piątek, 16 grudnia 2016

Moje ulubione hotele. (cz. I.) Hotel Morawa w Starej Morawie.

Zawsze kawałek dachu nad głową, wygodne łóżko i talerz strawy to coś, o czym warto pomyśleć przed każdym wyjazdem. Bez tego się nie obędzie - ani rusz. Wybory są różne - raz udane, a innym razem mniej. Szukanie hotelu czy pensjonatu w ofertach jest fajne bo to szybka sprawa, ale czasami to po prostu totolotek. Bywa, że to co piszą to jedno, a to co w rzeczywistości to zupełnie coś innego. Nie zawsze tak jest, ale zdarza się, no i wtedy mamy kłopot, przychodzi rozczarowanie. Początek wymarzonych wakacji zaczyna się od kwachów. No, źle, po prostu źle. To zgrzyt na własne życzenie, a przecież może być inaczej. Też kilka razy się przejechałem na tym i dlatego dmucham na zimne. Zwykły tekst w ofercie, dla mnie nic nie znaczy - nie kupuję tego. Opieram się jedynie na wiarygodności i zaufaniu do konkretnych ludzi. Przyjaciele i znajomi oraz blogerzy, których czytam, lubię i nabrałem do nich zaufania - to moje źródło wiedzy na ten temat. Sam też staram się podpowiadać i sugerować: gdzie jest fajnie, a gdzie kiepsko. Czasami nawet zdarzają mi się podziękowania i to jest miłe. Tym razem postanowiłem, że o marnych hotelach nawet nie wspomnę. Te dobre zapewne bronią się same, ale my czasem nawet nie wiemy - tak na dobra sprawę - gdzie one są. Pomyślałem więc, że jeżeli na mojej drodze spotkam taki hotel, hostel lub pensjonat to po prostu o tym opowiem. I tyle.

Hotel Morawa w Starej Morawie.
O tym hotelu wspomniał mi Jurek - przyjaciel - który błąka się cały czas po Bałkanach, albo dla odmiany od czasu do czasu po polskich górach. Jeszcze nigdy nie zawiodłem się na jego rekomendacjach i dlatego 10 listopada wskoczyliśmy z Elą w auto i pognaliśmy  na 4 dni właśnie do Starej Morawy.




Położenie - doskonałe.
Stara Morawa to niewielka wioska, około dwa kilometry na południe od Stronia Śląskiego przy drodze prowadzącej do Bolesławowa i dalej do Starego Mesta w Czechach. To urocze miejsce pomiędzy Górami Złotymi, Bialskimi i Masywem Śnieżnika. Wioska leży w dolinie rzeki Morawki i znajduje się na dwóch kierunkach turystycznych szlaków: do Jaskini Niedźwiedziej i podziemnej trasy turystycznej w starej kopalni uranu w Kletnie oraz do stacji narciarskiej w Kamienicy i drogi do Czech przez Przełęcz Płaszczyzna. Oznaczone piesze szlaki przechodzą tutaj grzbietem górskim od strony zachodniej oraz w pobliżu wioski Bolesławów. Są tu także dwie fajne trasy rowerowe: łatwa rekreacyjna (14 kilometrów) i dla ambitnych średniaków (25 kilometrów).

Hotel położony jest tym bardziej atrakcyjne, że  blisko  stąd  do Siennej  i na stoki  Czarnej Góry. Raj dla narciarzy.


Obsługa: młodzi, profesjonalni, mili, uprzejmi i uczynni ludzie.
Pokój: przestronny, czysty, zadbany, ciepły, łazienka, telewizor i wygodne łóżko.
Wyżywienie: mieliśmy śniadania (8.00 - 9.30) i obiadokolacje (16.00 - 19.00) dla nas to bardzo dobre godziny - stół szwedzki, menu bogate i urozmaicone, posiłki smaczne do wyboru i koloru.




Ponadto: rewelacyjny basen, dostępny bez ograniczeń - masaże i bicze wodne. Sauny - fińska i parowa. Jacuzzi - moje ulubione. Po całym dniu w górach - doskonały relaks, rewelacja.





Pogoda uśmiechnęła się do nas, tak jakby była w pakiecie. Cudowny bielutki śnieg i czyste, ostre słońce od samego rana. Dlatego najpierw ruszyliśmy na pieszą wędrówkę po bliższej i nieco dalszej okolicy: hotel Morawa - stary wapiennik, Kletno, Jaskinia Niedźwiedzia, Śnieżnik i powrót - cudowna trasa.  Natomiast kolejnego dnia jeszcze dalej, ale tym razem już samochodem: hotel Morawa, Stronie Śląskie, Sienna (Puchaczówka), Bystrzyca Kłodzka, Długopole Zdrój, Międzygórze (wodospad Wilczki) i powrót do Starej Morawy.  Do Lądka Zdroju jest stąd tylko dziewięć kilometrów - pogoda znowu się do nas uśmiechnęła - i to był kolejny udany dzień.

Rzadko wracam w te same miejsca, ale hotel w Starej Morawie tak mi przypadł do gustu, że chyba zrobię kiedyś wyjątek i zajrzę tu ponownie. Polecam.




czwartek, 1 grudnia 2016

Skarby Dolnego Śląska - Legnickie Pole


Po trzech dniach wracamy z Bieńkowa do Opola - po drodze Legnickie Pole.
..................................................................................................................................................................
Był poniedziałek rano i słońce już od kilku minut zaglądało ukradkiem do pokoju. Otworzyłem oczy i pomyślałem, że trzeba będzie chyba zaraz wstawać. Męczyła mnie myśl o nieuchronności wygrzebania się z ciepłego łóżka. Ela spała jeszcze w najlepsze, a ja nie zamierzałem jej budzić. Przez chwilę nasłuchiwałem w nadziei, że dotrą do mnie jakieś oznaki domowego życia - gdzieś tam, przynajmniej od strony kuchni. Ale nic takiego się nie stało. W domu panowała kompletna cisza. Delikatnie więc odchyliłem kołdrę i tak jak stałem w piżamie i na bosaka wyszedłem tylnymi drzwiami  do ogrodu. Trawa była delikatna i  mokra, a stąpanie po niej sprawiało mi coraz większą przyjemność. Wydawało mi się, że jestem w ogrodzie sam. Tak jednak nie było.
Leśniczówka Bieńków - Czikita






