piątek, 26 maja 2017

Sycylia (cz. V.) Palermo i Monreale


Lokalny autobus z Cefalu do Palermo miał odjechać  za dziesięć ósma, z przystanku przy hotelu Santa Lucia. Wszystko, od rana szło dobrze: toaleta, śniadanie i pakowanie plecaków - tak, zupełnie bez pośpiechu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc mogliśmy pozwolić sobie na małą kawę. Niepokoiły mnie jedynie sine chmury, które nadciągały od strony morza. Gdy wyszedłem po chwili z filiżanką na balkon, niebo aż po szczyty gór było już zaciągnięte. Nigdzie nie było słońca - dosłownie nigdzie. Poczułem się, jakby ktoś mnie oszukał. Nie wiem dlaczego, ale sądziłem, że słońce świeci tu zawsze. Zaniepokojony, a jeszcze bardziej  rozczarowany zawołałem Elę i odtąd już we dwoje przyglądaliśmy się naszej katastrofie. Było źle, po prostu źle, tym bardziej, że  zanim pociągnąłem kolejny łyk kawy, chmury zsiniały jeszcze bardziej  i w jednej chwili zaczął padać rzęsisty deszcz.  Niebo rozpłakało się na naszych oczach, jakby chciało nam zrobić na złość.
 
W drodze z Cefalu do Palermo.



- No i co teraz ? - zapytała Ela.
- Nie wiem, sam nie wiem, co teraz? - odpowiedziałem, zupełnie bez przekonania.
- Nie ma chyba jednak co pękać - dodałem po chwili.  - Zbieraj się idziemy na przystanek, mam plan.
- Jaki znowu plan? - spojrzała na mnie i spyta z niedowierzaniem.
- Dobrze, dobrze, powiem ci później - zacząłem ją ponaglać, pokazując nerwowo zegarek. 
Kilka minut później staliśmy  już pod drzewem, blisko autobusowego przystanku. Była za kwadrans ósma, a więc mieliśmy jeszcze pięć minut do odjazdu, a deszcz padał coraz mocniej.
- No to co robimy i jaki ty masz ten plan - wydusiła w końcu z siebie wyraźnie poirytowana Ela.
- To proste, mój plan polega na tym, żeby nie zmieniać planu, po prostu nie zmieniać  i to wszystko - powiedziałem to tak poważnie, żeby nie mała wątpliwości i uwierzyła, że to jest najlepsze rozwiązanie. Zapadła cisza, a ona patrzyła na mnie z dziwnym grymasem na twarzy. Stała i świdrowała mnie do bólu swoim przenikliwym wzrokiem.
- Wiesz co? Myślałam, że stać cię na więcej - walnęła mi prosto z mostu. - No, ale jak już sobie tak to wymyśliłeś, to niech ci będzie. Zobaczymy jak skończą się te twoje genialne pomysły - mówiła patrząc mi prosto w oczy.
Z góry lało jak cholera, a ona o ósmej rano w deszczowy dzień, na przystanku autobusowym w małym miasteczku na Sycylii, po prostu znokautowała mnie. Czułem się jak zbity pies, ale nic nie mówiłem.  Wiedziałem, że każde moje słowo może tylko pogorszyć sytuację, a tego przecież nie chciałem.
Na przedmieściach Palermo




Była już ósma, a my ciągle staliśmy na tym zapyziałym przystanku. Padało bez jakiejkolwiek nadziei na poprawę pogody i do tego nie było autobusu, który już dawno powinien tu być.
- Co za dzień - chodziło mi bez przerwy po głowie. Co za dzień?
- A może ona ma rację, może faktycznie powinniśmy zostać, a nie szwendać się po tym deszczu.  Kawiarnia, książka, jakaś knajpa, może to byłby lepszy pomysł, sam już nie wiem - dołowałem się coraz bardziej. I wtedy zupełnie niespodziewanie,  przypomniało mi się piano - słowo, które często tu słyszę. Piano, piano, piano  to chyba takie tutejsze spoko, albo olewka na wszystko - tak mi się przynajmniej wydawało. Piano powtórzyłem to sobie jeszcze raz i wtedy nagle zza zakrętu wyjechał  autobus. Właśnie ten nasz autobus, ten do Palermo - coś podobnego. Ucieszyłem się jak dziecko. Spóźnił się dwadzieścia pięć minut, a ja się ucieszyłam. To niebywałe. Powinienem się wściec, a ja jednak się ucieszyłam. Gdyby jeszcze tylko to moje piano mogło powstrzymać deszcz, to byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.  I może wtedy by się do mnie Ela nawet uśmiechnęła - tak się jakoś rozmarzyłem.
 
Piazza Giulio Cesare





Kierowca sprzedał nam bilety i powoli, wąską uliczką pod górkę, ruszyliśmy w stronę Palermo. Zajęliśmy dwa wolne fotele na samym przodzie, od strony drzwi wejściowych i dzięki temu mieliśmy doskonałe miejsce do obserwacji. Autobus wjechał na drogę numer 113, biegnącą równolegle do autostrady E 90 i do linii kolejowej łączącej Mesynę z Palermo. Wielkie wycieraczki zbierały cieknące strugi wody z panoramicznej szyby, a my jak skazańcy czekaliśmy na jakąś odmianę. Kierowca prowadził  autobus spokojne i widać było, że  doskonale panuje  nad sytuacją, czasami tylko odwracał się w naszą stronę z miłym uśmiechem na twarzy - jakby chciał nam dodać otuchy. Jechaliśmy wśród parterowych domków, w otoczeniu gajów oliwnych i cytrusowych, dorodnych sosen piniowych i różnobarwnie kwitnących krzewów.
 
