poniedziałek, 10 marca 2014

Chorwacja - po raz pierwszy. Kastel - Split - wodospady na rzece Krka - Trogir - Dubrovnik - Plitwickie Jeziora


Cel: Kastel Stary - Chorwacja (Środkowa Dalmacja)
Trasa do: Opole - Bruntal - Ołomuniec - Brno - Mikulov (Czechy) - Poysdorf - Wiedeń - Graz - Mureck (Austria) - Lenart - Ptuj (Słowenia) - Zagrzeb (przystanek/zwiedzanie) - Karlovac - Kastel Stary - 1103 kilometry.

Na miejscu: Kastele - Przełęcz Malaczka - Split - Trogir - wodospady na rzece Krka - rejs na wyspę Drvenik Veli - wyjazd do Dubrownika - wyspa Ciovo.

Trasa z powrotem: Kastel Stary - Plitwickie Jeziora (pobyt dwudniowy - m. Jezerce) - Karlovac (Chorwacja) - Ptuj - Lenart (Słowenia) - Mureck - Graz (przystanek/zwiedzanie) - Wiedeń (Austria) - Mikulov - Brno (Czechy) - Opole - 1088 kilometrów.
...................................................................................................................................................................
Ta historia bierze swój początek od pewnego spotkania towarzyskiego, sprzed kilku lat. Między śledzikiem, a śledzikiem, ktoś od niechcenia rzucił - wiecie, słyszałem, że Chorwacja to piękny kraj. No, no podobno piękny - dodał ktoś inny. A ja wam powiem, że spotkałem kilka dni temu znajomego, który często spędza wakacje, właśnie w Chorwacji - wtrąciłem się do rozmowy. No tak, ale nawet gdyby coś, to jak tam dojechać? Przecież to kawał drogi. To był właśnie początek naszej rozmowy o Chorwacji, rozmowy która trwa do dzisiaj. Pół roku później - w tym samym składzie - byliśmy już w drodze z Opola do Kastelu w Dalmacji. Mieliśmy świetnie rozpracowaną trasę i plany na te wakacje. Od tego czasu, Chorwacja to jest nasz stały kierunek
Autostrada A1 - wakacyjna droga.
27 czerwca 2009 roku - w gronie starych przyjaciół - wybraliśmy się po raz pierwszy do Chorwacji. Mieliśmy do pokonania tysiąc sto kilometrów, a w Kastelu Starym czekał na nas Nikola Brasić, właściciel niewielkiego domu z ogrodem. Trasę wytyczyłem osobiście uznając, że najlepiej jechać z Opola na: Głubczyce, Ołomuniec, Brno i Mikulov w Czechach, Poysdorf, Wiedeń, Graz oraz Mureck w Austrii, Lenart i Ptuj w Słowenii, a następnie Zagrzeb i Karlovac w Chorwacji. Nieco dłuższy przystanek zaplanowałem w Zagrzebiu.  To był dobry plan. W nagrodę Andrzej poklepał mnie po plecach i uścisnął dłoń. Potem usiadł za kierownicą swojej nowiuteńkiej Skody i ruszyliśmy. Do Wiednia szło nam jak z płatka, a potem było już tylko gorzej. Przed  Grazem, na odcinku remontowanej autostrady,  złapał nas uporczywy i rzęsisty  jak cholera deszcz. Co tam deszcz, to była ulewa jakiej do tej pory w życiu nie doświadczyłem. Z wrażenie, aż mi dech zapierało. Widziałem jak Andrzej  przełamuje się, żeby pokonać każdy kolejny kilometr, a sytuacja stawała się coraz trudniejsza, tym bardziej, że nigdzie nie można było zjechać.  To była najmroczniejsza chwila tej podróżny. Koniec ulewy był tak samo gwałtowny jak i jej początek. Szybko przyszła i szybko odeszła - tak jakby nożem uciął. Co za ulga. Potem było już tylko lepiej. Z autostrady w Chorwacji, zjechaliśmy w dobrze oznakowanym miejscu kierując się na Trogir i Kastele. Po kilku kilometrach, z  wzniesienia  ukazał nam się - w dole - widok błękitnego morza. Co to był za widok, co to był za widok - aż nas z wrażenia zatkało.  Otworzyła się przed nami cudowna panorama. Andrzej wolno zjechał na pobocze, wysiadł z auta,  podparł się jak chłop pod  boki i przez chwilę tylko kiwał głową. Potem odwrócił się w naszą stronę i  wydusił wreszcie z siebie - to jest naprawdę piękny kraj, dobrze, że tu przyjechaliśmy. Tak mój przyjaciel witał się z  Chorwacją.
Kastel Stary.
Nikola czekał na nas w ogrodzie, był miły i sprawiał wrażenie człowieka pogodnego. Po chwili dołączyła do nas jego żona i mogliśmy ruszać na oglądanie pokoi. Wprawdzie czułem zmęczenie, ale ciekawość brała górę i gdy tylko bagaże wylądowały w domu, zaproponowałem spacer nad morze. Bez trudu ulicą Ivana Danila, obok kościoła doszliśmy nad sam brzeg. Byliśmy nad zatoką Kasztelańską, pomiędzy Trogirem, a Splitem u stóp  górskiego pasma Kozjak. Morze i góry, góry i morze tak tu już jest i to jest właśnie urok tego miejsca.  Tu na przestrzeni prawie siedemnastu kilometrów, na fundamencie siedmiu antycznych osiedli i zamków powstały sąsiadujące z sobą  Kastele. Kaštel Stari - gdzie teraz byliśmy - jest najstarszym z pośród nich wszystkich. Po lewej od nas, czyli od strony Trogiru jest Kaštel Novi, a po prawej od Splitu Kaštel  Lukśić. Spacer miał nas zrelaksować, ale dla mnie był czymś więcej: chciałem zorientować się gdzie są  fajne knajpki i zaciszne plaże.  Znalazłem i jedno i drugie.  Plaże Kaštelskiej riwiery ciągną się przez ponad sześć kilometrów, jest tu wiele zatok i świetnych miejsc do wypoczynku. Ale to nie wszystko, jest tu jeszcze coś. Są sady i winnice. Dość szybko zorientowaliśmy się, że wielu tutejszych mieszkańców zajmuje się produkcją win. Po wstępnej degustacji, a było to już następnego dnia po przyjeździe, naszym stałym dostawcą mianowaliśmy niejakiego Marco z sąsiedniej ulicy. Trzeba przyznać, że do samego końca, należycie wywiązywał się ze swoich obowiązków.
