownie Cefalu i najbliższa okolica - osiem dni. Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. A jak będzie zobaczymy.
...................................................................................................................................................................  
Spotkanie z Cefalu.
Sycylia przyszła sama z siebie. Tylko raz, jedyny raz wspomniałem o niej przy kolacji, a potem po kilku tygodniach znowu wróciła. Miała w sobie coś z zarazy, która uczepiła się  i nie chciała odejść. Wiedziałem, że to może być dobry pomysł na wakacje. I pewnie dlatego tak za mną łaziła. Najważniejsze jednak było to, że  pomysł spodobał się Eli. I kiedy przy świątecznym stole, ni z tego ni z owego pojawił się temat letniego urlopu, ponownie wypłynęła. Rozstaliśmy się tej nocy, przynajmniej z jednym, pewnym postanowieniem - na początku czerwca lecimy na Sycylię. Koniec, kropka. To był pomysł, nawet dobry pomysł, ale to był tylko pomysł i nic więcej. Teraz trzeba było pochylić się nad jakimś planem, tym bardziej, że mogliśmy wykroić  na ten wypad  jedynie około tygodnia, no może odrobinę więcej. Wiedziałem, że nie da się zwiedzić całej Sycylii w tydzień. Trochę to irytujące, ale nic na to się nie poradzi.  Nie znoszę podróży po łebkach, wiec trzeba podejść do tego z rozsądkiem. Ela też nie zgadza się na żadne galopowanie. Już dawno z tego wyrośliśmy.

Widok na morze Tyreńskie








Koniec końców ustaliliśmy, że lecimy do Palermo, a bazę wypadową zrobimy sobie w Cefalu.  To cudne miasteczko wpadło Eli w oko, przy okazji którejś tam edycji polskiego MasterChefa. Rzecz się wtedy działa na nabrzeżu w sąsiedztwie starych, kolorowych kamieniczek i rozleglej plaży. Spodobało jej się to miejsce na tyle, że postanowiliśmy je wpisać w nasz sycylijski plan. Pomysł był banalnie prosty - skonfrontować telewizyjne obrazy z rzeczywistością. Powiedziałem też Eli, że chciałbym zobaczyć Etnę i pojechać tam, gdzie bywał kiedyś  Iwaszkiewicz - czyli do Taorminy. To jednak nie wszystko, od zawsze chciałem stanąć nad Cieśniną Mesyńską i zobaczyć czubek włoskiego buta - to, takie  moje małe marzenie.
- No nie wiem jak to z tobą  jest, ale zaczynam się zastanawiać, czy nie bardziej ci chodzi o czubek własnego nosa, niż o czubek tego włoskiego buta - spojrzała na mnie podejrzliwie, a po chwili zaczęła rechotać. Żart, taki żarcik - wykrztusiła w końcu z siebie. Nie przejmuj się - dodała.
- Powiem ci tylko tak, że jeśli ty chcesz stanąć nad Cieśniną Mesyńską,  to ja chcę stanąć na schodach Teatro Massimo w Palermo, a na deser mogłabym popłynąć na wyspy Liparyjskie - wyznała z rozbrajającą szczerością. - No i co ty na to? Czułem, że zaczyna się ze mną licytować, ale to już i tak nie miało większego znaczenia. Byłem do wszystkiego nastawiony pozytywnie - więc o czym tu gadać
- Zgoda, zgoda, pełna zgoda jeżeli tak chcesz, to tak będzie -  zapewniałem ją cichym i spokojnym głosem, aż do chwili gdy się uśmiechnęła. Kamień spadł mi z serca. A jak faktycznie będzie, to zobaczymy  - pomyślałem. Ela była cała w skowronkach.

Cefalu




Samolot wylądował w Palermo punktualnie, za to na walizkę musiałem czekać do ostatniej chwili. To nie był jednak powód do irytacji. Ela patrzy na mnie, a ja patrzę na nią, ona się uśmiecha i ja się uśmiecham. Dobry znak - pomyślałem. Jest cudownie - jesteśmy wreszcie na Sycylii. Nic nie mówiła, tylko się uśmiechała. Chyba była szczęśliwa.
- To będą piękne wakacje, zobaczysz - powiedziałem, gdy tylko wyszliśmy z lotniska.
Mieliśmy za sobą dwie i pół godziny lotu, a teraz przed nami jeszcze półtorej godziny jazdy autobusem. Nie martwi mnie to jednak - wprost przeciwnie. Dzięki temu można zobaczyć niezły kawałek Sycylii, a przynajmniej tej od Palermo do Cefalu. Taka wycieczka, jakby zupełnie przy okazji.