Monreale

Niedaleko zjazdu w podrzędną strade provinciali do Lascari - jakieś dziesięć kilometrów od Cefalu - niebo przed nami nagle  pojaśniało. Spojrzałem w prawo i zobaczyłem jak w oddali, na horyzoncie chmury powoli zaczynają ustępować. Ulewa zamieniała się w spokojne siąpienie, a wycieraczki na wielkiej szybie przesuwały już coraz wolniej. I wtedy znowu przyszło do mnie - piano. Powtórzyłem je w myślach chyba  trzy razy i postanowiłem czekać. Autobus zatrzymywał się na przystankach, ludzie wsiadali i wysiadali, aż koło Trebii stał się cud. Niebo wypiękniało i znowu zaświeciło słońce. Ela chwyciła mnie za rękę i ścisnęła mocniej. Nic nie mówiła i ja też nic nie mówiłem. Tak dojechaliśmy Palermo.
 
Via S. Maria Nuova






Dwupasmowa Via Oreto, wprowadziła nas  spokojnie z peryferii miasta aż do samego Piazza Giulio Cesare. Tak znaleźliśmy się w samym centrum Palermo. Autobus na placu, skręcił w prawo i zatrzymał się tuż koło dworca kolejowego. Wszystko zgadzało się z moją mapą i to mnie teraz najbardziej cieszyło. Najważniejsze to zawsze wiedzieć gdzie się jest. Jeżeli znasz swoje miejsce na mapie, nigdy nie zginiesz. Jeżeli chcesz gdzieś dotrzeć, musisz najpierw wiedzieć gdzie jesteś. Inaczej będziesz się kręcił, jak coś tam, coś tam - w przeręblu. To abecadło, zwykłe abecadło. No i tego się teraz trzymamy. Stoimy więc sobie na placu Juliusza Cezara w samym sercu Palermo, tuż obok wejścia do budynku  dworca kolejowego - tu zaczynamy i tu skończymy naszą dzisiejszą wycieczkę. Stąd po południu, odjedziemy  pociągiem do Cefalu - taki jest nasz plan.
 
Katedra





Od rana dzisiaj same niespodzianki, zmiany jak w kalejdoskopie. Czyste niebo zaciągnęło się najpierw chmurami, potem przyszła ulewa, a teraz znowu świeci słońce. Mój optymizm zwyciężył. Ruszamy więc w drogę: przed nami Palermo i Monreale.  Stolica Sycylii to dość duże miasto - ponad sześćset tysięcy mieszkańców, ale dla nas to tylko suche liczby i  nic więcej, sprawa jakby drugorzędna. My szukamy czegoś zupełnie innego: chcielibyśmy raczej poznawać ludzi, przyrodę, zabytki, no i jeśli to możliwe specjały tutejszej kuchni - to, to co nas  najbardziej nakręca. Tym bardziej, że to jest miejsce gdzie Europa styka się z Afryką i gdzie od czasów Fenicjan, Kartagińczyków, Rzymian, Arabów, Normanów i Aragończyków aż do zjednoczenia Włoch, tworzyła się cały czas wyjątkowa cywilizacja. Już samo w sobie to, musi być fenomenalne. Czyż nie? 
,
Piazza Guglielmo II




Ustaliliśmy, że najpierw  pojedziemy najdalej jak tylko się da od centrum, by potem spokojnie wracać w stronę dworca. Trzymając się, tej logiki zaczniemy więc od - oddalonego o dziesięć kilometrów - Monreale.  To był dobry plan. Wiedziałem, że autobus znajdziemy po przeciwnej stronie Piazza Giulio Cesare.  I tak też się stało. Wypatrzyłem go bez najmniejszego trudu. Stał w cieniu drzew, tuż przy chodniku, obok straganów z różnego rodzaju galanterią. Był biały i miał tabliczkę - właśnie - z napisem Monreale. O to chodziło. Bingo - ucieszyłem się jak dziecko i o mało nie podskoczyłem z radości. Ela uśmiechnęła się i po chwili byliśmy już w środku.  Tu przywitał nas kierowca i  młodzieniec,  który uprzejmie wskazał wolne miejsca. Wszystko szło więc jak z płatka i wszystko też zmieniło się gdy tylko  poprosiłem  o bilety. Chłopak oznajmił z rozbrajającym uśmiechem, że jest mu przykro, ale musimy pogalopować z powrotem na dworzec do tabacchi i tam na pewno wszystko załatwimy. Szlak mnie trafił w jednej chwili. Dwóch facetów z obsługi w jednym autobusie, a ja muszę latać po mieście za biletami. I wtedy znowu przypomniałem sobie - piano. Kiedy wróciliśmy, autobus  wypełniony był już po brzegi. Tylko dwa miejsca były wolne. To uśmiechnięty Sycylijczyk pilnował naszych foteli. Prego signora - powiedział uprzejmie do Eli i dał znak kierowcy do odjazdu.
 
Na Vittorio Emanuele.





Gdy mijaliśmy park przy Piazza Idipendenza zapytałem Sycylijczyka, czy zatrzyma się w tym miejscu w drodze powrotnej. Chciałem stąd zacząć nasz pieszy spacer po Palermo. To idealne miejsce do takiej eskapady, tak mi się przynajmniej wydawało.
- Nie ma problemu - odpowiedział mi jak stary przyjaciel.
- Nie jest źle, kurczę no po prostu  nie jest źle - pomyślałem i od razu humor mi się  poprawił.
Kwadrans później autobus zaczął wspinać się  coraz wyżej i wyżej, aż odsłoniła się pod nami panorama miasta i okolicy. Uliczki były coraz węższe, a chwilami tak ciasne i trudne do przejechania, że tylko wprawny kierowca mógł sobie z tym radzić. Teraz widać jak Monreale góruje nad okolicą i dlaczego przed wiekami było tak ważne. To miejsce kultowe i to tu w średniowieczu, ścierała się władza kościelna ze świecką o wpływy i to  nie tylko w samym Palermo, ale także na całej Sycylii, a świadectwem tamtych czasów jest wielka katedra, którą chcemy dzisiaj zobaczyć. Tak to już tutaj jest, że jak cię los sprowadził do Palermo, to powinieneś zobaczyć Monreale i odwrotnie, jak jesteś w Monreale musisz  przejść się po Palermo. Kto sądzi inaczej jest po prostu głupcem i nie wie co traci.  
 
