piątek, 13 stycznia 2017

Sycylia (cz. I.) Cefalu i La Rocca

Pomysł na Sycylię : lot z Warszawy do Palermo - Cefalu (nasza baza)  - La Rocca - Etna - Katania - Taormina - Palermo  - Monreale - Mesyna - wyspy Liparyjskie, a na koniec, ponownie Cefalu i najbliższa okolica - osiem dni. Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. A jak będzie zobaczymy.
...................................................................................................................................................................  
Spotkanie z Cefalu.
Sycylia przyszła sama z siebie. Tylko raz, jedyny raz wspomniałem o niej przy kolacji, a potem po kilku tygodniach znowu wróciła. Miała w sobie coś z zarazy, która uczepiła się  i nie chciała odejść. Wiedziałem, że to może być dobry pomysł na wakacje. I pewnie dlatego tak za mną łaziła. Najważniejsze jednak było to, że  pomysł spodobał się Eli. I kiedy przy świątecznym stole, ni z tego ni z owego pojawił się temat letniego urlopu, ponownie wypłynęła. Rozstaliśmy się tej nocy, przynajmniej z jednym, pewnym postanowieniem - na początku czerwca lecimy na Sycylię. Koniec, kropka. To był pomysł, nawet dobry pomysł, ale to był tylko pomysł i nic więcej. Teraz trzeba było pochylić się nad jakimś planem, tym bardziej, że mogliśmy wykroić  na ten wypad  jedynie około tygodnia, no może odrobinę więcej. Wiedziałem, że nie da się zwiedzić całej Sycylii w tydzień. Trochę to irytujące, ale nic na to się nie poradzi.  Nie znoszę podróży po łebkach, wiec trzeba podejść do tego z rozsądkiem. Ela też nie zgadza się na żadne galopowanie. Już dawno z tego wyrośliśmy.

Widok na morze Tyreńskie








Koniec końców ustaliliśmy, że lecimy do Palermo, a bazę wypadową zrobimy sobie w Cefalu.  To cudne miasteczko wpadło Eli w oko, przy okazji którejś tam edycji polskiego MasterChefa. Rzecz się wtedy działa na nabrzeżu w sąsiedztwie starych, kolorowych kamieniczek i rozleglej plaży. Spodobało jej się to miejsce na tyle, że postanowiliśmy je wpisać w nasz sycylijski plan. Pomysł był banalnie prosty - skonfrontować telewizyjne obrazy z rzeczywistością. Powiedziałem też Eli, że chciałbym zobaczyć Etnę i pojechać tam, gdzie bywał kiedyś  Iwaszkiewicz - czyli do Taorminy. To jednak nie wszystko, od zawsze chciałem stanąć nad Cieśniną Mesyńską i zobaczyć czubek włoskiego buta - to, takie  moje małe marzenie.
- No nie wiem jak to z tobą  jest, ale zaczynam się zastanawiać, czy nie bardziej ci chodzi o czubek własnego nosa, niż o czubek tego włoskiego buta - spojrzała na mnie podejrzliwie, a po chwili zaczęła rechotać. Żart, taki żarcik - wykrztusiła w końcu z siebie. Nie przejmuj się - dodała.
- Powiem ci tylko tak, że jeśli ty chcesz stanąć nad Cieśniną Mesyńską,  to ja chcę stanąć na schodach Teatro Massimo w Palermo, a na deser mogłabym popłynąć na wyspy Liparyjskie - wyznała z rozbrajającą szczerością. - No i co ty na to? Czułem, że zaczyna się ze mną licytować, ale to już i tak nie miało większego znaczenia. Byłem do wszystkiego nastawiony pozytywnie - więc o czym tu gadać
- Zgoda, zgoda, pełna zgoda jeżeli tak chcesz, to tak będzie -  zapewniałem ją cichym i spokojnym głosem, aż do chwili gdy się uśmiechnęła. Kamień spadł mi z serca. A jak faktycznie będzie, to zobaczymy  - pomyślałem. Ela była cała w skowronkach.

Cefalu




Samolot wylądował w Palermo punktualnie, za to na walizkę musiałem czekać do ostatniej chwili. To nie był jednak powód do irytacji. Ela patrzy na mnie, a ja patrzę na nią, ona się uśmiecha i ja się uśmiecham. Dobry znak - pomyślałem. Jest cudownie - jesteśmy wreszcie na Sycylii. Nic nie mówiła, tylko się uśmiechała. Chyba była szczęśliwa.
- To będą piękne wakacje, zobaczysz - powiedziałem, gdy tylko wyszliśmy z lotniska.
Mieliśmy za sobą dwie i pół godziny lotu, a teraz przed nami jeszcze półtorej godziny jazdy autobusem. Nie martwi mnie to jednak - wprost przeciwnie. Dzięki temu można zobaczyć niezły kawałek Sycylii, a przynajmniej tej od Palermo do Cefalu. Taka wycieczka, jakby zupełnie przy okazji.