Najpierw od strony warzywniaka wyszła Lola, a zaraz za nią Czikita - ulubione psy mojej siostry. Zamerdały przyjaźnie ogonami i podeszły na odległość ręki. Przykucnąłem, a one zbliżyły się jeszcze bardziej i zaczęły przymilnie się łasić. Gdy po chwili wstałem i wolnym krokiem ruszyłem w stronę starej, ogrodowej studni - szły, jak dobre przyjaciółki razem ze mną. I tak dotarlismy do końca drewnianego płotu, skąd dobrze widać Emilową kapliczkę, nieco dalej dom Julii i po lewej stronie od drogi - nasze konie na wybiegu. Zośka i Zeus ( zwany także czasami Fisiem) stały spokojnie. Najpierw z zaciekawieniem spojrzały w naszą stronę, a potem odwróciły się i wolno ruszyły w stronę lasu. Konie same nie znalazły się na padoku - przemknęło mi przez myśl. Ktoś musiał je przecież wyprowadzić, a to znaczyło, że zaspana dotąd leśniczówka zaczęła powoli wybudzać się ze snu. I to właśnie wtedy, po raz pierwszy tego ranka pomyślałem o śniadaniu.
Zośka i Zeus (zwany także Fisiem)







Gwizdek czajnika usłyszałem już w sieni. I to był dobry znak, tym bardziej, że od strony kuchni dobiegały strzępy porannej rozmowy. Gdy chwilę później wychodziłem z łazienki, przez pokoje przeleciało głośne wołanie do wspólnego śniadania. To darła się Beata - dobry duch tego domu.
- Dwa razy powtarzać nie będę - zakończyła stanowczo swój krótki komunikat. I znowu na chwilę zapanowała cisza. Gdy uchyliłem kuchenne drzwi Ela siedziała już przy stole.
- No nareszcie jesteś - powiedziała tak, jakby nie mogła się na mnie doczekać. To było miłe. Ostatni przyszedł Paweł i byliśmy już w komplecie. Beata wrzuciła na patelnię kilka jajek, a ja poczułem się jak za starych dobrych czasów.
- No cóż, nie ma  zmiłuj się, trzy dni zleciały jak z bata strzelił, trzeba wyjeżdżać - wtrąciłem gdy jajecznica wylądowała na moim talerzu.
- Chyba nie obraziłeś się na jajecznicę - zażartowała jak zwykle uśmiechnięta Beata. Wszyscy parsknęli śmiechem i zabrali się do jedzenia. Pół godziny później wrzucałem ostatnie bagaże do auta, a Ela tonęła w pożegnalnych uściskach mojej siostry.
Przy placu Henryka Pobożnego




Gdy ruszyłem z podwórka, konie podeszły jakby na pożegnanie do ogrodzenia na padoku, a Czikita i Lola biegły za naszym samochodem aż do Emilowego płotu. Przy wielkim drewnianym krzyżu, który stoi koło Bolkowego domu skręciłem w prawo i ruszyliśmy w stronę Polkowic. Dzień był pogodny, podobnie jak w piątek. Tym razem też nas nic nie goniło, mieliśmy sporo czasu. Pilnowałem drogi, a Ela za Lubiniem jakby  zaczęła przysypiać. Ocknęła się dopiero przy zjeździe na autostradę, gdy potężny huk pędzących tirów nieomal wyrwał ją z fotela.
- Dobrze, już dobrze nic się nie stało, wszystko jest w porządku - starałem się ją uspokoić.
Wjechaliśmy na A4 - tu często tak się zdarza. Dość szybko oprzytomniała i wróciła do równowagi. Dwie wielkie ciężarówki przeleciały obok nas jak komety i po chwili znowu zapanował spokój - droga opustoszała. Ani z przodu, ani z tyłu nie było już żadnych samochodów. I to właśnie wtedy po prawej stronie pokazała się tablica z napisem Legnickie Pole.
- Zobacz, zobacz może byśmy tu zjechali, to może być ciekawe miejsce - ekscytowała się zupełnie niespodziewanie Ela. Do zjazdu było tylko pół kilometra, a czas biegł szybko. Nie zdążyłem jej nawet odpowiedzieć. Przeszło mi tylko przez myśl, że to może być dobry pomysł. Wrzuciłem kierunkowskaz w prawo i płynnie zacząłem zjeżdżać. Widziałem, że jest zadowolona, nic nie mówiła - ale była zadowolona.
Muzeum Bitwy Legnickiej


Minąłem przydrożny parking i ulicą Świętej Jadwigi dojechaliśmy do placu -  vis-a-wis Muzeum Bitwy Legnickiej. To dawny kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy, miejsce owiane legendą i związaną ze śmiercią  księcia Henryka II Pobożnego - tego, który zginął w bitwie z Tatarami w roku 1241.
Dawny kościół pw. Świętej Trójcy





Wieś jest schludna, uporządkowana i już na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie, tym bardziej, że sporo tu dowodów zamierzchłej historii. Jest ładna pogoda. Wysiadłem i niechcący trzasnąłem drzwiami naszego auta tak, że aż Ela, spojrzała na mnie groźnie. Po chwili jednak wypogodniała i kiwnęła do mnie ręką, pokazując  kierunek marszu. W porzo - pomyślałem i powlokłem się za nią jak zbity pies, któremu przed chwilą okazano łaskę. No, ale tak, czy siak  humor mi się poprawił i mogliśmy wreszcie  ruszać na spacer.