Wnętrze katedry Monreale.




Autobus ociężale pokonał ostatni zakręt, minął miejscową szkołę i wreszcie zatrzymał się na zupełnie odkrytym i  skąpanym bezlitośnie w słońcu Piazza Inghilleri. Sycylijczyk ogłosił, że to końcowy przystanek i od tej pory musimy radzić sobie już sami. Był uśmiechnięty jak zwykle i do tego uczynny. Tłumaczył, gestykulował i pokazywał wszystkim zagubionym, w którą stronę powinni teraz pójść, a także zapewniał, że odjazd do Palermo będzie dokładnie z tego samego miejsca. W pierwszej chwili poczułem się nieco zdezorientowany, ale nie na tyle by szukać pomocy u Sycylijczyka. Szybko połapałem się w  topografii miasteczka, podałem Eli rękę i ruszyliśmy w prawo w Via Pietro Novelli, która nieco dalej przemieniła się w Via Roma. Szliśmy prosto do katedry.  Uliczki były zatłoczone, ale tym razem jakoś mi to nie przeszkadzało. Rządziła mną ciekawość poznawania Monreale.
 





Prawie dziewięćset lat temu, kiedy rządzili tu Normanowie, ówczesny król Sycylii Wilhelm II Dobry - wybudował na tym wzgórzu imponującą i kapiącą złotem katedrę.  Dzięki zrządzeniu losu, mimo wielu nieszczęść i kataklizmów, jakie spadały na Sycylię przez wieki, świątynia ocalała i stoi do dzisiaj prawie nie tknięta. A trzeba pamiętać,  że intencje jej budowy niestety, ale nie były czyste, bo wynikały z ludzkiej pychy i próżności, podlanej sosem niekończącej się nienawiści, w atmosferze zaciekłej walki o wpływy i władzę pomiędzy królem, a tutejszym biskupem. To swoisty owoc rywalizacji w konkurencji - kto może więcej. I tak to, w klimacie chciwości i zachłanności powstała piękna katedra w Monreale - dzisiaj, dla nas wymowne świadectwo tamtych czasów. Wejście do jej wnętrza  nic nie kosztuje, no chyba że wolny datek - to wszystko. No, więc idziemy
Wizerunek Chrystusa Pantokratora.



Gorące i rozedrgane powietrze zostaje za nami. Najpierw dotyka  mnie delikatny chłód, a potem z półmroku wyłaniają się strzeliste kolumny i  złota  postać Chrystusa Pantokratora.  To przestrzeń minionej kultury arabsko-bizantyjsko-normandzkiej - w najbardziej oryginalnym wydaniu.  Tylko szuranie butami i stukot obcasów zakłócają i trącają czasami monstrualną ciszę. Ludzie z zadartymi głowami i z otwartymi ustami lustrują tę przeogromną, pełną złota i cudownych ornamentów przestrzeń.  To nie msza, ale jakby msza była, przekraczasz próg i stajesz z innymi i  nie ważne kim jesteś  i nie ważne skąd przybywasz. Ważne, że jesteś tu i teraz. To nowa czasoprzestrzeń. I nie ważne, że nic to nie kosztuje,  ważne abyś to docenił - bo to miejsce niezwykłe. Teraz już o tym wiem. 
Sufit w nawie głównej


Uwielbiam takie miejsca. Po pierwszym wrażeniu - jakie by ono nie było -  szukam spokoju dla siebie. Siadam gdzieś w ławie, zamykam oczy i tak zostaję przez chwilę. Nie ma w tym ani ekspiacji, ani tym bardziej poszukiwania jakiejkolwiek refleksji. Do niczego - w takiej chwili - nie są mi one w ogóle potrzebne, szukam harmonii i równowagi w samym sobie. I to na ogół dostaję. Tak też było i tym razem. Gdy otworzyłem oczy, Ela jak zwykle siedziała obok mnie.

Bizantyjskie mozaiki.




Wnętrze katedry podzielone jest na trzy nawy. Najważniejsza oczywiście jest środkowa, mniej więcej dwa razy większa niż dwie pozostałe. Imponujące są też rzędy kolumn z korynckimi głowicami, nad którymi znajdują się bizantyjskie wzory. Podłoga i wewnętrzne mury - podobnie jak w islamskich meczetach - wyłożone są platerowanym marmurem. Największe wrażenie robi jednak ulokowana w wewnętrznej apsydzie, cała w złocie wielka postać Chrystusa Pantokratora. Liczne i pięknie wykonane mozaiki w różnych miejscach to na ogół alegoryczne sceny z Księgi Rodzaju, albo też z Dziejów Apostolskich. Jest co oglądać.

Dawne opactwo benedyktynów




Gdy spojrzałem na zegarek - dochodziła jedenasta.
- Choroba, czas biegnie szybko, trzeba się chyba pomału zbierać - pomyślałem, kiedy staliśmy tak  obok królewskich sarkofagów.
- Ela, jakby czytała w moich myślach, chwyciła mnie za rękę i zapytała cichutko - idziemy?
- No, chyba już czas - odpowiedziałem.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz od strony Piazza Emanuele, ciepłe powietrze uderzyło mnie w twarz, a słońce oślepiło w jednej chwili. Zmrużyłem oczy i powoli, ostrożnie przysiadłem na brzegu fontanny. Jak przez mgiełkę zacząłem oglądać wszystko od nowa, aż oswoiłem się z natrętnym światłem. Już dobrze, dobrze, wszystko będzie dobrze - uspakajałem się przez chwilę w duchu.
- Zobacz tam - pokazałem ręką -  na wprost, na parterze  jest chyba jakaś knajpka, nie masz czasem ochoty na   kawę - zapytałem w pewnej chwili, tak mimo woli.
Ela bez słowa skinęła głową, więc wstałem, chwyciłem ją za rękę i poszliśmy. Tak trafiliśmy do baru o nazwie Panineria. Szybko dostaliśmy kawę, a ja znowu poczułem piano - luz blues, w niebie same dziury. Nawet nie chciało mi się teraz myśleć o  zwiedzaniu Palermo. Było nam znowu dobrze, a przecież rano padał deszcz.