Ulubione miejsce na wieczorne spacery. 
Kolejnego dnia  - zaraz po śniadaniu, wyruszyliśmy  w góry. To był odważny i trochę zuchwały plan, ale pchała nas ciekawość. Podczas wieczornego spotkania na balkonie, z którego widać było światełka pod samym niebem na skalnym trawersie, bez trudu zaraziłem wszystkich wizją oglądania  zatoki  z górskich szczytów. Byli zachwyceni i nikt, ani przez chwilę nie biadolił. Kanapki własnej roboty, picie, kapelusze, przeciwsłoneczne okulary, no i dobre buty dawały nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Nadzieję, ale nie gwarancję, bo góry to góry, a one gwarancji nigdy nie dają. Rozum i rozsądek to najlepsza broń. Wiedziałem o tym od samego początku i dlatego w  żadne niebezpieczne rejony nie zamierzałem się pchać.  Wiedziałem, dokładnie gdzie jest nasz cel i jaką drogą tam podejść. Wiedziałem też, że gdyby cokolwiek  było nie tak, to nie podejmę żadnego ryzyka. Najwyżej cofniemy się i tyle. Z takim nastawieniem wyszliśmy z domu. Zagorski put wyprowadził nas z Kastelu na czerwony szlak, w kierunku na przełęcz Malaczka. Można dojechać tam samochodem, ale nas interesowała tylko górska wędrówka.  Gdy ostatnie domy zostały za plecami byliśmy już  tylko my. Nikt więcej - tylko my. Wędrowanie po   łagodnym stoku od południowej strony nie jest trudne, ale wymagało  racjonalnego rozkładania sił.  Na odkrytych odcinkach robiło się gorąco, a słońce stawało  się coraz bardziej dokuczliwe, jednak nie na tyle aby odbierać  nam ochotę do marszu. Na szczęście w gajach oliwnych było dużo cienia. Z tego narodziła się swoista taktyka pokonywania terenu. Szliśmy od oazy do oazy, czyli od gaju do gaju  i tam robiliśmy krótkie przerwy.  Ważne, że trasa jest dość dobrze oznakowana, więc nie błądziliśmy. Przy ostatnim podejściu byliśmy zmęczeni, ale nie wyczerpani. To był odcinek zupełnie odkryty i mogliśmy tam przejść dopiero po pokonaniu starego pogorzeliska. Sterczące spalone na węgiel kikuty drzew, obumarłe krzewy i zeschnięte na wiór skóry węży nie nastrajały optymistycznie, były tylko świadectwem, że nawet tutaj z górami nie ma żartów. Przez teren spalony przeszliśmy w milczeniu, ale za to chyba z przeświadczeniem, że za chwilę będziemy na szczycie, a to dodawało sił. Po dwóch godzinach od wyjścia z domu zdobyliśmy wreszcie Malaczkę.  500 m n.p.m. , pod stopami zielone oliwne gaje, plantacje winorośli, czerwone dachy Kasteli i błękitna zatoka - to nasza nagroda.  Byliśmy zmęczeni, ale warto było.
Góry Kozjak
Po dniu spędzonym w górach, potrzebna nam była  odmiana. A, że tak samo blisko jest do Splitu jak i do Trogiru to plan napisał nam się sam. Trzeba było tylko wybrać - gdzie najpierw, a co odłożyć na potem. To dwa niezwykłe i wyjątkowe miasta z  bogatą historią, wypisaną na murach ich świątyń, pałaców, domów, ulic i  placów. Sporu na kolacji jakoś nie było.  Zanim ściemniło się zupełnie wybór padł na Split, a ja podekscytowany od razu chwyciłem za plan miasta w poszukiwaniu jakiegoś parkingu blisko nabrzeża w tym mieście. Taki odruch. Po chwili wiedziałem już wszystko. Jeszcze tylko łyk wina od Marco i trzeba iść spać. Rano jedziemy do Splitu.
Split.
Najważniejsze to w odpowiednim miejscu zjechać z obwodnicy w stronę centrum. Split to dość duża aglomeracja,  największe miasto dalmatyńskiego wybrzeża, trzeba więc się pilnować i nie dać zrobić w konia.   Jednego byłem pewien - jak wjadę w Poljicką cestę, to jestem w domu. To długa prosta ulica, która prowadzi dokładnie do śródmieścia. I tak też się stało. Na Zrinsko Frankopanskiej znaleźliśmy fajny parking, a to znaczyło, że jesteśmy u celu. Mogliśmy teraz na luzie ruszyć w miasto. Od tej pory Split  był już nasz. Ciągnęło mnie tu od zawsze i dlatego szedłem jak na skrzydłach i to ze świadomością, że nie jest to byle jakie miasto ( jakieś tam fiu bździu), ale że ma piękną historię i wiele konkretnych dowodów na jej potwierdzenie. Warto więc poświęcić trochę czasu, żeby się o tym  przekonać - to pewne. Historia starej części miasta, połączona z elegancją nadmorskiej promenady to wizytówka Splitu.  I to wizytówka  z najwyższej półki. Tak samo jak  osoba rzymskiego cesarza Dioklecjana - historycznej postaci związanej z tym miejscem. To właśnie to miasto i ten człowiek byli sobie pisani i na siebie skazani.  Wyszedł stąd, bo tu się urodził -  w wieki świat. Zrobił błyskotliwa karierę wojskową, stanął na czele rzymskiego imperium i  na starość powrócił właśnie tutaj.  To niebywała historia, ale tak właśnie było. Wybudował nad brzegiem morza, imponujących rozmiarów pałac i tu czekał swoich ostatnich dni. Ta niezwykła budowla  przetrwała ponad tysiąc siedemset lat i jest dzisiaj nie tylko śladem minionej epoki, ale także niezwykłą atrakcją turystyczną.  Kto był w Splicie, a nie był w pałacu Dioklecjana  to frajer. Lepiej niech się nie przyznaje, że chodził ulicami tego miasta. Zanim jednak dotarliśmy na nadmorską promenadę,  daliśmy się wciągnąć na targ rybny u zbiegu Marmontovej i Neretvanskiej. Rewelacja. I to z kilku powodów. Po pierwsze -  niepowtarzalny zgiełk tego miejsca, (przekrzykujące się i zachwalające towar handlarki).  Po drugie  - duża oferta świeżych  ryb i owoców morza (widziałem wyładunek z kutrów). No i po trzecie - spadające ceny (im bliżej południa tym taniej). Andrzej był zachwycony, bo to rybiarz i wędkarz w jednej osobie, a do tego mistrz przyrządzania tego typu potraw. Ryby i krewetki ze Splitu i do tego wino od Marco z Kastelu -  to była propozycja na najbliższe dni. Andrzej ogłosił się królem naszej kuchni.