Barokowy kościół pod wezwaniem św. Jadwigi - od 2014 roku bazylika - z dawnym klasztorem Benedyktynów wybija się tu zdecydowanie na pierwszy plan. Nie można jej nie zauważyć. Myślę, że w każdym przyjezdnym  wzbudza od razu ciekawość i zainteresowanie - no i nie inaczej było z nami. Elę zawsze ciągnęło do ładnego - wiedziała zatem gdzie idzie.
Bazylika w Legnickim Polu




To jednak nie wszystko, co warte jest tu obejrzenia. Przetrwało tu do tej pory sporo ciekawych i dobrze zachowanych budynków z pierwszej i drugiej polowy dziewiętnastego wieku, tworząc klimat i przestrzeń małego miasteczka z tamtych czasów. Obraz ten wiarygodnie i realistycznie wypełniają: szkoła, obecnie budynek mieszkalno-leczniczy (1894-98); dom, na ul. Benedyktynów 2 (1894-98); budynek gospodarczy przy Benedyktynów 2a (1894-98); dom na św. Jadwigi 4 (1894-98); budynek gospodarczy, obecnie przedszkole (1894-98); budynek gospodarczy - filtrownia (1894-98); koszary, obecnie dom opieki społecznej (1838-41); dom komendanta, aktualnie budynek administracji (1838-41) i chociażby lazaret, teraz budynek mieszkalno-leczniczy pochodzący z lat 1838-41. Fajne miejsce.
Portal z orientalnymi figurami.





Jest ładnie i ciekawie, tym bardziej, że to wszystko dzisiaj dzieje się w otoczeniu soczystej, majowej zieleni -  muskanej promieniami południowego słońca.  Jest tu zatem sędziwy park z połowy osiemnastego wieku, a także ładna aleja lipowa sprzed prawie dwustu lat, krzewy, klomby i dobrze utrzymane trawniki.
- Ładnie tu , po prostu ładnie - powiedziała w pewnej chwili zauroczona tym miejscem Ela.






I tak zleciało nam prawie dwie godziny. I kto by pomyślał, że znaleźliśmy się tu  przypadkiem. Ciekawy przypadek, żeby przypadkiem znaleźć się w tak ciekawym w miejscu i  to takim, które na trwale zapisało się w historii Polski. Bo to tutaj przecież na Dobrym Polu  9 kwietnia 1241roku, pomiędzy dzisiejszymi wsiami Legnickie Pole i Koskowice, doszło do słynnej bitwy z Tatarami. Mongolskie hordy parły w tamtych czasach  na Europę siejąc grozę i spustoszenie. I wtedy na drodze pod Legnicą  stanął im Henryk II Pobożny, który dla dobra wspólnego potrafił zjednoczyć  rycerstwo małopolskie, śląskie i wielkopolskie, ściągnąć chorągwie  czesko-węgierskie, a  także hufce zakonne: krzyżaków, joannitów i templariuszy.  Wprawdzie przegrał tę bitwę, ale Tatarzy nie podjęli już dalszego marszu na zachód. To ważne miejsce i ważna data.
Legnickie Pole- pomnik historii.




Nieraz jadąc A4 widziałem z daleka dwie smukłe wieże, wystające ponad korony drzew i nieraz korciło mnie, aby tu zajrzeć. Zawsze jednak brakowało czasu. Tym razem stało się inaczej - no i dobrze.

Koniec

Skarby Dolnego Śląska - Środa Śląska i Lubiąż.


Trasa do Bieńkowa: Opole - Środa  Śląska -  Lubiąż opactwo cystersów - leśniczówka Bieńków.
Trasa powrotna: Bieńków - A4 - Legnickie Pole -  Opole.
...................................................................................................................................................................

To miało być  spotkanie z  przyjaciółmi w starej, rodzinnej leśniczówce, gdzie od lat rządzi moja siostra Beata, jej ulubione konie (Zośka i Zeus) oraz uwielbiane  psy (Czikita i Lola). Trzy dni relaksu - w ciszy i spokoju z wieczorami przy ognisku. Mała cywilizacja na styku wielkiego lasu i bezkresnych łąk, z naturalnym rytmem życia od świtu do nocy, wśród  porannych mgieł i blasku na czerwono zachodzącego słońca. Miejsce zawsze utęsknione i nie takie znowu dalekie. Dwie i pół godziny spokojnej jazdy od Opola. Tym razem jednak  było inaczej. Czas nie miał już takiego znaczenia gdy po drodze  wjechaliśmy do małego miasteczka, a potem jeszcze bardziej, gdy zobaczyliśmy nad Odrą stary klasztor. Tak nam zeszło prawie pół dnia, a do Bieńkowa wjechaliśmy dopiero późnym popołudniem.

Środa Śląska - rynek.
Wszystko zaczęło się od niewinnej rozmowy, tuż przed wyjazdem.
- Czy my kiedykolwiek byliśmy w Środzie Śląskiej - zapytała mnie nagle Ela.
- No nie, nie byliśmy - odpowiedziałem, zupełnie zaskoczony.
- No i co? - zapytała ponownie.
- No, wiesz ..... faktycznie, może to jest i dobry pomysł, bo to przecież po drodze - odparłem.  
- No,  a kiedy to  my byliśmy ostatnio w Lubiążu? - naciskała znowu.
- Chyba z  jakieś dwadzieścia lat temu - wycedziłem przez zęby.
- No i sam widzisz, a to tylko kilkanaście kilometrów dalej. No i co? - przewierciła mnie swoim świdrującym wzrokiem na wylot. No, niezłe przesłuchanie - pomyślałem. Co za dzień.
- Szczerze mówiąc, to ten Lubiąż od dawna chodził mi po głowie. Dobrze, niech tak będzie - starałem się zakończyć rozmowę w przyjaznym i zgodliwym tonie. Nareszcie zapadła cisza. Chwyciłem plecaki i ruszyliśmy do samochodu. Pogoda dawała nadzieję na piękny dzień.