Niezwykłe miasto







Tuż przed osiemnastą otworzyłem  drzwi naszego pokoju. Już od progu poganiała mnie natrętna myśl, o szybkim prysznicu i chwili - choćby niewielkiej - odpoczynku we własnym łóżku. Byłem zmęczony, nie wiem dlaczego, ale byłem. Nie szukałem pretekstu, to po prostu mój organizm domagał się choćby chwili wytchnienia.  Gdy godzinę później Ela obudziła mnie, za oknem już szarzało, rozpakowane walizki stały pod ścianą, a na stoliku zobaczyłem dwie zgrabne filiżanki z kawą.







Jeszcze tego wieczoru wyszliśmy na spacer, by popatrzeć choćby przez chwilę  na Cefalu z daleka. Rozmigotane miasto leżało spokojnie pod wielką  skałą i rozświetlonym  krzyżem osadzonym na jej szczycie. Otulone rozgwieżdżonym niebem, u podstawy dotykało spokojnego morza. Chwilę później, los nam podsunął drewnianą ławkę i posadził w miejscu, z którego wszystko było widać jak na dłoni.
- To chyba prezent na zakończenie dnia - odezwała się wreszcie, milcząca dotąd Ela. Nic nie odpowiedziałem i tak siedzieliśmy chyba z godzinę. Było pięknie. Do hotelu wracaliśmy z mocnym postanowieniem, że jutro od samego rana wchodzimy na tę wielką górę.

Wzdłuż promenady





Poranek zapowiadał piękny dzień. Zaraz po śniadaniu spakowałem plecaki i bez zbędnego pośpiechu ruszyliśmy w stronę zatoki. Byliśmy na najbardziej oddalonym od miasta, krańcu promenady Lungomare Giuseppe Giardina i w tedy w całej okazałości ukazało się Cefalu. Wczoraj upstrzone gwiazdami, a dzisiaj oblane czystym, złotym  słońcem. Przed nami - jak na obrazku -  było miasto białych domów z czerwonymi dachami pod wysoką, pionową ścianą góry La Rocca.

Tutejsza plaża



Najpierw szliśmy ulicą w stronę miasta, a potem  kamiennymi schodami zeszliśmy do samego morza. Oboje zdjęliśmy sandały i brnąc po kostki w wodzie, szliśmy po osuwającym się ciągle  pod stopami piasku. Ela czasami biegła przed siebie, odwracała się i zawracała, jakby tańcząc z falami.  Była radosna jak nigdy dotąd. To był niezwykły spacer. Szum fal, delikatny, orzeźwiający  wiatr i  piaszczysta plaża kusiły i zachęcały do pozostania. Trzeba było jednak iść, przed nami była  La Rocca.  Wrócimy tu jeszcze, co? - zapytała w pewnej chwili. Tak, pewnie, że tak - odpowiedziałem.







Tak dobrnęliśmy do schodów przy starej kamienicy, niedaleko Piazza Cristoforo Colombo. Plaża została za nami w dole, a my wyszliśmy ponownie na  promenadę. Tu zaczyna się stare Cefalu. Dobre miejsce, jakby naznaczone, takie w którym zawsze można umówić się na spotkanie. Skręciliśmy w prawo, w wąską Via Salvatore Spinozza i tak doszliśmy do niewielkiego placu przy Corso Ruggero. Tu z kolei wąskim przejściem pomiędzy kamienicami, przedostaliśmy się na Via Giuseppe Fiore, by po chwili znaleźć się na wąskiej ścieżce prowadzącej na sam szczyt wielkiej skały.

Widok z La Rocca.






To nie jest wspinaczka wymagająca wielkiego wysiłku - pomyślałem. To może być nawet przyjemne podejście. Ela zawsze strachliwa w takich sytuacjach, doskonale trzymała tym razem fason. Była pogodna i pełna werwy. Skała z daleka wygląda groźnie, zaś z bliska jest bardziej przyjazna. Spora część trasy to kamienne schody, łagodne przejścia i w miarę bezpieczne ścieżki. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie wchodzić na górę w samo południe - największym wrogiem staje się wtedy słońce. Najlepiej być rano, tak jak my teraz. To dobra pora, a i tak trzeba uważać. Są tu miejsca odkryte, gdzie ostre promienie dosięgną każdego, ale wśród wielu dorodnych drzew można także znaleźć sporo cienia. Idziemy we dwoje w  przyjemnej ciszy, przeplatanej czasami śpiewem ptaków ukrytych gdzieś w gałęziach. Tylko miasto cały czas oddala się i zostaje za naszymi plecami i pod naszymi stopami, coraz niżej i niżej.