Trogir. 
Do Trogiru mamy jeszcze bliżej niż do Splitu. Miasteczko leży między lądem, a wyspą Ćiovo. Spojrzałem na mapę i humor od razu mi się poprawił. Żadnych problemów z dojazdem, ani tym bardziej kombinacji z parkowaniem. To małe,  śliczne miasteczko na niewielkiej wyspie, z portem i ładnym szerokim bulwarem wysadzanym dorodnymi palmami, pełne zabytków, restauracji, barów i hoteli. Do centrum można dostać się  po kamiennym moście od strony miejscowego bazaru. Natomiast z wyspą Ćiovo spina je most podnoszony i dalej droga w stronę kempingów i malowniczych plaż - miejsce godne uwagi dla kamperowców, ale nie tylko. Ranek znowu był piękny, zapowiadała się doskonała pogoda na cały dzień, a my wjeżdżaliśmy do Trogiru  od strony ulicy kneza Tripimira. Kwadrans później, kamiennym mostem podeszliśmy  pod bramę starego miasta i nagle zorientowałem się, że kogoś brakuje. Nie było Eli - gdzieś się chyba zawieruszyła. Mariola szła za mną i też niczego nie zauważyła. Tylko Andrzej mógł coś wiedzieć, więc z nadzieją spojrzałem na niego.
- Chyba została na bazarze, nie jestem tego pewien, ale chyba tak - bąknął jakby od niechcenia.
- Kurde, źle się zaczęło, źle się zaczęło - pomyślałem.
- Jak będziemy tak łazić,  to się w końcu pogubimy - powiedziałem niby do siebie, nieco poirytowany.
- Sorry, ale czekamy - oznajmiłem stanowczo. Rozejrzałem się po raz kolejny dookoła i mój wzrok wreszcie wyłowił jej postać, z pośród kilku osób na drugim krańcu mostu. Kamień spadł mi z serca.
- Przynajmniej wiemy, kto dzisiaj stawia kawę - odezwała  się radośnie Mariola.  Byliśmy wreszcie w komplecie, a Ela z miną niewiniątka zaczęła nas nagle i niespodziewanie poganiać.
- No ruszamy, ruszamy się,  nie stać tak - terkotała, jakby chciał żebyśmy zapomnieli jak najszybciej  o jej występku, chociaż wiedziała chyba, że i tak  nie  zapomnimy i kiedyś będzie musiała za to odpokutować.
Wreszcie mogliśmy zacząć nasz spacer po mieście. W labiryncie wąskich uliczek i ukwieconych, obwieszonych praniem małych podwórek, doszliśmy do placu Jana Pawła II, w pobliże ratusza, katedry św. Wawrzyńca i pięknego pałacu Cipiko.  Mimo ostrego słońca, sporo tu przyjemnego cienia  z odrobiną chłodu od kamiennych murów i fajnych miejsc  do odpoczynku. Dobrze chodzi się po Trogirze, to cudowne miasto. Jakby na deser spotkaliśmy też kilku  miłych rodaków i serdecznych mieszkańców ukrytych zaułków.  Za to na nadmorskim bulwarze, jest dużo przestrzeni i światła, ale także weneckich domów, renesansowych pałaców i średniowiecznych fortyfikacji.  Jak magnes przyciąga każdego przybysza twierdza Kamarlengo - piętnastowieczny bastion, z którego można zobaczyć miasto i port, na tle pobliskich gór. Nie byliśmy ani oryginalni, ani odosobnieni - też tam poleźliśmy.  Z góry wypatrzyłem małą knajpkę a nawet stolik  przy promenadzie, gdzie Ela będzie mogła zrehabilitować się za poranną nerwówkę.  I tak też było.
Na schodkach w Trogirze. 
Trogir nie jest duży i to jest jego zaleta, ale jest plątaniną wąziutkich uliczek, w których czasami można stracić orientację. O zgubieniu się  oczywiście nie ma mowy, ale o chwilowym zagubieniu - być może już tak. Sam, momentami zastanawiałem się - gdzie jesteśmy?  Wypatrzony przeze mnie stolik ciągle był jeszcze wolny. Pokazałem go Eli  z daleka, a ona z uśmiechem - jak gdyby nigdy nic - zaprosiła wszystkich  na kawę i lody. Pół godziny później, bez zmrużenia oka zapłaciła rachunek i ruszyliśmy w drogę powrotną  do Kastelu. Andrzej spokojnie prowadził auto, a ja natrętnie myślałem o powrocie do Trogiru - z tym tylko, że nocą. Wtedy wszystko widać inaczej. Uwielbiam iluminacje w zabytkowych miastach.  Już wiedziałem oczyma wyobraźni oświetlone łodzie na nabrzeżu, pełne ludzi rozgadane  knajpki pod palmami i omiecione  światłem  mury bastionu Kamarlengo oraz weneckich kamienic. Wiedziałem, że to jest doskonały pomysł, ale na razie zatrzymałem go tylko dla siebie.
Skradin - początek trasy na rzece Krka.
Całe popołudnie, po powrocie z Trogiru spędziłem na plaży. Dużo pływam. To nadrabianie straconego czasu i zaniedbań z całego ostatniego roku. A tak w ogóle, pływanie w Adriatyku sprawia mi wielką przyjemność. Andrzejowi chyba też - tak mi się przynajmniej wydaje. Godzinę później przyszła Ela. Rozłożyła swoje toboły i zaczęła wciągać mnie w rozmowę na temat naszych dalszych planów. Czyli: co, gdzie, kiedy  i jak?
- Zrobimy to dzisiaj wieczorem, na balkonie, zgoda? - zaproponowałem. Masz rację, musimy to jeszcze raz obgadać - chciałem już zamknąć ten temat, bo słońce stawało się coraz bardziej dokuczliwe.  Wstałem i  ruszyłem do wody.