W centrum miasteczka.
Do Środy Śląskiej  wjechaliśmy tuż przed dziesiątą rano. Ktoś przepowiadał deszcze, ale prognoza się nie sprawdzała. Było pięknie, ciepło i słonecznie. Doga numer 346 - od Kątów Wrocławskich, zamieniła się za skrzyżowaniem w ulicę Oławską, a ta we Wrocławską i tak  dotarliśmy do rynku w tym uroczym miasteczku. Na parkingu niedaleko ratusza, czekało na nas jedno wolne miejsce. Lubię jak los się do mnie uśmiecha, nawet w tak banalnych sprawach.
- No i co, podoba ci się tutaj? - zapytała Ela, gdy wysiedliśmy z auta.
- Tak, tak podoba, to ciekawe miejsce  - odparłem. Ciekawe i tajemnicze - przeszło mi przez myśl, gdy tylko przypomniałem sobie o słynnym skarbie. Wtedy to cała Polska mówiła o Środzie Śląskiej. To tu demony przeszłości rozbudziły któregoś dnia wielkie emocje zwykłych ludzi, którzy o mało nie wpadli w obłęd z powodu mamony. Wielki skarb - szczęście i nieszczęście tego miasta.

Ratusz.
Usiedliśmy na ceglanym murku, pod rozłożystą wierzbą na placu Wolności, na wprost starej gotyckiej dzwonnicy. Ela chciała chyba zapalić papierosa. Przycupnęliśmy obok siebie, w cieniu zwisających nad nami gałęzi i zrobiło się przyjemnie. Wziąłem łyk wody z butelki i zacząłem rozmowę. Jakoś się nie kleiło, ale ja miałem ochotę pogadać.
- Wiesz co?  wydaje mi się, że znam historię tego miasta, kiedyś trochę o tym czytałem - powiedziałem ni to do niej, ni to do siebie.
- To była znana  sprawa, o której trąbiły kiedyś telewizja i radio, pisały wszystkie gazety - ciągnąłem temat.
- To wszystko zaczęło się  chyba w maju osiemdziesiątego ósmego. Gdzieś tu niedaleko - chyba nawet na sąsiedniej ulicy -  robotnicy rozbierali starą kamienicę. To była podobno najbardziej znana melina w mieście. Gruz z rozbiórki wywożono, na wysypisko poza miasto, a tu miało być miejsce pod nowy budynek. I kiedy  plac był gotowy, zaczęto wybierać ziemię pod fundamenty. Podobno w samo południe któregoś dnia, robotnicy zobaczyli jak w wykopie  promienie słońca odbijają się od złotych i srebrnych monet. Niektórzy ludzie stracili panowanie nad sobą, górę wzięły wtedy emocje, a adrenalina skoczyła na szczyty. W oka mgnienie pojęli, że to chyba ich życiowa szansa, że to do nich uśmiechnął się los i  że nie wolno im tego przegapić. Przepychali się i garściami pakowali monety do kieszeni, a nawet wyrywali je sobie z rąk.
- Tak  właśnie zaczęła się gorączka złota w Środzie Śląskiej - podsumowałem.
- To ty dużo wiesz, gadasz prawie jak przewodnik -  pochwaliła mnie niespodziewanie Ela.
- Powiem ci tylko, że to był  dopiero początek tej całej sprawy. W mieście zawrzało, a ludzie głupieli.

Dzwonnica i kościół św. Andrzeja.
Plotka o wielkim skarbie obleciała miasto i rozbudzała coraz bardziej wyobraźnię. Tworzyła atmosferę zbiorowej ekscytacji.  No i wtedy naprawdę się zaczęło. Ludzie brali łopaty, grabie, haczki i pod osłoną nocy ruszali na poszukiwania. Skrzętnie przekopywali kawałek po kawałku pobliskie wysypisko śmieci, gdzie wywożony był gruz z rozebranej kamienicy. Nikt nad tym wszystkim nie panował. Chciwość i myśl o bogactwie brały górę nad rozsądkiem. Spiralę emocji podkręcała każda widomość o kolejnych znaleziskach. I niektórzy rzeczywiście znajdowali - złote monety, zausznice wysadzane drogocennymi kamieniami, pierścienie, klamry, złoty pas, brosze, a nawet niezwykle cenną koronę. Byli oszołomieni do tego stopnia, że nie wiedzieli co z tym robić. I w konsekwencji wpadali w swego rodzaju pułapkę, bo to co odkryli  - ze strachu ponownie -  ukrywali przed innymi. Do starej historii dopisywali nowe tajemnice, które i tak prędzej czy później wychodziły na jaw. Błędne koło. Można powiedzieć, że miasteczko zwariowało. 

Gotycka dzwonnica z połowy XV w. 
To nie była atmosfera, ani jednej chwili, ani jednego odkrycia. To nie pierwsza tego typu historia w Środzie Ślaskiej. Tu od dawien dawna mówiło się o ukrytych fortunach i o tym, że  miasto śpi na skarbach. Ludzie fascynują się tutaj tym tematem, już od lat siedemdziesiątych. To wtedy przy remoncie wieży ratuszowej, znaleziono tajemniczy metalowy walec, a w nim opieczętowane lakiem dokumenty i setki monet. Kilka lat później, podczas kopania dołów pod fundamenty nowej plebanii, natrafiono podobno także na znaczne ilości monet i biżuterię. Wszyscy nabrali jednak wtedy wody w usta i nie było w mieście odważnego, by sprawę wyjaśnić do końca. To właśnie w takiej atmosferze rodziło się określenie - "miasto skarbów i tajemnic". A życie pisało w tej sztuce, coraz to  nowe rozdziały. Na początku czerwca 1985 roku na ulicy Daszyńskiego, koparka wybierała ziemię, pod kolejne fundamenty i nagle jednego z robotników oślepił blask monet wysypanych z glinianego garnca na dnie wykopu. Leżało tam ponad trzy tysiące monet z XIV wieku - to był istny rarytas.