- Chodź pójdziemy jeszcze do benedyktynów -  zaproponowałem,  gdy wstawaliśmy już od stolika.
- A mamy czas?  - zapytała Ela.
- Nawet gdybyśmy go nie mieli, to i tak powinniśmy tam pójść, to jedne z najpiękniejszych krużganków na świecie, takich rzeczy się nie odpuszcza - odpowiedziałem.
- Chodź, no mówię ci, to blisko, tu zaraz przy katedrze - dodałem po chwili.
Gdy weszliśmy, przy kasie w klasztornym pomieszczeniu trwała kłótnia. On był wysoki, szpakowaty i mocno opalony, a ona kruczowłosa, o ostrych rysach twarzy. Siedziała tam gdzie siedzi kasjerka, a on stał, tam gdzie stoi klient. Darli się na siebie w niebogłosy. Nie poszło jednak o bilety, kłócili się o coś zupełnie innego. Nie znam włoskiego, ale od razu to zrozumiałem. Może to była kłótnia o miłość zdradzoną, może to była scena zazdrości, a może ktoś kogoś oszukał i dlatego tyle  w tym złości. Byli tylko we dwoje, jakby zapomnieli o całym świecie. Nic nie mówiłem, patrzyłem w ich stronę w spokoju i tylko Ela była wyraźnie speszona. Dopiero gdy po chwili on odwrócił się w naszą stronę zapanowała  grobowa cisza. Spojrzał jeszcze raz na nią, ominął nas spokojnie i wyszedł. 
Kruzganki
Kupiliśmy bilety i weszliśmy na klasztorny dziedziniec. Zadbane trawniki i przystrzyżone żywopłoty robią wrażenie miejsca pielęgnowanego na co dzień ze szczególną troską.  Nie to jest jednak tutaj najważniejsze. Wszystko co znajduje się w centrum dziedzińca jest w istocie marginesem, a to co jest na skraju czterech jego boków jest kwintesencją. To przewrotne, ale prawdziwe, bo najważniejsze są  tu przepiękne krużganki. Pochodzą z tego samego okresu co katedra  i są niezwykłym przykładem romańskiej rzeźby w sycylijskiej architekturze. To jest prawdziwa atrakcja tego miejsca.  
Bogato rzeźbiony kapitel





26 mauretańskich łuków po każdej stronie dziedzińca, podpartych na zgrabnych, podwójnych kolumnach z białego marmuru to dzieło sztuki. Stoją tu tak od dwunastego wieku i cieszą oko każdego przybysza. Fascynują swoją różnorodnością: niektóre bogato inkrustowane, przyozdabiane mozaikami, inne pokryte spiralnymi lub zygzakowatymi żłobieniami, a jeszcze inne zupełnie proste i gładkie, bez żadnej szaty. Wystarczy choćby na chwilę podnieć wzrok,  by w kapitelach znaleźć biblijne opowieści, wykute dłutem najlepszych rzemieślników z całej południowej Italii. To wyjątkowo piękne i niezwykłe miejsce.
 
Mauretańskie arkady



Była dwunasta, gdy opuszczaliśmy mury klasztoru. Przed nami jeszcze tylko spacer uliczkami Monreale do autobusu, a potem już tylko jazda z powrotem do Palermo.
- Udał nam się ten dzień, wszystko idzie jak z płatka - uśmiechnąłem się w duchu sam do siebie.
- Co ci tak wesoło?- odezwała się nagle Ela.
- Nie, nic nic, wszystko w porządku, naprawdę wszystko w porządku - rzuciłem tak  jakby od niechcenia.
Via Roma w Monreale jest dość wąska i dużo tu cienia, więc spacer jest przyjemny. Wolnym krokiem minęliśmy Kościół Santa Maria del Collegio i obok straganów z owocami weszliśmy w uliczkę, która doprowadziła nas  wprost na  Piazza Inghilleri. I o to chodziło, wiedziałem, że to gdzieś tu, zupełnie niedaleko powinien być nasz autobus.
 
San Giovanni degli Eremiti.

Sycylijczyk zauważył nas z daleka, uniósł rękę do góry jakby chciał nam powiedzieć - halo, tu jestem. Uśmiechnięty jak zwykle, ustąpił nam miejsca na chodniku, tuż przy drzwiach autobusu i zaprosił do środka. Pięć minut później ruszyliśmy wąskimi uliczkami w drogę powrotną. Jechaliśmy teraz w stronę centrum Palermo. Cały czas śledziłem trasę i wiedziałem dokładnie gdzie jesteśmy. Spokojnie mogliśmy z autobusu obserwować miejskie życie, wzdłuż długiej na kilka kilometrów Corso Calatafimi. Wysiedliśmy dopiero na Piazza Indipendenza niedaleko Palazzo dei Normanni. Sycylijczyk pamiętał o mojej prośbie i tuż przy wyjściu, na pożegnanie podał mi rękę. Był miły. Autobus odjechał, a my zostaliśmy sami na ulicy. Od tego miejsca zaczęła się nasza piesza wędrówka po Palermo, a dokładnie rzecz biorąc po jego najstarszej części.
 