- Chodź popływamy  - zachęcałem ją, ale ona miała chyba  inne plany. Odwróciła się  do mnie plecami i kontakt nam się urwał.  Przez dobrą chwilę  płynąłem kraulem od brzegu, a potem zrobiłam nawrót. Często tak robię. Teraz miałem przed sobą wysokie góry spadające prosto do morza - cudowny widok.  Powoli płynąłem do plaży. Wieczorna rozmowa na balkonie ujawniła, że staliśmy się wszyscy, bez wyjątku zachłanni.  Będąc pod urokiem tego, co do tej pory widzieliśmy, zaczęliśmy kombinować, co i jak tu zrobić, aby zobaczyć jak najwięcej. Tak, jak byśmy się bali, że coś bezpowrotnie stracimy, że coś może nas ominąć i  jak byśmy mieli już nigdy tu nie wrócić. Niebo było pełne gwiazd, od Malaczki świeciły lampiony, a od lotniska po Trogirem co jakiś czas odrywał się samolot. Tak zastała nas druga w nocy i tak powstał plan na najbliższe dni. Pewne było, że: pojedziemy na wodospady na rzece Krka, wybierzemy się do Dubrownika, popłyniemy na jakąś wyspę, a  na koniec - już w drodze powrotnej - zatrzymamy się  na Plitwickich Jeziorach. Trochę dużo jak na jeden wakacyjny wyjazd, no ale cóż, raz kozie śmierć.
Rzeka Krka.
Dwa dni później wczesnym rankiem, zaraz po śniadaniu, siedzieliśmy już w samochodzie. Ela sprawdziła, czy czegoś nie zapomnieliśmy, a ja przejrzałem jeszcze raz mapy. Andrzej ostrożnie wyjechał z ciasnego podwórka na ulicę i tak zaczęła się nasza podróż do  Skradina nad rzeką Krka. Jechaliśmy z Kastelu przez Trogir w kierunku na Primosten, i dalej na Szybenik - około 85 kilometrów. Po niecałych dwóch godzinach, krętą spadającą w dół drogą, przez pomalowany na niebiesko  most  dotarliśmy  na miejsce. Tu w uroczej zatoce, przesiedliśmy się na niewielki statek o nazwie Majka Danica. Kwadrans później byliśmy już na rzece. Jej leniwy nurt tworzył doskonały  i niezwykle przyjazny klimat podróży. Wszystko działo się wolno, a czasami jeszcze wolniej. Bez pospiechu. Płynęliśmy w ciszy, przy pięknej pogodzie, malowniczą szeroką rozłożoną rzeką, w otoczeniu zielonych, łagodnych wzgórz. To był rejs w stronę  wodospadów, do miejsca gdzie  grzmot spadającej z wysoka  wody zmiecie  za pół godziny wszechobecną teraz ciszę i pokaże inną twarz natury. Ekscytujące.
Wodospady na rzece Krka.
Tak znaleźliśmy się na terenie Parku Narodowego Krka. W Chorwacji jest osiem takich obszarów: Kornati, Mljet, Paklenica, Risnjak, Sjeverni Velebit, Brijuni, Jeziora Plitwickie no i ten, na którym teraz jesteśmy. Największą atrakcją są tu  wodospady. Wyryte w wapiennych skałach wąwozy wraz z wielkimi kaskadami malują niezapomniane obrazy i tworzą bajkową scenerie. Oznakowane ścieżki i szlaki z tablicami informacjami dają sporo wiedzy o tutejszej florze,  faunie, a także i o historii tego osobliwego  miejsca. Już na samym początku tej drogi pojawia Skradinski buk:  to fenomen natury złożony z 17 kaskad o łącznej wysokości ponad 45 metrów ze  spadem na odcinku ćwierci kilometra u  podstawy  którego znajduje się naturalne i wyjątkowe kąpielisko. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze: Bilusica buk (22,4 m), Brljan (15.5 m), Manojlovackie wodospady (ciąg wodospadów o wysokości 59.6 m z główną kaskadą o wysokości 32 m), Rosnajk (8,4 m), Miljacki wodospad (23,8 m), a także Roski wodospad (25,5 m).  Tu zewsząd słuchać grzmot spadającej z wysoka wody. Cisza jest pod Skradinem, a tu przyroda pokazuje swoje zupełnie inne oblicze. Tajemnica tego miejsca tkwi w kamieniu wapiennym i jego właściwościach.  Właśnie tutaj dzięki niemu wodospady podlegają procesowi ciągłych zmian. One sukcesywnie  rosną wraz ze wzrostem właśnie osadów wapienia. To fenomen jakich mało.  Spacer zajął nam nieco ponad dwie godziny i prosto z marszu weszliśmy na pokład statku, który chwilę później kołysał się już na środku rzeki.  W zatoce  zerknąłem jeszcze, na wielki betonowy most pod Szybenikiem (Bridge Over Krka) i szykowałem się powoli do zejścia ze statku. Ela trzymała mnie za rękę i tak zbliżaliśmy się  do trapu. I wtedy spadły pierwsze krople deszczu. Pociągnęła mnie do siebie  i w kilka sekund znaleźliśmy się po drugiej stronie ulicy, pod wielkim knajpianym parasolem.  Chmury nad zatoką ciemniały coraz bardziej, a delikatny wiatr powoli zaczął się wzmagać. Z granatowego nieba lały się już   strugi wody. A my nie mogliśmy nic zrobić, byliśmy więźniami wielkiego czerwonego parasola. Chociaż dobrze, że nie leje nam się na głowę - przemknęło mi przez myśl. Ela nic się nie odzywała. Spojrzała na mnie  tylko, jakby chciała o coś zapytać, ale nie zapytała. Była cierpliwa tak jak tego oczekiwałem. Po kwadransie wiatr wyraźnie zelżał, a chmury powoli zaczęły odpływać. Wszystko wracało do normy.  Mariolę i Andrzeja znaleźliśmy po kilku minutach na parkingu, w samochodzie. Andrzej bębnił nerwowo palcami po kierownicy, a gdy tylko zapieliśmy pasy ruszył  natychmiast w stronę niebieskiego mostu. Zza gór znowu wyszło słońce.
Rejs na Otok Drvenik Veli. 