Figura św. Jana Nepomucena z 1729 roku. 
To co odkryto w 1988 roku w Środzie Śląskiej, szacuje się na jakieś 250 milionów złotych. Nie da się ukryć, że to może pobudzać wyobraźnię. Ale jednocześnie wiadomo, że nie odzyskano wszystkiego. Niefrasobliwość, bałagan i brak profesjonalizmu ówczesnych władz sprawiły, że wiele cennych przedmiotów zaginęło i to chyba nawet bezpowrotnie. Część z pewnością wywieziono, ale nie wykluczone, że są i takie, które nadal znajdują się tutaj, na miejscu. Krążą po mieście legendy o wielkim mieczu i pierścieniach, o złotym pasie i drogocennych kamieniach wielkości fasoli. No, cóż jak to często bywa, w każdej plotce może być jakieś ziarno prawdy, a w Środzie Śląskiej szczególnie, może nawet i duże ziarno prawdy. Życie pokaże.

Smaczki historii.
Skąd więc  tak wieki skarb, w takim małym mieście? Tajemnica tkwi w historii, a odpowiedz jest dość prosta. Skarby mogą być jedynie tam gdzie było bogactwo, a Środa Śląska była miastem ludzi przedsiębiorczych i majętnych. Lokowanie miast w XIII wieku to był po prostu biznes - i tak się to wszystko zaczęło. Zapisami prawa magdeburskiego i flamandzkiego powstał Neumarkt czyli Nowy Targ - dzisiejsza Środa Śląska, miasto, które miało przynosić dochody. I przynosiło. Tworzyli je ludzie o wyjątkowym temperamencie i zdolnościach. Neumarkt  - w tamtym czasie - stał się wzorem dla innych i był przykładem sukcesu gospodarczego. Handel i rzemiosło były jego siłą napędową. Ślady granic ówczesnego miasta można zobaczyć jeszcze dzisiaj, idąc wzdłuż zachowanych do tej pory murów miejskich.

Kościół św. Andrzeja.
Ela skończyła wreszcie palić papierosa, a ja wypiłem w tym czasie pół butelki wody - tak bezwiednie, łyk po łyku,  niby niechcący
- No to co? Może byśmy się w końcu ruszyli - zaproponowałem.
- No tak,  czas najwyższy - odparła.
Była już trochę chyba zanudzana, słuchaniem tego mojego ględzenia o skarbach - więc szybko podniosłem tyłek i ruszyłem w stronę kościoła św. Andrzeja. Ela szybko dogoniła mnie i znowu byliśmy razem. Miasteczko jest ciche i spokojne, ludzie chodzą tu za swoimi małymi sprawami i nigdzie się nie spieszą. Ostatni raz zdarzyło im się to chyba w osiemdziesiątym ósmym, gdy z łopatą latali na gruzowisko po złote monety. Teraz jest inaczej, wszystko wróciło do normy. Może ktoś kiedyś znowu krzyknie na rynku, że  "...złoto wykopali". Ale nie dzisiaj. Dzisiaj, to dzisiaj - trzeba kupić kartofli  na obiad w warzywniaku, kawałek chabaniny w mięsnym i gazetę z programem na cały tydzień. Lubię takie miasteczka, lubię nawet tych ludzi, którzy godzinami podpierają brodę na parapecie swojego okna, ćmiąc papierosy  i gapiąc się na przechodniów.

Rynek.
Wróćmy jednak do skarbu. Okazuje się, że wiadomo już jak powstał, a nawet kto i kiedy go ukrył. Wiadomo też dlaczego, tak wielka fortuna przeleżała setki lat w tajemnym miejscu. To już widomo. A jak było..................? Było to tak ................ Rzecz działa się w czternastym wieku, gdy Środa Śląska była znanym miastem targowym. Tu odbywały się, jedne z największych targów w Europie. W bogatym mieście mieszkali bogaci ludzie. Tworzyła się kasta zamożnych kupców, a także coraz bardziej wpływowych bankierów. Panem Śląska w tym czasie był król czeski Karol IV Luksemburski - człowiek żądny korony cesarskiej, a jednocześnie uwikłany w poważne kłopoty finansowe. Człowiekiem, który pomagał mu w tych sprawach był niejaki Jan ze Środy, wpływowy duchowny na Hradczanach. Obiecał królowi, że potrzebne pieniądze załatwi bez problemu u średzkich bogaczy. I tak też się stało. Oczekiwaną sumę przygotował tutejszy Żyd o nazwisku Muscho - inaczej mówiąc Mojżesz. Miała być to pożyczka, obłożona jednak pewnymi warunkami: zażądał glejtu na co najmniej trzyletnie prawo pobytu na Śląsku i zwolnienie na ten czas od podatku oraz zastawu w klejnotach. I wszyscy byliby zapewne szczęśliwi, gdyby nie nagła epidemia dżumy. Czarna śmierć zjawiła się gwałtownie, siała postrach i co najgorsze zbierała coraz bardziej obfite żniwo. Karol IV koronował się na cesarza, Jan ze Środy został cesarskim kanonikiem, a Mojżesz w panice postanowił uciekać z miasta. W nadziei jednak, że kiedyś tu powróci, cały swój majątek schował - w przygotowanej skrytce pod domem. Nie wiadomo jak potoczyły się losy tego człowieka, ale wiadomo, że nie wrócił już nigdy do Środy. Od tej pory majątek Mojżesza stał się skarbem, który czekał na swego odkrywcę i to czekał, aż sześćset pięćdziesiąt lat - właśnie do dnia 24 maja 1988roku. Taka to była historia.
 