Porta Nuova
Zależało mi, żeby zobaczyć orientalny kościół San Giovanni degli Eremiti -  czyli świętego Jana od Pustelników. Po prostu kiedyś o nim czytałem i tak jakoś utkwiło mi to w pamięci.  Ruszyliśmy więc najpierw chodnikiem przy ruchliwej Corso Re Ruggero, by po chwili znaleźć się na zupełnie spokojnej Via dei Benedettini. Już przy pierwszej przecznicy zobaczyłem, z daleka czerwone kopuły kościoła, który przez kilka stuleci - aż do przybycia Normanów na Sycylię - był  meczetem. Nawet teraz bardziej przypomina swoim wyglądem meczet niż katolicką świątynię i tworzy jednocześnie baśniowy klimat fragmentu jakiegoś arabskiego miasta. Tuż obok, zaraz za Via del Bastione, wznoszą się górę wysokie mury Palazzo dei Normanni - dawnej rezydencji królów Sycylii, a teraz także siedziby lokalnego parlamentu. Jest tu również jeden z najciekawszych zabytków Palermo, a mianowicie Cappella Palatina - perła sakralnej architektury. Tu także - podobnie jak w Cefalu czy w Monreale - pośród granitowych kolumn o złoconych korynckich głowicach, na plan pierwszy wybija się wizerunek Chrystusa Pantokratora. 
Villa Bananno

Przy Corso Calatafimi przeszliśmy na drugą stronę ulicy, gdzie tłok był o wiele mniejszy. I chociaż brzydota mocno zaniedbanych domów robi tu przygnębiające wrażenie, to tym razem jakoś mi to nie przeszkadzało.  Kierowaliśmy się teraz w stronę Via Vittorio Emanuele.  Ela na chwilę zatrzymała się jeszcze przy maleńkim tabacchi, ale delikatnie pociągnąłem ją za rękę i ruszyliśmy dalej. Tak znaleźliśmy się na dawnej granicy starego Palermo, do którego można było dostać się z tej strony jedynie przez wielką  kamienną bramę, wzorowaną na kształt łuku triumfalnego - to  Porta Nuova. Jej charakterystycznym elementem są postacie czterech wysokich jak słupy Maurów. Jest to jednocześnie ważny punkt na  głównej arterii miasta, która prowadzi w prostej linii od portu nad zatoką, przez Quatro Canti na przecięciu z Via Maqueda,  aż do samego Monreale. Wiedza o tym, to także klucz dla turystów do łatwego  poruszania się po Palermo.
Katedra





Przeszliśmy wreszcie przez bramę, wprost na Via Vittorio Emanuele. To jedna z najważniejszych ulic miasta. To tutaj od wszechczasów zlokalizowana  była wojskowa dzielnica -  San Giacomo. I zostało tak  chyba do dzisiaj, bo na ścianie  budynku po lewej stronie  zobaczyłem tablicę z napisem "Comando 12 Battaglione Carabinieri Sicilia Palermo" - co według mnie mogło oznaczać tylko tyle, że jest to siedziba 12 batalionu dowodzenia karabinierów. Wszystko układało się więc w logiczną całość, tym bardziej, że tyłach tego budynku stoi, stary garnizonowy kościół Santa Maria Maddalena. Nic w tym jednak nie było szczególnego - bo ani jedno, ani drugie w żaden sposób nas jakoś nie pociąga. To tematy nie z naszej bajki. Za to po drugiej stronie ulicy istna perełka - piękny, zadbany duży park. Nogi od razu  same, poniosły nas w tamtą stronę. Weszliśmy w urzekający świat zielonej przestrzeni, pośród bujne, dorodne palmy, kolorowe krzewy,  przystrzyżone żywopłoty i liczne kamienne figury. Byliśmy oczarowani. 




Nie więcej jak sto metrów od platanowej alei, na rogu Via Vittorio Emanuele i Via Matteo Bonello zobaczyłem katem oka rozległy plac, z wysoką palmą i frontową ścianą potężnej świątyni w tle.  Zatrzymałem się na chwilę u wejścia do niewielkiego baru o nazwie Marocco, a Ela stanęła przy  kamiennym ogrodzeniu po drugiej stronie ulicy. Zrobiłem jej kilka zdjęć i po chwili oboje ruszyliśmy w stronę majestatycznej katedry. To od dwunastego wieku, a konkretnie od czasów króla Wilhelma II Dobrego jest niezwykle ważne  miejsce w Palermo.






Nawet dla człowieka niezbyt obeznanego w architekturze już na pierwszy rzut oka widać, że cała bryła katedry jest zlepkiem wielu stylów. To swoisty zapis historii sakralnego budownictwa na przestrzeni wieków. Można tu czytać dosłownie jak z książki. Sięgnąłem więc do przewodnika, żeby coś z tego zrozumieć.  Okazało się, że są tu fragmenty średniowiecznego kościoła, a apsyda ozdobiona wieżyczkami i dekoracjami to oryginalna część budynku z dwunastego wieku. Wejście główne z trzema arkadami jest w stylu gotycko-katalońskim, a jedna z kolumn była bez wątpienia wcześniej częścią meczetu, o czym świadczy wyryty na niej werset Koranu. Pomiędzy wieżami można też dostrzec  gotycki portal, a całość daje wrażenie neoklasycystycznej budowli. No i teraz to ja już wiem o co tu chodzi - powiedziałem do Eli,  wrzucając przewodnik ponowienie do plecaka. We wewnętrzu katedry panował spokój i chłód i tego nam było trzeba. Tej chwili na odpoczynek od ulicznego zgiełku. Kwadrans później byliśmy znowu gotowi, by ruszyć w drogę. Poszliśmy najpierw w stronę Liceo Classico Emanuele, a potem daliśmy się znowu wciągnąć w wir gorącego życia ulicy.
Na katedralnym placu

Wypełniona po brzegi tłumem i obwieszona czerwono-biało-zielonymi flagami Corso Vittorio Emanuele, prowadziła nas teraz do słynnego Quattro Canti - na skrzyżowaniu z  Via Maqueda. Rano wyszliśmy spod dworca, gdy życie w mieście dopiero się budziło, a wracamy do centrum teraz, gdy jest zupełnie inne - rozgrzane i rozdygotane, pełne samochodów, ludzi i zgiełku. Miasto pokazuje też swoje inne, chyba bardziej prawdziwe oblicze i nie kryje się z niczym.  Zrzuca kotarę wstydu i odsłania bez mała wszystko: bogactwo i biedę, piękno i brzydotę, jakby na jednym talerzu. Jest różnobarwne - zachwyca i zniechęca, fascynuje i zohydza. Nigdy czegoś takiego dotąd nie widziałem. No, ale cóż,  może w ogóle zbyt mało dotąd  w życiu widziałem i dlatego mam z tym jakiś problem.
Corso Victtorio Emanuele