Niezwykłe miasto







Tuż przed osiemnastą otworzyłem  drzwi naszego pokoju. Już od progu poganiała mnie natrętna myśl, o szybkim prysznicu i chwili - choćby niewielkiej - odpoczynku we własnym łóżku. Byłem zmęczony, nie wiem dlaczego, ale byłem. Nie szukałem pretekstu, to po prostu mój organizm domagał się choćby chwili wytchnienia.  Gdy godzinę później Ela obudziła mnie, za oknem już szarzało, rozpakowane walizki stały pod ścianą, a na stoliku zobaczyłem dwie zgrabne filiżanki z kawą.







Jeszcze tego wieczoru wyszliśmy na spacer, by popatrzeć choćby przez chwilę  na Cefalu z daleka. Rozmigotane miasto leżało spokojnie pod wielką  skałą i rozświetlonym  krzyżem osadzonym na jej szczycie. Otulone rozgwieżdżonym niebem, u podstawy dotykało spokojnego morza. Chwilę później, los nam podsunął drewnianą ławkę i posadził w miejscu, z którego wszystko było widać jak na dłoni.
- To chyba prezent na zakończenie dnia - odezwała się wreszcie, milcząca dotąd Ela. Nic nie odpowiedziałem i tak siedzieliśmy chyba z godzinę. Było pięknie. Do hotelu wracaliśmy z mocnym postanowieniem, że jutro od samego rana wchodzimy na tę wielką górę.

Wzdłuż promenady





Poranek zapowiadał piękny dzień. Zaraz po śniadaniu spakowałem plecaki i bez zbędnego pośpiechu ruszyliśmy w stronę zatoki. Byliśmy na najbardziej oddalonym od miasta, krańcu promenady Lungomare Giuseppe Giardina i w tedy w całej okazałości ukazało się Cefalu. Wczoraj upstrzone gwiazdami, a dzisiaj oblane czystym, złotym  słońcem. Przed nami - jak na obrazku -  było miasto białych domów z czerwonymi dachami pod wysoką, pionową ścianą góry La Rocca.

Tutejsza plaża



Najpierw szliśmy ulicą w stronę miasta, a potem  kamiennymi schodami zeszliśmy do samego morza. Oboje zdjęliśmy sandały i brnąc po kostki w wodzie, szliśmy po osuwającym się ciągle  pod stopami piasku. Ela czasami biegła przed siebie, odwracała się i zawracała, jakby tańcząc z falami.  Była radosna jak nigdy dotąd. To był niezwykły spacer. Szum fal, delikatny, orzeźwiający  wiatr i  piaszczysta plaża kusiły i zachęcały do pozostania. Trzeba było jednak iść, przed nami była  La Rocca.  Wrócimy tu jeszcze, co? - zapytała w pewnej chwili. Tak, pewnie, że tak - odpowiedziałem.







Tak dobrnęliśmy do schodów przy starej kamienicy, niedaleko Piazza Cristoforo Colombo. Plaża została za nami w dole, a my wyszliśmy ponownie na  promenadę. Tu zaczyna się stare Cefalu. Dobre miejsce, jakby naznaczone, takie w którym zawsze można umówić się na spotkanie. Skręciliśmy w prawo, w wąską Via Salvatore Spinozza i tak doszliśmy do niewielkiego placu przy Corso Ruggero. Tu z kolei wąskim przejściem pomiędzy kamienicami, przedostaliśmy się na Via Giuseppe Fiore, by po chwili znaleźć się na wąskiej ścieżce prowadzącej na sam szczyt wielkiej skały.

Widok z La Rocca.






To nie jest wspinaczka wymagająca wielkiego wysiłku - pomyślałem. To może być nawet przyjemne podejście. Ela zawsze strachliwa w takich sytuacjach, doskonale trzymała tym razem fason. Była pogodna i pełna werwy. Skała z daleka wygląda groźnie, zaś z bliska jest bardziej przyjazna. Spora część trasy to kamienne schody, łagodne przejścia i w miarę bezpieczne ścieżki. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie wchodzić na górę w samo południe - największym wrogiem staje się wtedy słońce. Najlepiej być rano, tak jak my teraz. To dobra pora, a i tak trzeba uważać. Są tu miejsca odkryte, gdzie ostre promienie dosięgną każdego, ale wśród wielu dorodnych drzew można także znaleźć sporo cienia. Idziemy we dwoje w  przyjemnej ciszy, przeplatanej czasami śpiewem ptaków ukrytych gdzieś w gałęziach. Tylko miasto cały czas oddala się i zostaje za naszymi plecami i pod naszymi stopami, coraz niżej i niżej.