XV - wieczny ratusz przy placu Wolności. 
Na szczęście skarb po odnalezieniu pozostawiono  tutaj - w Środzie Śląskiej.  I to jest dobra wiadomość.  Szczerze polecam - takie rzeczy widuje się rzadko. Przyjeżdżajcie więc do Środy Śląskiej  chociażby tylko po to. Klejnoty są bezcenne, no i piękne. Kiedyś próbowano je oszacować po cenach aukcyjnych - wyszło wtedy około stu milionów dolarów. Dodam tylko, że gdy kolekcja jest wypożyczana - robi się to zawsze w największej tajemnicy, z użyciem szczególnych środków bezpieczeństwa. Jest czego chronić.

To tu można zobaczyć skarb średzki.
Skarb średzki można zobaczyć w tutejszym muzeum, przy placu Wolności 3, od wtorku do piątku od 9.30 do 15.30 oraz w soboty i niedziele od 12.00 do 15.00. Są tu prezentowane średniowieczne, arcydzieła sztuki jubilerskiej: złota królewska korona, bogato zdobione zausznice, zapona z orłem oraz prawie trzy tysiące srebrnych  i 39 złotych monet.
Kościół pod wezwaniem św. Krzyża. 
Zbliżała się jedenasta w południe, gdy Eli zachciało się małej czarnej. Lokal był na rogu ulicy Świdnickiej, ale z wejściem od placu Wolności i gdy tylko przekroczyliśmy próg powitał nas przyjemny zapach świeżo zmielonej kawy i uśmiechnięta barmanka. Przyjemnie tu - pomyślałem. Ela chciała namówić mnie jeszcze na ciastkowy deser, ale stanowczo odmówiłem - to nie było w moim stylu. Sama kawa mi dzisiaj wystarczy. Było miło, ale czułem, że czas już nie jest naszym sprzymierzeńcem. Spojrzałem mimo woli na zegarek i Ela od razu połapała się w tym wszystkim, wiedziała o co chodzi. Gdy wyszliśmy znowu na rynek, było ciągle słonecznie, ale jakby trochę chłodniej. Obok apteki skręciliśmy w prawo, w ulicę Śląską i wolnym krokiem dotarliśmy do kościoła  św. Krzyża.
Ratusz i pomnik Rolanda
Czas chyba jednak wracać, musimy pomału się zbierać - odezwała się w pewnym momencie Ela. Zupełnie tak, jakby czytała w moich myślach. Do parkingu szliśmy teraz ulicą Korwina - od strony kościoła, w kierunku stylowej kamienicy na rogu placu Wolności i ulicy Wrocławskiej. Widać z tego miejsca jak w objęcia dwóch kolorowych uliczek wtulił się ratusz i pomnik Rolanda. Przypomniało mi się wtedy, że widziałem kiedyś podobny w Dubrowniku i że są w Europie miasta, kultywujące przywiązanie do tej niezwykłej postaci - dzielnego i odważnego rycerza, który poległ w walce z Saracenami. Środa Śląska właśnie jest jednym z takich miast, a postać Rolanda zawsze miała symbolizować niezależność, prawo do wolnego handlu oraz własnej jurysdykcji. I tak też było - ale w dalekiej w przeszłości. Teraz jest inaczej.
Lubiąż


Przed nami droga do Lubiąża - to tylko 21 kilometrów. Ulicą Legnicką dojechałem do drogi numer 94 i tu skręciłem w prawo, w kierunku ma Lubiń. Na szosie pusto, jedynie od czasu do czasu jakieś auto z naprzeciwka. Drogowa sielanka - spokojna jazda, zupełnie bez emocji. Za Mazurowicami kolejny zjazd w prawo i tym razem wśród łąk i strzelistych topól dojechaliśmy do mostu na Odrze. Ładne, sielskie plenery - miło popatrzeć. Zwolniłem więc i zacząłem się rozglądać - woda na rzece była niska, a słońce i nieliczne tu cumulusy odbijały się w jej spokojnym nurcie.
- To chyba już tu gdzieś niedaleko, wydaje mi się, że lewej stronie - odezwała się wtedy, milcząca, do tej pory Ela.
- Chyba tak - opowiedziałem bez przekonania, ale ona już nie ciągnęła tego tematu.

Opactwo cysterskie
Taka gmina równina, polska prowincja i jak na prowincję przystało droga była coraz gorsza. Dobrze nam się nawet milczało, gdy nagle jakoś głupio mi się wyrwało - zobacz co za paskudna droga.
- No, a jaka miałaby być? - zapytała Ela. - No jaka? - zaczęła mnie naciskać, gdy tylko zorientowała się, że zabrnąłem w ślepą uliczkę. 
- No, mogła by być chyba trochę lepsza, nie? - próbowałem kombinować.
- No nie, na prowincji nie ma lepszych dróg, są tylko drogi gorsze i dlatego prowincja jest prowincją, powinieneś to rozumieć - triumfowała z uśmiechem na twarzy. Była wyraźnie tą sytuacja rozbawiona i wtedy przed nami  pojawił się kolejny most - tym razem  na starym korycie Odry.  Po lewej stronie drogi zobaczyłem dwie wieże i czerwony dach. To dobry znak - byliśmy prawie na miejscu.
Klasztor wśród łąk


Na rozwidleniu - tuż obok starego domu - droga łagodnie położyła się w lewo, by po chwili wyprostować się znowu. Skończyły się - zasłaniające widok -  przydrożne drzewa i otworzyła wolna przestrzeń. W odległości nie większej jak dwieście metrów zobaczyłam wysoki mur, a za nim klasztorne budynki. Zjechałem więc w lewo i  powoli zaczęliśmy zbliżać się do zabudowań.