Przyzwyczajam się jednak do tej ciasnoty, a być może nawet oswajam się z nią. Przy Chiesa del Santissimo Salvatore, Ela stanęła na chwilę przy schodach, pochyliła się i wrzuciła monetę do puszki żebraka. Ten spojrzał na nią z obojętnym wyrazem twarzy i bez słowa powoli spuścił wzrok. Ktoś mnie wtedy potrącił, zagapiłem się, a Ela zniknęła nagle w tłumie. Straciłem ją z pola widzenia i nagle opanował mnie strach i obawa, że gdzieś mi zginie. Nerwowo zacząłem rozglądać się w nadziei, że szybko ją zobaczę, ale nic z tego. Nigdzie jej nie było, jakby rozpłynęła się we mgle - ani śladu. Ruszyłem więc przed siebie, przeciskając się między ludźmi. Byłem zły na wszystko i na wszystkich, a najbardziej na siebie. Gdzie ona teraz jest, do cholery ?  - dręczyło mnie tylko to jedno  pytanie. Czułem też, że czas był moim wrogiem, bo im dłużej to trwa, tym gorzej. I wtedy przy pomniku na Piazza Bolonii, pośród kołyszących się głów, dostrzegłam jej kasztanową kitkę. Zamajaczyła mi i znowu zniknęła. Moja nadzieja prysnęła jak bańka mydlana i w desperacji zacząłem biec rozpychając się już bez ceregieli. Zobaczyłem ją znowu, tym razem przy bramie głównej Palazzo Damiani. Stała i rozglądała się jak gdyby nigdy nic. Nie było w niej żadnego niepokoju ani lęku. Była tylko jakby nieco zdziwiona, że nie ma mnie przy niej. Kamień z serca - pomyślałem. - Boże, dobrze, że mi jej nie porwali - nawiedziła mnie wtedy taka kretyńska myśl. Po chwili zwolniłem i podszedłem spokojnie do niej.
- No dobrze, że jesteś, już się bałam, że może gdzieś zginałeś - powiedziała z rozbrajającą szczerością. A ja, ja zdębiałem z wrażenia i stałem tak jeszcze przez  chwilę bez jednego słowa.
- Tak, tak, to znaczy nie - zacząłem się w końcu mętnie tłumaczyć. - Trochę tylko się zagapiłem - dodałem najspokojniej jak tylko potrafiłem.
I wtedy poczułem, jak słona kropla potu z czoła, ześlizgnęła się wprost do mojego oka. Świat mi się rozmazał, a ja tak ciągle nieruchomo stałem i gapiłem się na nią jak cielę na malowane wrota. Potem mocno chwyciłem ją za rękę i poszliśmy już razem.
Quattro Canti


Tak doszliśmy do skrzyżowania z Via Maqueda, do słynnego Quattro Canti (czyli Czterech  Rogów). To ważne miejsce w mieście. Ważne historycznie, ale także ważne - dla każdego turysty - topograficznie. Jak już jesteś człowieku na Quattro Canti, to na pewno się nie zgubisz. Wiadomo jak stąd dojść do dworca kolejowego, albo do Teatro Mssimo, jak znaleźć drogę do portu, albo do Palazzo dei Normanni - to miejsce, gdzie ulice rozchodzą się  w cztery świata strony. To przysłowiowy pępek Palermo.
  
Via Maqueda



Historia Quattro Canti sięga siedemnastego wieku. Tworzą je cztery ( teraz nieco zaniedbane ), a mimo wszystko jednak wspaniałe, narożne kamienice z posągami i fontannami. Ich wklęsłe, wysokie fasady podzielone są na trzy poziomy i wypełnione licznymi rzeźbami. Figury znajdujące się najniżej przedstawiają pory roku, w części środkowej posadowieni są i patrzą w dół hiszpańscy królowie, a na samej górze stoją sobie  beztrosko patronki  dzielnic Palermo: Kalsy, Amalfitanii, Albergheri i Sincaldi -  Krystyna, Ninfa, Oliwia i Agata.
Uliczna scenka





Ruch jakby zelżał, więc w miarę swobodnie mogliśmy obejść Quattro Conti dookoła i ruszyć  w stronę Teatro Massimo. Ela była zadowolona jak rzadko kiedy i chyba już dawno zapomniała o porannych problemach.  Uśmiechnięta pociągnęła mnie za rękę i weszliśmy na Via Maqueda. To stara zabytkowa ulica Palermo. Jej początki sięgają końca szesnastego wieku i wtedy była to zupełnie nowa i  jednocześnie nowoczesna  arteria, która dawała duszącemu się miastu świeże  tchnienie. Była też nowym wyzwaniem dla ówczesnych bogaczy.  Jak grzyby po deszczy pojawiały się  tu wspaniale pałace, kościoły i klasztory. Teraz też jest dla miasta ważna, ale bez wątpienia czasy świetności już dawno ma za sobą, podobnie zresztą jak Palazzo Mazzarino, który przed chwilą minęliśmy, albo zamknięta na dziesięć spustów Chiesa della Madonna della Mazza. Jest trochę szaro i buro, ale  Via Maqueda i tak ma swój urok - jest w niej coś nieodgadnionego.
 