Jutro ruszamy w morze, kierunek na wyspę Drvenik Veli - to jest  na południowy- zachód od Trogiru. Pomysł jest dobry, a wszystko załatwiła Mariola. Chcieliśmy jeden cały dzień spędzić  na zupełnym odludziu. Już nie mogłem doczekać się rana i pewnie dlatego otworzyłem oczy zanim zadzwonił budzik. Uchyliłem zasłonę, umyłem zęby i dziesięć minut później stałem już w kolejce do kasy w pobliskim sklepie,  ze świeżymi bułkami w koszyku. Lubię zapach świeżego pieczywa na dobry początek dnia.  Miałem sporo czasu, a mimo to -  wszystko robiłem  w pośpiechu. Za kwadrans ósma, byliśmy już  na nabrzeżu pod murami fortu Kamarlengo. Tu miała przypłynąć po nas niewielka łódź z szyprem.  Delikatne promienie słońca jeszcze niczego nie rozgrzały, a od morza zawiewał przyjemny delikatny wiaterek. Zapowiadał się więc ładny dzień. Czekaliśmy. Trogir pomału budził się do życia. Pół godziny później, zrobiło się jednak  nerwowo. Kwadrans studencki minął, a łodzi nie było. Nerwowe spojrzenia budziły niepokój i zapowiadały  problemy. Łudziłem się ciągle, że będzie dobrze. Był jednak we mnie pewien naturalny optymizm. Nikt do nas jednak ani  nie machał, ani - tym bardziej -  nie nawoływał. Nic z tych rzeczy. Po prostu -  klops i tyle. W poszukiwaniu nadziei przeszliśmy jeszcze - przez zwodzony most - na drugą stronę  portu. I tu też nic. Widziałem, że Mariola się denerwuje. Atmosfera stawała się coraz bardziej nieznośna, a ja wolałam w tej sytuacji milczeć. Nie chciałem dolewać oliwy do ognia. I wtedy od strony Kamarlengo pojawiła niewielka, biała łódź z młodym, chłopakiem przy sterze. To był on, wiedziałem, że to jest on.  Tak na wyczucie, ale - gdy tylko się uśmiechnął - byłem już tego pewien. Podpłynął spokojnie, rzucił cumę i wyciągnął rękę w stronę Marioli. Jego rozpromieniona twarz zapowiadała mimo wszystko udaną podróż. Zrozumiałem też od razu, że nie zamierza rozmawiać z nami na temat jakiegokolwiek  spóźnienia. Zdaje się, że dla niego takiego problemu nie było.  I niech tak będzie. To mimo wszystko powinien być udany i  miły dzień  - pomyślałem.  Nie potrzebowaliśmy teraz żadnej awantury - zdaje się, że wszyscy to rozumieli, bo pojawiły się pierwsze uśmiechy.
Wśród wysepek.
Wszystko wracało do normy - emocje powoli opadały, ja cały w skowronkach, Mariola beztroska, a Andrzej wniebowzięty. I wtedy z brzegu padło pytanie, które jak grom z jasnego nieba postawiło wszystkich z powrotem na nogi.
 - Czy na tej łajbie jest jakaś toaleta? - rzuciła nagle Ela. Bo jeśli nie, to ja nie płynę" - dodała nie czekając na odpowiedź. 
Co za cholerny dzień - pomyślałem. Jakaś klątwa czy co? A może rzeczywiście nie powinniśmy płynąć, może to jakiś zły znak - pastwiłem się sam nad sobą. Nad całym przedsięwzięciem po raz drugi tego ranka, pojawiły się znowu czarne chmury. I czerniały coraz bardziej, bo kibelka to tu na pewno nie było.
- No, nie popłynę, mówię wam i tyle - upierała się dalej. 
- U mojoj kući na otoku je toaleta, sve će biti dobre - odezwał się nagle sternik.
- No widzisz, pan mówi, że wszystko będzie dobrze - próbowałem ją jakoś udobruchać, chociaż nie wszystko - co mówił - było dla mnie do końca zrozumiałe. Wiedziałem jednak, że to może  być przełom w sprawie, więc ciągnąłem dalej.
- Widzisz tam niedaleko jest ta wyspa, na którą płyniemy i tam wszystko jest co trzeba, mówię ci - kontynuowałem uparcie.  Spojrzałem jej wtedy prosto w oczy i nagle zrozumiałem, że przekonuję osobę już przekonaną. Prawdopodobnie nie wiedziała tylko jak wybrnąć z tej dziwnej sytuacji. I to był teraz jedyny jej problem. Kamień z serca, nic nie musiała mówić. Wiedziałem co powinienem teraz zrobić.
- Proszę cię, bardzo cię proszę, uwierz mi - powiedziałem przymilnie, wyciągając w jej stronę rękę. Uśmiechnęła się i znowu zaświeciło nad nami słońce. Co za ulga - wreszcie płyniemy.
Tu spędziliśmy pół dnia.
Zatoka zapraszała nas już z daleka, to wymarzone miejsce na samotnię. W oliwnym gaju na zboczu łagodnego stoku, bielił się niewielki domek z kamiennym tarasem.
- To jest to miejsce, tam płyniemy - odezwał się wreszcie mrukliwy dotąd  sternik, wskazując ręką widoczny z daleka, drewniany pomost.  Wyraźnie zwolnił i umiejętnie ustawiał się do cumowania. Był w tym dobry i znał się na swojej robocie. Coraz bardziej mi imponował.
- Tu macie plażę, a potem spotkamy się w moim domu, zjemy i napijemy się wina - zaproponował, gdy tylko wyciągnęliśmy na brzeg nasze toboły. Był konkretny i coraz bardziej wyluzowany. Dwieście metrów od nas w prawo, złociła się  wykrzywiona w kształcie rogala cudowna plaża.
- Tak spełniają się marzenia  - westchnęła rozanielona Mariola. No, no fajnie tu, super-  dodał Andrzej. Nawet Ela była zachwycona - miała szczęście wymalowane na całej twarzy.
Wejście do portu w Trogirze. 
Byliśmy na wyspie Drvenik Veli -  jakieś dziesięć mil od Trogiru, w strefie kompletnej ciszy  i wszechobecnego słońca.  Niebo bez jednej skazy, jakby odbite od błękitnego morza, a plaża  delikatnie schodząca do krystalicznie czystej wody. Wymarzone miejsce na odpoczynek od cywilizacji i ludzkiego zgiełku. Tylko gdzieś tam w oddali, kołyszą się bez znaku życia na pokładzie, dwa uśpione - prawdopodobnie od wczorajszego wieczoru - katamarany.  Dwie godziny później miałem już dość, wszyscy mieli dość - słońca i wody. I wtedy  nagle od strony pomostu usłyszałem nawoływanie.
- Ryby podano, ryby podano, wino podano - darł się w wniebogłosy nasz gospodarz.