Centrum miasta





Co chwilę odwracam się, by spojrzeć na okolicę. Z każdym krokiem widać dalej i więcej, a panoramy rozszerzają się, nabierają nowych barw i przyprawiają o coraz większy zawrót głowy. Ela mimo wszystko dobrze znosi to podejście i to jest dla mnie ważne. W połowie drogi minęliśmy świątynię Diany, a nieco wyżej kościółek św. Anny. Usiedliśmy na chwilę i dopiero wtedy zobaczyłem, że cały czas są z nami maleńkie jaszczurki. Zupełnie tak samo, jak kiedyś na Półwyspie Świętego Wawrzyńca na Maderze.
- Pamiętasz jak wtedy zlatywały się do słodkich landrynek, które kładłam na kamieniach - zebrało się Eli na wspominki.   
- No tak, tak rzeczywiście było - przytaknąłem. Do tej pory to pamiętam, intrygujące zjawisko. Dzisiaj jednak nie mieliśmy landrynek. Idziemy? Idziemy - odpowiedziałem.

Dachy starego Cefalu





Wiedziałem co nas czeka na górze, dlatego bardzo chciałem tam być. Widzieć miasto z dołu i widzieć miasto z góry to dwa różne spojrzenia, na to samo miejsce tylko z innej perspektywy. Ale to jedyna szansa, żeby mieć jeszcze lepszy obraz tego, co może być na pierwszy rzut oka tylko złudzeniem, czyli to nic innego jak poszukanie prawdy o tym samym miejscu. Teraz Cefalu jest pełniejsze i właśnie prawdziwsze. Po prostu ze szczytu pionowej skały widać więcej. Weszliśmy ponad dwieście metrów nad dachy miasteczka. Dotarliśmy do miejsca pod wielkim krzyżem, tym który widzieliśmy wczoraj w nocy z dalekiej promenady, a teraz przed nami przepiękna panorama, taka jak czasem przytrafia się człowiekowi w najmilszych snach.

Na szczycie góry



To prawdziwa przyjemność i spełnienie marzeń niejednego łowcy pięknych widoków. Takich obrazów szuka się całymi latami - no i czasem się trafia. Łazimy, łazimy i tak się zapomnieliśmy w tych zachwytach, że w końcu dogoniło nas południe. Słońce zaczyna być już na tyle  dokuczliwe, że trzeba myśleć już o powrocie. Czas ruszać w powrotną drogę, nie ma na co czekać. Ostatnie spojrzenie z góry na błękitna  zatokę, czerwone dachy starego Cefalu i bezkresne morze - wracamy. Schodzimy w dół.



Wąską uliczką Via Vito, a potem Via Calogero  doszliśmy do pełnej życia Corso Ruggero, a stąd z kolei w dół,  aż do samej promenady - nad śliczną zatokę.
- Może byśmy najpierw coś zjedli, a potem pójdziemy na plażę - zaproponowała nagle Ela.
- Czytasz w moich myślach - odpowiedziałem bez wahania.
Po lewej stronie ulicy ciągnęły się knajpki, jedna za drugą, ale większość stolików była już zajęta. Wokół kręciło się sporo ludzi, a ja  mimo tego miałem jednak nadzieję, że los się i tak nad nami zlituje. I tak też się - po chwili - stało. Bądź cierpliwy, a wszystko będzie dobrze - powiedziałem w duchu do siebie i wtedy wysoki, uśmiechnięty kelner kiwnął w naszą stronę uniesioną nad głową ręką.
- A widzisz, mówiłam ci, że coś i tak się znajdzie - zaszczebiotała bardziej niż zwykle pobudzona Ela. Ja jednak, zamiast milczeć albo coś sensownego powiedzieć - parsknąłem tylko śmiechem.
- A ty z czego się tak głupkowato śmiejesz? - zapytała nagle.
- Z niczego, po prostu z niczego, chodź idziemy, bo nam jeszcze miejsce ukradną i dopiero się narobi - odpowiedziałem.
Chwilę później, rozsiadłem się wygodnie w ratanowym fotelu i wtedy ogarnęło mnie znużenie. Siedziałem tak z pustką w głowie, na aucie bożego świata, aż do chwili gdy zjawił się kelner z pomidorową bruschettą i sycylijską pizzą  sfincione. Dopiero to mnie pobudziło. Wróciłem nagle do życia. Było pysznie. Pół godziny później zeszliśmy po schodach do plaży i zostaliśmy tu,  aż do wieczora. Zatoka w tym miejscu jest  płytka na jakieś sto metrów w głąb morza, a fale przyjazne i dają dużą przyjemność pływania. To był cudowny dzień.

cdn.