Teatro Massimo
Teatro Massimo




Gdy minęliśmy wąziutką uliczkę Via Trabia, zobaczyłem w oddali zielone korony drzew na skraju placu Verdiego. Wiedziałem, że gdzieś tu niedaleko powinien być Teatro Massimo - miejsce które nęciło nas  i korciło już od dawna. Przeszliśmy więc spokojnie obok plotkujących na środku ulicy policjantek i zatrzymaliśmy się nieco dalej, na chodniku - na wprost - wejścia głównego do teatru. Spojrzałem na Elę i wiedziałem, że jest szczęśliwa. Zawsze chciała tu być. Na wprost przed nami pięły się stromo ku górze kamienne chody.
- Popatrz, to jedna z najpiękniejszych i największych scen  operowych w Europie - powiedziałem, w
  końcu,  tak jakby od niechcenia. - ale chyba nie jest to dzisiaj dla ciebie najważniejsze, co? -
  ciągnąłem dalej, zachęcając ją do   rozmowy.
- No pewnie, że nie, dla ciebie chyba też i  nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi, bo i tobie i mnie
  chodzi chyba o  to samo, czyli o tę słynną scenę z "Ojca chrzestnego" Co? Prawda, czy nie? -
  zapytała z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
- No tak prawda,  najprawdziwsza prawda, o to właśnie chodzi - przytaknąłem, bo to było sedno
  sprawy. -  Masz rację - dodałem po chwili.
- Wiesz co? Nie cierpię gangsterskich filmów, ale ten był dobry, a ta scena na tych schodach  była
  rewelacyjna, chyba mi się wtedy nawet jakaś łza uroniła - powiedziała jakby z rozrzewnieniem.
 
Na szczycie schodów

















Powoli weszliśmy na samą górę, mijając po drodze dwa wielkie lwy z pannami, aż pomiędzy monumentalne kolumny i ukwiecone gazony i stanęliśmy  w miejscu gdzie Francis Ford Coppola nakręcił tę słynną scenę zamachu z trzeciej części "Ojca chrzestnego", no i gdzie doskonałą kreację stworzył  słynny Al Pacino. To właśnie o to chodziło Eli, właśnie z tego powodu chciała tu być. Fajnie jak człowiekowi  spełniają się takie  marzenia. Widziałem, że jest szczęśliwa. A tak poza tym: ładny stąd widok na plac Verdiego i pobliskie kamienice.
Główne wejście do teatru.






Teatro Massimo to jeden z najwspanialszych budynków jaki zaprojektowano i zbudowano w dziewiętnastowiecznych Włoszech. W jego historię wpisało się wiele sukcesów, ale także i bolesnych doświadczeń. Zawsze jednak wszystko kończyło się tu happy endem. Tak jak chociażby zupełnie niedawno, trwający - w atmosferze korupcyjnych skandali - ponad dwadzieścia lat, gruntowny remont tego budynku. Nie zniszczyła teatru wojna, nie zniszczyli go złodzieje, więc coś wyjątkowego w nim musi być. Chyba nie bez przyczyny przyjechał tu kiedyś Frank Coppola z całą filmową ekipą. Teatr ma charakter i jest piękny. Miesza się w tym jednym miejscu wiele różnych stylów, tworząc harmonijnie doskonały obraz całości. Czułem, że jestem w miejscu niezwykłym, dlatego jakby z zachłanności zrobiłem na koniec jeszcze kilka zdjęć. Ela podała mi rękę i zaczęliśmy powoli schodzić wielkimi schodami w dół, w stronę Via Maqueda.
 





Minęliśmy plotkujące ciągle w tym samy miejscy cztery, policjantki i skręciliśmy w prawo. Ulica ponownie prowadziła nas na stronę Quattro Canti. To był ostatni etap dzisiejszego spaceru po Palermo, a naszym ostatecznym celem był oddalony o jakieś półtora kilometra stąd dworzec kolejowy. Po drodze mieliśmy zaplanowanie - jednak - kilka przystanków.
 
Ponownie Via Maqueda





Do Via Vittorio Emanuele doszliśmy  w niespełna kwadrans. Czasu mieliśmy sporo, więc nic nas nie goniło.  Dopiero teraz zauważyłem, że Via Maqueda zamknięta jest od południowowschodniej strony wysokimi górami. To urzekający widok. Coraz bardziej zaczynam oswajać się z tym otoczeniem. Było wczesne popołudnie, ulice pustoszały, a my jak gdyby nigdy nic, łazimy sobie po tym dziwnym i ciągle dla nas nieodgadnionym  mieście.  Po drodze mijamy bogate sklepy i żałosne stragany gdzie można kupić za jedno euro pamiątkowe badziewie, piękne witryny sklepowe i odrapane ściany zapyziałych kamienic. Miasto pełne kontrastów, ale i tak  ma swój urok i jakiś dziwny, niepowtarzalny klimat. 
Ulice Palermo





Przy Quattro Canti przeszliśmy na drugą stronę ulicy i od razu skręciliśmy w lewo, a po chwili, tuż za dziwnym sklepem o nazwie La Corte Uomo, ostro  w prawo  - wprost na kamienne schody. Tak znaleźliśmy się pomiędzy dwiema kamienicami, w strefie przyjemnego  cienia, z widokiem na wielką fontannę.
 
Fontanna nagich postaci




To Piazza Pretoria - centrum historycznej części Palermo - na granicy dzielnicy Kalsa, zupełnie blisko rogu Cassaro i Via Maqueda, a także kilka kroków od Quattro Canti. Największą atrakcją tego miejsca jest piękna, plenerowa fontanna z nagimi postaciami: ludzi, nimf, syren i satyrów. Stworzona w połowie szesnastego wieku dla  Florencji trafiła właśnie tu - do Palermo.