- Hej hej, już idziemy - odpowiedziała natychmiast ucieszona Mariola. Przeskoczyliśmy szybko na kamienną część plaży, a potem po schodach pośród oliwnych drzew dotarliśmy do przygotowanego na tarasie stołu. Bez trudu znalazłem dla siebie wygodny fotel, w zacienionym miejscu z widokiem na zatokę. Rozsiadłem się i poczułem  zmęczenie - jak po dniu ciężkiej pracy. Bałem się nawet przez chwilę, że zaraz zasnę.  Tak się jednak nie stało, bo na stole pojawiły się grillowane ryby, a zaraz za nimi białe,  schłodzone wino. Zaczęła się uczta.
Po lewej Kamarlengo i stare miasto




Słońce zaczęło powoli schylać się ku zachodowi i trzeba było pomyśleć o powrocie do Kastelu. Pierwszy jakoś wspomniał o tym Andrzej.
- Faktycznie nie ma na co czekać, zrobiło się późno i chyba czas się zbierać - zaproponowałem w pewnej chwili.
- Tak, tak wracamy  - zgodnie poparły mnie dziewczyny. Wszystko przebiegało w miłej atmosferze i bez pośpiechu.  Zrobiliśmy na koniec jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i zaczęliśmy schodzić do łodzi. To był przyjemny rejs, było już  nieco chłodniej niż kilka godzin temu, a bryza wyraźnie marszczyła spokojne dotąd morze. Kierowaliśmy się w stronę wyspy Ciovo, przecinając szlak promowy ze Splitu do Ankony. Gdzieś po prawej ręce, za  nami została Solta, a od przodu pojawiły się niewielkie wystające z morza skały.  Ela usiadła na dziobie, a wiatr rozwiewał jej kasztanowe włosy we wszystkie strony.  Pomyślałem, że się rozmarzyła, więc nie chciałem jej przeszkadzać. Wyglądała romantycznie. Nikt nic nie mówił, na pokładzie panowała cisza, tylko silnik miarowo, ciągle w tej samej tonacji terkotał. Do Trogiru wpływaliśmy późnym popołudniem, na granicy wczesnego wieczoru. Piękny widok  - z łodzi, wpływającej do portu  - będzie mi się chyba śnił po nocach.Tu i owdzie błyskały już pierwsze światełka, zwiastunki nocnej odsłony magicznego miasta. Dzień dobiegał końca.
Przystanek w drodze do Dubrownika. 
Następnego dnia od piątej rano, byliśmy już w drodze do Dubrownika. To był szalony pomysł, bo do przejechania mieliśmy ponad dwieście dwadzieścia kilometrów w jedną stronę.  Wiedziałem, że dostaniemy w kość, ale chciałem to zrobić - zresztą, byliśmy w tej sprawie zgodni. Chcieliśmy zwiedzić to miasto, połazić starymi wąziutkimi uliczkami i napić się dobrej kawy - to wszystko. Nic nas nie mogło już powstrzymać - decyzja zapadła. Bałem się tylko nachalnego słońca.
- Zobaczyć Dubrownik i umrzeć - wyrwało się wczoraj wieczorem Marioli.
- Zobaczyć Dubrownik i umrzeć - powtórzyli za nią wszyscy, stukając się kieliszkami. Piękne, szalone wakacje - pomyślałem idąc spać.
Poranna kawa


Słynna Jadranka prowadziła nas prawie cały czas nad morzem.  Nie było wielkiego ruchu, a mimo to miałem kłopoty z koncentracją przy kierowaniu autem.  Cudowne widoki rozpraszały mnie co chwilę. Ściany wysokich, sterczących nad nami nagich skał i urwiska spadające wprost do błękitnego morza wprawiały w zdumienie i zachwyt. Ktoś, kiedyś mi o tym opowiadał, ale dopiero teraz uzmysłowiłem sobie jak to jest naprawdę, dopiero teraz zrozumiałem co to znaczy - "tam są widoki, że dupę urywa". Teraz to przynajmniej wiem, co autor miał wtedy na myśli. Za Gradacem przy kościele św. Jurja, droga odeszła od morza w głąb lądu, w stronę Bacińskich jezior. To odmiana, ale jakże piękna - miejsce jak uroczysko. Przed nami pojawiło się siedem  niewielkich, górskich malowniczo położonych jezior. Zjechałem na pobocze i szybko znalazłem dobre miejsce do parkowania.
- Wyciągamy kanapki i trochę tu posiedzimy - zadecydowałem, ze świadomością, że mogę się komuś narazić.  Nic takiego jednak się nie stało. Atmosfera była miła - z ochami i achami nad widokami.
- Wiecie co, tu niedaleko jest delta Neretvy,  to chyba nawet po drodze, tam też może być ciekawie, więc jak coś, to moglibyśmy  stanąć - rzuciłem kolejną już  propozycję. Nikt jednak nie podjął tematu.  Wszyscy z pełnymi ustami, rozglądali się w lewo i w prawo w milczeniu zachwycając się okolicą.   Do Dubrownika mieliśmy jeszcze około stu kilometrów - trzeba było się zbierać.
Dubrownik - widok z przydrożnej skały.
Kwadrans później byliśmy ponownie w drodze. Za deltą  Neretwy, szosa zaczęła raptownie wspinać się  i na kolejnym zakręcie ujrzeliśmy panoramę zielonej równiny, przypominającej amfiteatr otwarty do  Adriatyku i otoczony z pozostałych stron bielejącymi górami. To rolnicze eldorado tej części Chorwacji. Doskonała gleba,  cieple zimy i gorące lata tworzą tu idealne warunki dla upraw  pomarańczy, cytryn, kiwi, mandarynek, fig, a także  różnego rodzaju warzyw. Dominują tu przede wszystkim niewielkie  poletka, do których nie prowadzi żadna droga, a można tam dotrzeć jedynie łodziami. Z góry doskonale widać imponującą siatkę kanałów przecinających równinę. Całość wygląda jak symetrycznie ułożona koronkowa serweta,  na wielkim zielonym stole, Rzadki widok. Teraz przed nami jeszcze tylko niewielki skrawek terytoriom Bośni,  przez który - chciał, nie chciał - musimy przejechać  i wtedy zaczną się  prawdziwe smaki południowej Dalmacji.
Czerwone dachy Dubrownika.