Z daleka jak Wawel
Ktoś  machał rękoma w naszą stronę, wskazując z daleka miejsce do parkowania. Nie miałem powodu by wątpić w jego dobre intencje, więc podjechałem. Wszędzie było pełno samochodów. Człowiek był uprzejmy i po ustawieniu auta na skraju parkingu wprowadził nas  - zupełnie bezinteresownie - w plan zwiedzania. Po chwili wolnym krokiem doszliśmy do bramy głównej, a stamtąd już na dziedziniec klasztoru.
Wejście główne do klasztoru


Majowy weekend, więc sporo ludzi. Tego należało się spodziewać - tak pomyślałem, spoglądając na liczne i rozgadane towarzystwo. Każdy był niby czymś zajęty, ale tak naprawdę to wszyscy czekali na przewodnika.


Od czasu do czasu jakaś grupa wychodziła od strony kaplicy, a inna znikała w wejściu do budynku głównego. Tak kręciła się karuzela zwiedzających. Kupiliśmy bilety i wraz z innymi czekaliśmy na naszą kolej. Przewodnik zjawił się po jakimś kwadransie, przedstawił się  i od razu przystąpił do rzeczy. Był miły i sprawiał wrażenie, że lubi swoją pracę. Wstęp miał zachęcający, a potem też było nie najgorzej. Chwilami wydawało mi się, że jest na lekkim rauszu, ale nie byłem tego pewien. Może to tylko złudzenie - pomyślałem.
Początek trasy dla zwiedzających
To wielki klasztor, mało jest takich na świecie. Jego barokowa fasada, od której weszliśmy na dziedziniec jest długa na 223 metry i nie ma równych sobie  w Europie. Całość jest dwa i pół razy większa od Wawelu. A tak nawiasem mówiąc, to z daleka - od drogi dojazdowej -  przypomina właśnie Wawel.
Sala książęca

Za wysokim murem, oprócz budynku klasztornego znajduje się bazylika Wniebowzięcia NMP z początków czternastego wieku, pałac opatów i nieco dalej kościół św. Jakuba. W krypcie pod gotycką bazyliką przechowywane są nagrobki Piastów Śląskich oraz mumie opatów i zakonników. W części zewnętrznej można zobaczyć kilka budynków gospodarczych sprzed wieków oraz  ładnie utrzymany park.
Wielka sala książęca jest imponująca. To 400 metrów powierzchni i dwie otwarte kondygnacje w górę - przestrzeń i  doskonała akustyka. Cacko. To jeden z najdoskonalszych zabytków śląskiego baroku. kunsztowna robota: doskonałe rzeźby Józefa Mangoldta i malowidła ścienne Christiana Bentuma. Coś niebywałego, jestem pod wrażeniem - Ela chyba też.


To zresztą doskonale miejsce by posłuchać opowieści o historii cysterskiego opactwa w Lubiążu. W pewnej chwili przewodnik zaprosił nas na środek sali, a potem rozpoczął swój spektakl: prawił interesująco, ze swadą i znajomością rzeczy, aż przyjemnie było słuchać. Niezła lekcja historii.


Przy okazji wyszło, że nie od cystersów tu się wszystko zaczęło, a od benedyktynów, którzy w połowie dwunastego wieku postawili tu kościół św. Jakuba, a potem nie wiedzieć czemu zniknęli. A że życie nie znosi próżni, to po nich przyszli cystersi z Turyngii. Sprowadził ich tu książę śląski Bolesław Wysoki.



Zakonnicy okazali się doskonałymi gospodarzyli i po pewnym czasie stali się  jednymi z większych posiadaczy ziemskich na Śląsku. Lubiąż był wtedy także ważnym ośrodkiem kultury i piśmiennictwa. To właśnie stąd pochodzą między innymi dwunastowieczne: "Roczniki lubiąskie", "Katalog biskupów wrocławskich" i  "Kronika książąt Polskich"


Po odbudowie klasztoru z wielkiego pożaru  pod koniec XV wieku, doszło wśród tutejszych zakonników do ostrego wewnętrznego konfliktu i to na taką  skalę, że w konsekwencji, w 1492 roku dobra te zostały cystersom odebrane.  


Po kilku latach jednak mnisi wrócili i przystąpili  ponownie do pracy. Wzięli się za  odbudowę i remonty wielu budynków, a jednocześnie cały kompleks ufortyfikowali. W okresie reformacji pojawiły się nowe problemy i to na taką skalę, że opactwo zaczęło podupadać i traciło powoli na znaczeniu.  Wiele złych rzeczy stało się tu  także w okresie wojny trzydziestoletniej - między innymi rozkradziono bibliotekę oraz cysterskie archiwum.


























Ważną datą dla zakonu był rok 1649, kiedy to ówczesny opat Arnold Freiberg przeprowadził wiele wewnętrznych zmian, a w konsekwencji stworzył podstawy ekonomiczne dla dalszego rozwoju opactwa. Przystąpiono wtedy do remontu na dużą skalę i objęto nim przede wszystkim kościół oraz część mieszkalną (klauzurę), powstała także szkoła klasztorna i nowe budynki gospodarcze. To był dobry okres dla cystersów z Lubiąża.
Klasztorne korytarze


Od 1660 roku zamieszkał tu i pracował na potrzeby zakonu - sprowadzony przez opata - słynny na całym Śląsku malarz barokowy Michał Willmann. Zostawił w spadku po sobie wiele obrazów i fresków. To właśnie spod jego ręki wyszła "Apoteoza Bohatera Cnót" na sklepieniu w refektarzu letnim.



Wielkie zmiany w tym czasie zachodziły w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przez szereg lat (1672 - 1681) pod kierunkiem i nadzorem Mathiasa Steina, nadawano mu  barokowy charakter. Przebudowano także  ambit,  dodając tam  pomnik opatów i barokowe kaplice z przepięknymi freskami Willmana.
Refektarz klasztorny

Kolejni opaci przejawiali coraz częściej skłonności do tworzeniem budowli i pomieszczeń reprezentacyjnych. Tak właśnie powstał w latach 1681–1699 monumentalny pałac opacki z ponad 300 salami  i z bogatym wystrojem wnętrz.