Zrobiło się gorąco. Słońca - teraz - jest tak dużo, że nawet nie ma gdzie się skryć. Stąd też zapewne dlatego, nie ma na placu zbyt wielu osób. Fontanna w całości jest dostępna. Można wejść i zwiedzać ją bez ograniczeń i swobodnie  spacerować wśród kamiennych, nagich figur. Całość chyba była nie tak dawno odnawiana, bo rzeźby wyglądają tak jakby dopiero co wyszły spod dłuta. To cudowne dzieło sztuki i gdyby nie coraz większy ukrop, można byłoby jeszcze  posiedzieć wśród tych kamiennych, mitologiczno-alegorycznych postaci, ale Ela i tak jest zachwycona. 
Chiesa di San Cataldo

Warto jednak zwrócić uwagę, że Piazza Pretoria to jednak nie tylko fontanna, ale także ciekawa zabudowa  wokół niej: Palazzo Bonocore, Palazzo Bordonaro i Palazzo Pretoria, a także  Chiesa  di Santa Caterina. Jeszcze tylko kilka ostatnich fotek i czas ruszać w drogę - pomyślałem, chroniąc się w cieniu bramy wejściowej do budynku ratusza. Ela, jakby czytając w moich myślach, pokazała mi (stojąc obok nagiego Adonisa) palcem kierunek naszej ewakuacji. Po chwili spotkaliśmy się na schodach przy sąsiedniej ulicy i ruszyliśmy w stronę Piazza Bellini. Tu, na tym niewielkim placyku można doliczyć się aż trzech kościołów - z czego dwa są niezwykle oryginalne. Pierwszy to San Cataldo przypominający bardziej część arabskiej medyny niż katolicką świątynię, a drugi to La chiesa di Santa Maria dell"Ammiraglio znany bardziej jako La Martorana - z barokową fasadą, romańską dzwonnica i bizantyjską kopułą. Aż mi się głowie zakręciło od tych kościołów - to chyba jakiś rekord Guinessa w ilości miejsc kultu religijnego na metr kwadratowy. 
Palazzo Comitini


Ciągle trzymamy kierunek w  stronę dworca kolejowego. To nasz ostatni etap wędrówki po Palermo. No i dobrze, że chociaż nie ma tłoku - zrobił się z tego  więc przyjemny spacer. Przyjemny to jednak chyba pojęcie względne. Wszystko zmieniło się przy Via Calderai, bocznej uliczce, która odchodzi w lewo, w stronę Via Roma. Zobaczyłem slams.  Istna sodoma i gomora. Przerażająca enklawa. Szarobure odrapane ściany, domy nie remontowane chyba od czasów drugiej wojny światowej, no i smutni, przygaszeni ludzie z twarzami bez wyrazu i bez jakiejkolwiek iskierki w oczach. A do tego porozwieszane na balkonach stare, okropne  szmaty. I to wszystko w centrum miasta. Zrobiło mi się smutno i w jednej chwili poczułem się nieswojo. Stałem osłupiały i nie mogłem wydusić z siebie słowa.  Pustka w głowie. Ela też nic nie mówiła, stała tak tylko i patrzyła, a potem niespodziewanie szarpnęła mnie za koszulę jakby chciała abyśmy stąd jak najszybciej odeszli.
Via Calderai - boczna od Via Maqueda





Nie mogłem oderwać oczu od tego kawałka miejskiej dżungli. Ela ciągnęła mnie za koszulę, a ja jeszcze się oglądałem. Chyba rosła we mnie  coraz bardziej ciekawość i pożądanie inności. Zrobić krok albo dwa, a potem następne w tamtą stronę, chociażby tylko po to by zobaczyć jak faktycznie liche może być życie. To mnie zaczęło kręcić, ale nie mogłem dalej o tym myśleć. Bałem się, że Ela zacznie się bać, a tego nie chciałem. Gdyby było nas dwóch, to tak, ale jest nas tylko dwoje, więc - nie. Palermo jakie ono jest? Ciągle jeszcze nie wiem i obawiam się, że dzisiaj chyba tego się nie dowiem. Idziemy dalej.
 
Palazzo Sant'Elia





Najpierw minęliśmy archiwum historyczne,  w starym klasztorze San Nicolo da Tolentino, a potem kościół św. Urszuli. Chwilę później dotarliśmy do  Palazzo Comitini. Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej.  Kolejny przystanek wypadł przy bramie wejściowej do Palazzo Sant'Elia - dawnej siedziby markiza Santa Croce. To ładne i ciekawe miejsce - jest na co popatrzeć. Miasto jakby znowu się do nas uśmiechało, ale chyba tylko na chwilę, bo zaraz - nieco dalej - gdy doszliśmy do Vicolo Gaffi znowu przeszły mnie ciarki, znowu obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem wtedy przed siebie, tam gdzie kończy się Via Maqueda i  zobaczyłem, duży ruch samochodów na następnej przecznicy. To chyba Corso Tukory, już niedaleko placu Juliusza Cezara - pomyślałem, spoglądając na mapę z przewodnika. Zbliżaliśmy się do miejsca, z którego rano wyruszyliśmy do Monreale. Koło nam się pomału zamyka.
Dworzec kolejowy w Palermo






Skręciliśmy w lewo i wśród straganów pełnych ciuchów, torebek, butów i  kapeluszy doszliśmy do skweru przy Via Roma.  I wtedy po prawej stronie zobaczyłem znowu dworzec kolejowy (Stazione di Palermo Centrale). Byliśmy więc na miejscu - kamień spadł mi  z serca. Przeszliśmy jeszcze tylko wśród białych i różowych oleandrów, obok pomnika Vittorio Emanuele na drugą stronę placu i weszliśmy do dworcowego holu. Kasjerka z najbliższego okienka uśmiechnęła  się  sympatycznie, tak jakby czekała właśnie na nas. Jeszcze nie zdążyłem wygęgać się po włosku o co mi chodzi, a ona  już sprzedała nam dwa bilety do Cefalu i do tego podpowiedziała, że pociąg czeka na peronie czwartym. To miłe, byłem zachwycony. Przed wejściem do wagonu jeszcze tylko skasowaliśmy bilety i wyruszyliśmy w naszą ostatnia podróż dzisiejszego dnia. Wagon powoli wysunął się z cienia peronowego dachu i słońce wlało się we wszystkie jego zakamarki. Zmrużyłem bezwiednie oczy i przez chwilę przysłuchiwałem się jak pociąg nabiera tępa i rozpędza się coraz bardziej i bardziej. Mknęliśmy między błękitnym morzem, a wysokimi górami w stronę drugiego krańca wyspy, tam gdzie leży Mesyna.

Koniec.