Od samego rana kurczowo trzymamy się Jadranki - to stara, ale niezwykle urokliwa trasa. Za każdym zakrętem oferuje niezapomniane,  folderowe widoki. Za Lozicą droga zaczęła się ponownie  wspinać, skały nad nami rosnąć, a w  zatoce po przeciwnej stronie pokazały się dwa wielkie, białe  wycieczkowce. Powoli wjechaliśmy na most Franja Tudmana i chwilę później ujrzałem Dubrownik, a w zasadzie jego peryferia. Upragniony Dubrownik, wymarzony Dubrownik - ten z folderów, przewodników i okładek kolorowych gazet. Gdzieś tam w zakamarkach pamięci został mi widok czerwonych dachów, tego pięknego miasta - sfotografowany z góry. Zdjęcie na tyle wyjątkowe, że zacząłem się zastanawiać, z którego miejsca mogło być wykonane. Nie dawało mi to spokoju. Też chciałem zrobić takie zdjęcie. Myślałem, szukałem, aż  końcu znalazłem. Odtąd to  była moja tajemnica - aż do teraz. Nikt z obecnych nie miał o tym zielonego pojęcia, to miała być niespodzianka.
- Nie jedziemy do centrum, jedź prosto na Cavtat - powiedziałem w pewnej chwili do Andrzeja, który tym razem siedział za kierownicą. Dlaczego, dlaczego, dlaczego - zawrzało w samochodzie. Aż się wystraszyłam. Zadziałało jakbym kij w mrowisko wsadził.
- Spokojnie. Jeżeli chcecie zobaczyć cudowny widok Dubrownika, taki który będzie wam się śnił po nocach, to posłuchajcie mnie - próbowałem opanować sytuację. Po chwili wszystko wróciło do normy.
- Wiem co mówię i nie pożałujecie - dodałem dla pewności.
Gdy kończyłem, wyjeżdżaliśmy już z miasta, żegnała nas tablica z czerwonym paskiem po przekątnej. Jakieś trzysta metrów dalej, zobaczyłem - po lewej stronie drogi -  niewielki parking. To było to miejsce, na które czekałem i za którym rozglądałem się. Bingo, to jest to - pomyślałem. Ucieszyłem się jak małe dziecko.
- To tu, zjedź na lewo i zatrzymaj auto, wejdziemy po schodach na tę skałę - powiedziałem tak, żeby wszyscy usłyszeli.
Wszystko się sprawdzało, byłem zadowolony. Im wyżej tym ładniej, aż doszliśmy do kamiennej platformy, z której maluje się jeden z najpiękniejszych widoków świata. Pod nami w dole na tle cudownie błękitnego morza, na starych wielkich fortecznych murach rozsiadło się  miasto z czerwonymi dachami.  Wszyscy westchnęli jakby dostali wymarzony. Najpierw była cisza, potem ekscytacja, a na końcu wyszukane słowa zachwytu. To z tego miejsca robi się najlepsze zdjęcia Dubrownika.
Dubrownik - schodami na mury obronne. 
Z jakiejkolwiek perspektywy byśmy na to miasto nie spoglądali, zawsze jest wyjątkowe. Dobrze zaczął nam się ten dzień, a pomysł, żeby najpierw spojrzeć na miasto ze skały był rewelacyjny. Teraz możemy zjechać w dół i zobaczyć wszystko od środka. Na ulicy Baltazara Bogośćica wtoczyliśmy się powoli do podziemnego parkingu i problem zabezpieczenia auta  mieliśmy z głowy. Na pobliskiej
ławeczce pod starymi piniami, zjedliśmy po kanapce i  bez pośpiechu, wąziutką uliczką Izmedu Vrta, doszliśmy do najważniejszej bramy starego miasta. Gdy przechodzi się tutaj  przez mury czuć zapach historii na każdym kroku, w każdym domu i w każdym kamieniu. Kamienne są ulice i domy, kamienne są pałace, klasztory i kościoły. Kamienie są tu szorstkie i wypolerowane, kamienie są chłodne i od słońca nagrzane. Taki jest Dubrownik, miasto znane przed wiekami jako Raguza.
Katedra - widok z obronnych murów. 
Przed wejściem  do miasta spojrzałem w górę i zobaczyłem  potężne fragmenty fortyfikacji  - przed i nad sobą. Byłem mały i przygnieciony. Tam na skale, gdy miałem miasto po stopami, byłem wielki, a tu pod forteczną bramą zupełnie inaczej - mały człowiek i tyle. Nie ma co gadać, trzeba się w tym jakoś odnaleźć - pomyślałem. Za to miasto, bez zmian - tak z góry, jak i z dołu jest imponujące. Przy studni Onufrego  ustaliliśmy, że najpierw wejdziemy na mury obronne i popatrzymy na wszystko z wysoka, a dopiero potem wrócimy do miejskiego parteru.  Ruszyliśmy więc  gęsiego za Andrzejem, kamiennymi schodami obok kościoła Zbawiciela. Umocnienia są tu wysokie nawet na dwadzieścia pięć metrów, otaczają starówkę pierścieniem długim na dwa kilometry, a na koronie są szerokie, bezpieczne i wygodne do spacerowania. To taka ulica na wysokim poziomie - między niebem a ziemią.   Ma tylko jedną, ale za to poważna wadę - w południe, słońce jest tu bez litości. Potrzebny jest więc rozsadek i głowa w kapeluszu na karku, albo jeszcze lepiej - parasolka w ręku. Tak właśnie jest teraz - gorąco jak cholera. Nic jednak na to nie poradzimy. Najlepiej wchodzić na mury rano, albo późnym popołudniem. No, ale rano, to  my byliśmy dwieście kilometrów stąd, a za kilka  godzin już nas tu po prostu nie będzie.  Taki nasz los, ciągle jesteśmy w drodze.
Miasto w słońcu.
Pod nami czerwone dachy miasta i błękit otaczającego je morza, nieopodal wielki wycieczkowy statek na kotwicy, a w oddali  dwa żaglowce niesione wiatrem na południe - w stronę greckich wysp. Widoki zapierające dech w piersiach. Można  tu z murów  zajrzeć w zakamarki uliczek i placów, zobaczyć podwórka i miejsca wstydliwe, spojrzeć przez okna do mieszkań bogatych i biednych, oglądać  fasady dopiero co odnowienie, ale także te zapomniane  i pomarszczone, zerknąć na pranie wiszące się na sznurkach i  poobserwować ludzi snujących się między domami. To świetna perspektywa oglądania miasta i jego otoczenia. Tego się nie da zrobić nigdzie indziej. To wędrowanie po bajkowej krainie. Zaraz jednak schodzimy na ziemię.
Stary port w Dubrowniku.