Piękna fasada kościoła, dwie wieże z barokowymi hełmami i kruchta powstały dopiero w roku 1715. Wszystko co w tym okresie robiono miało być - z założenia -   imponujące i pełne blasku. Nie szczędzono pieniędzy na nic i zatrudniano najdoskonalszych fachowców. Swoje dzieła tworzyli tu miedzy innymi: Felix Anton Scheffer, Christian Bentum i Franz Mangoldt. Opactwo piękniało z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc i  z roku na rok.



W 1733 pojawiły się  tu przepiękne  polichromie i większość fresków w letnim refektarzu. Rok później podobnie ozdobiono bibliotekę klasztorną oraz powstał plafon i wiele rzeźb w głównej sali reprezentacyjnej pałacu – Sali Książęcej. 


Ale wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć. Tak było i tutaj. Czarne chmury nad opactwem pojawiły się, gdy tylko Austriacy utracili swoje wpływy na tych terenach. To był początek końca świetności klasztoru. W roku 1810  król pruski bez ceregieli skasował zakon cystersów, przywłaszczając sobie wszystkie jego dobra. Co było do zrabowania zrabowano, co było do zniszczenia zniszczono, a na koniec w klasztorze urządzono szpital.
Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny


Zdumiewająca jest historia opactwa z czasów II wojny światowej. Wiele na to wskazuje, że produkowano tu części do rakiet V1 i V2, a według jednej z hipotez pracowali tu także niemieccy naukowcy nad skonstruowaniem tranzystora. Prace badawcze prowadzone były w podziemiach klasztoru oraz w części parterowej pałacu opatów. Z relacji świadków wynikało, że widywano tu naukowców w białych kitlach i robotników w szarych ubraniach. Stworzono tu także  obóz przejściowy dla internowanych  obywateli Luksemburga.


W czterdziesty piątym znowu wszystko się zmieniło. Niemcy odeszli, a przyszli Rosjanie. Ci ostatni z zajmowanych terenów wywozili wszystko, co tylko miało jakąkolwiek wartość, a przy okazji także niszczyli. Do roku 1948 był tu szpital psychiatryczny dla czerwonoarmistów, a później długo, długo nic  aż do 1962 roku - nie było tu w ogóle gospodarza.


Klasztor niszczał i chylił się ku kompletnej ruinie. I pewnie nie byłoby dla niego ratunku, gdyby nie grupa prawdziwych pasjonatów i miłośników historii, którzy w 1989 roku założyli "Fundację Lubiąż". Zapalili zielone światełko, które było początkiem dobrego. Wprawdzie wszystko idzie tu powoli, ale idzie i to jest najważniejsze. Mimo ograniczeń finansowych  ciągle coś się dzieje. Mam wiele szacunku i uznania dla ludzi, którzy podejmują się takich wyzwań. Wygląda na to, że to projekt nie na lata, a raczej na dziesiątki lat. No i dobrze, niech i tak będzie. Gołym okiem widać jak wiele tu zrobiono i jak dużo jeszcze jest do zrobienia. Trzeba wiedzieć, że oprócz pięknej sali książęcej, refektarza, kaplic w kościele i biblioteki wykonano tu wielką pracę dla poprawy stanu technicznego całego obiektu: wstawiono i oszklono wszystkie okna. wzmocniono konstrukcje budynku klasztornego, naprawiono więźby, a dachy pokryto nową dachówką.



Pożegnaliśmy naszego przewodnika i przeszliśmy przez bramę główną na zewnątrz - do przyległego parku. To prawdopodobnie teren dawnego zaplecza gospodarczego cysterskiego opactwa, o czym świadczyć mogą istniejące tu do tej pory budynki: browaru i piekarni, wozowni i stodoły, ale także i kancelarii klasztornej. W parku robiło się majówkowo  i piknikowo - przyjemna atmosfera. W cieniu dorodnych drzew na przystrzyżonej trawie  rozsiadali się ludzie. Pod starym  dębem siedziała już para zakochanych, a tuż za nimi biegały i szczebiotały dzieciaki. Istna  sielanka.
- Ładnie tu, tak romantycznie i lirycznie  - powiedziała w pewnej chwili poetycko nastrojona  Ela.
- Ładnie, ładnie, ale wiesz co, chyba trochę zgłodniałem, a tam chyba jest jakaś knajpka - pokazałem
  ręką przed siebie.
- Też  jestem głodna - rzuciła krótko.


Z daleka wypatrzyłam wolny stolik, a kelnerka miała nas na oku chyba już od bramy wejściowej. Gdy tylko usiedliśmy przypomniała mi się stara historia z Jacksonem.
- Ty wiesz, że w dziewięćdziesiątym siódmym był tu Michael Jackson - wyrwało mi.
- No, pamiętam.  To była niezła sensacja - wtrąciła  Ela.
- No, ale co? To on chciał to kupić, czy jak? - zapytała chwilę później.
- A diabli widzą, on też tego chyba do końca nie wiedział. Ktoś go namówił, przyjechał popatrzył i
  odjechał, to wszystko, tak sądzę  - odpowiedziałem wzruszając ramionami.
Pół godziny później byliśmy już w drodze do Bieńkowa  i wtedy zadzwoniła Beata. Od razu zrugała mnie  za brak wiadomości o zmianie naszych planów.
- Mea culpa, mea maxima culpa siostro - opowiedziałem pokornie. A ona zaczęła się śmiać. Gdy wjeżdżaliśmy na leśniczówkę niebo od lasu szarzało, konie na padoku odwróciły głowy w naszą stronę, a Czikita i Lola wybiegły z bramy na przywitanie. Byliśmy na miejscu.

cdn.