Centrum miasta





Co chwilę odwracam się, by spojrzeć na okolicę. Z każdym krokiem widać dalej i więcej, a panoramy rozszerzają się, nabierają nowych barw i przyprawiają o coraz większy zawrót głowy. Ela mimo wszystko dobrze znosi to podejście i to jest dla mnie ważne. W połowie drogi minęliśmy świątynię Diany, a nieco wyżej kościółek św. Anny. Usiedliśmy na chwilę i dopiero wtedy zobaczyłem, że cały czas są z nami maleńkie jaszczurki. Zupełnie tak samo, jak kiedyś na Półwyspie Świętego Wawrzyńca na Maderze.
- Pamiętasz jak wtedy zlatywały się do słodkich landrynek, które kładłam na kamieniach - zebrało się Eli na wspominki.   
- No tak, tak rzeczywiście było - przytaknąłem. Do tej pory to pamiętam, intrygujące zjawisko. Dzisiaj jednak nie mieliśmy landrynek. Idziemy? Idziemy - odpowiedziałem.

Dachy starego Cefalu





Wiedziałem co nas czeka na górze, dlatego bardzo chciałem tam być. Widzieć miasto z dołu i widzieć miasto z góry to dwa różne spojrzenia, na to samo miejsce tylko z innej perspektywy. Ale to jedyna szansa, żeby mieć jeszcze lepszy obraz tego, co może być na pierwszy rzut oka tylko złudzeniem, czyli to nic innego jak poszukanie prawdy o tym samym miejscu. Teraz Cefalu jest pełniejsze i właśnie prawdziwsze. Po prostu ze szczytu pionowej skały widać więcej. Weszliśmy ponad dwieście metrów nad dachy miasteczka. Dotarliśmy do miejsca pod wielkim krzyżem, tym który widzieliśmy wczoraj w nocy z dalekiej promenady, a teraz przed nami przepiękna panorama, taka jak czasem przytrafia się człowiekowi w najmilszych snach.

Na szczycie góry



To prawdziwa przyjemność i spełnienie marzeń niejednego łowcy pięknych widoków. Takich obrazów szuka się całymi latami - no i czasem się trafia. Łazimy, łazimy i tak się zapomnieliśmy w tych zachwytach, że w końcu dogoniło nas południe. Słońce zaczyna być już na tyle  dokuczliwe, że trzeba myśleć już o powrocie. Czas ruszać w powrotną drogę, nie ma na co czekać. Ostatnie spojrzenie z góry na błękitna  zatokę, czerwone dachy starego Cefalu i bezkresne morze - wracamy. Schodzimy w dół.



Wąską uliczką Via Vito, a potem Via Calogero  doszliśmy do pełnej życia Corso Ruggero, a stąd z kolei w dół,  aż do samej promenady - nad śliczną zatokę.
- Może byśmy najpierw coś zjedli, a potem pójdziemy na plażę - zaproponowała nagle Ela.
- Czytasz w moich myślach - odpowiedziałem bez wahania.
Po lewej stronie ulicy ciągnęły się knajpki, jedna za drugą, ale większość stolików była już zajęta. Wokół kręciło się sporo ludzi, a ja  mimo tego miałem jednak nadzieję, że los się i tak nad nami zlituje. I tak też się - po chwili - stało. Bądź cierpliwy, a wszystko będzie dobrze - powiedziałem w duchu do siebie i wtedy wysoki, uśmiechnięty kelner kiwnął w naszą stronę uniesioną nad głową ręką.
- A widzisz, mówiłam ci, że coś i tak się znajdzie - zaszczebiotała bardziej niż zwykle pobudzona Ela. Ja jednak, zamiast milczeć albo coś sensownego powiedzieć - parsknąłem tylko śmiechem.
- A ty z czego się tak głupkowato śmiejesz? - zapytała nagle.
- Z niczego, po prostu z niczego, chodź idziemy, bo nam jeszcze miejsce ukradną i dopiero się narobi - odpowiedziałem.
Chwilę później, rozsiadłem się wygodnie w ratanowym fotelu i wtedy ogarnęło mnie znużenie. Siedziałem tak z pustką w głowie, na aucie bożego świata, aż do chwili gdy zjawił się kelner z pomidorową bruschettą i sycylijską pizzą  sfincione. Dopiero to mnie pobudziło. Wróciłem nagle do życia. Było pysznie. Pół godziny później zeszliśmy po schodach do plaży i zostaliśmy tu,  aż do wieczora. Zatoka w tym miejscu jest  płytka na jakieś sto metrów w głąb morza, a fale przyjazne i dają dużą przyjemność pływania. To był cudowny dzień.

cdn.