Jest południe, słońce dokucza nam coraz bardziej, idziemy więc w dół w poszukiwaniu miejsca do odpoczynku, szukamy zacienionej enklawy. Przed nami ostatni etap poznawania Dubrownika, czyli spacer po mieście. Zaczęliśmy wolniutko, od klasztoru Franciszkanów - główną ulicą -  w stronę kolumny Rolanda i pałacu Sponza. Ulica nazywa się Stradum, jest szeroka i  nie dłuższa jak jakieś trzysta metrów. Niby nic, ale jest dla miasta tak ważna, jakby miała trzysta kilometrów. Biegnie od bramy zachodniej  nazywanej Vrata od Pila do bramy wschodniej - Vrata od Ploca. Stradun to kręgosłup Dubrownika i miejsce towarzyskich spotkań - jak Riva w Splicie. Nie wiedzieć kiedy przez kamienną bramę weszliśmy  do starego portu. Poczułem rześki powiew delikatnego wiatru od morza i od razu wiedziałem, że to jest to miejsce, o którym  marzyłem od co najmniej kilku minut.  Byłem szczęśliwy. Położyłem się na kamiennej ławie i zamknąłem oczy. Chyba przez chwilę śniłem, ale tylko przez chwilę, bo słońce prześliznęło się  nad murem i znowu oświetliło moją twarz. Ostre promienie były bez litości.  Zerwałem się więc i jak ukąszony przez komara i szybko przeszedłem do nowego cienia, tam gdzie siedziała Ela z Mariolą. Chłód kamiennego muru i morskiej  przywracał i stan równowagi.
Przy Pałacu Rektora mamy małą sesję zdjęciową, z młodym, sympatycznym Chorwatem - zrobiło się zabawnie i wesoło. Było miło, ale się skończyło. Ruszamy w stronę katedry, nazywanej przez tutejszych Velika Gospa. Legenda głosi, że świątynię ufundował Ryszard Lwie Serce z wdzięczności dla mieszkańców Raguzy, którzy uratowali go z katastrofy statku, podczas powrotu z wyprawy krzyżowej. Katedra w istocie jest barokowa i wiele jej części wykończenia wnętrz, pochodzi ze szkoły Rafaela i Tycjana. Zapaliliśmy świeczkę, wrzuciliśmy grosik i zostaliśmy  tu  chwilę, by posiedzieć w ciszy i skupieniu.

Studnia Onufrego.
Spacer labiryntem wąskich uliczek i  spadających w dół schodów, kończymy w małej restauracyjce. Trzeba coś zjeść. Dostaliśmy  nie tylko dobrą pizzę, ale i wiele dowodów sympatii, Chorwaci są mili i uprzejmi. Wprost od stolika - weszliśmy znowu,  na zalany słońcem Stradun. I pewnie dlatego, tak łatwo daliśmy się wepchnąć do najbliższej lodziarni. Na koniec  kilka pamiątkowych zdjęć, ostatnie spojrzenia za siebie i wychodzimy przez kamienną bramę - do innego świata. Dubrownik - to perła, z kolekcji najpiękniejszych miast na świecie.

Znowu Trogir - historia i współczesność. 
Droga powrotna z Dubrownika była męcząca - od piątej  rano przecież nie spaliśmy. Nasi gospodarze czekali na nas do późnego wieczora. Nikola o nas dbał, często przynosił nam słodkie figi, a nawet zdarzyło się, że któregoś dnia zaprosił do swojej piwnicy pełnej wina. Polubiliśmy się z tymi ludźmi. Poznawaliśmy też tutejsze zwyczaje i sposoby na załatwienie codziennych spraw. Któregoś popołudnia zaplanowaliśmy wieczór w Trogirze. Tym razem zostawiliśmy samochód i pojechaliśmy autobusem. Połączenie bardzo dobre, a bilety dostaliśmy u kierowcy. Trogir jest piękny przy zachodzącym słońcu, a nocą wgląda bosko. W świetnych humorach - ostatnim, nocnym autobusem wróciliśmy do Kastelu.

Wyspa Ciovo.
Następnego dnia od rana, wylegiwaliśmy się na plaży -  na wyspie Ciovo. Znaleźliśmy sobie ładną zatoczkę koło miejscowości Okrug Gornij. Jedzie się tu przez zwodzony most w Trogirze. To miejsce znane jest z łagodnego klimatu. Niedaleko znajduje się archipelag malowniczych wysepek - jest tu sporo ustronnych zatoczek i plaż . Każdy może znaleźć tutaj swój grajdołek.

Jezerce - tu spędziliśmy dwie noce. 
No i przyszedł czas pożegnania z Kastelem - ruszamy w drogę powrotną. Już wcześniej zaplanowaliśmy, że wracając z Dalmacji, zatrzymamy się na Plitwickich Jeziorach. Plan był prosty - ta jedna z najciekawszych atrakcji turystycznych Chorwacji, znajdowała się na drodze naszego przejazdu do Polski - nie było lepszej okazji, by odwiedzić to miejsce.

Plitwickie Jeziora.
Nie mieliśmy rezerwacji i to mnie najbardziej niepokoiło. Po ponad dwustu kilometrach jazdy - gdy byliśmy prawie u celu - zatrzymaliśmy się na poboczu drogi, we wsi Jezerce. Gdy robiłem coś w rodzaju gimnastyki, przeciągając moje zastane kości, zobaczyłem - w oddali - machającego do nas mężczyznę. W ten sposób dostaliśmy dwa pokoje od ręki. Dom był położony w ładnym miejscu.

Wodospady.
Wszystko poszło zgodnie z planem, a nawet lepiej. Jesteśmy na  Plitwickich Jeziorach, mamy pokoje i miłych gospodarzy. To wyjątkowe miejsce jest Parkiem Narodowym i  znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Mieliśmy sporo czasu, więc ustaliliśmy, że na wędrówkę po jeziorach poświęcimy cały jutrzejszy dzień. To był bardzo dobry plan - dzięki temu mogliśmy wyruszyć na trasę rano, a to ma co najmniej dwie poważne zalety: znośną temperaturę  i mało ludzi na trasie.

Wodospady i jeziora.
Dla jednych szmaragdowe, a dla innych turkusowe - wody - przelewają się przez szesnaście jezior otoczonych gęstym lasem. To świetne miejsce na relaks i odpoczynek. Jeziora wodospady i jaskinie, to wszystko w jednym miejscu. Natura była łaskawa i dlatego należy odnosić się do tego z wielkim szacunkiem. To dobrze, że obszar ten jest objęty szczególną ochroną. Na miejscu można znaleźć sporo informacji o proponowanych trasach zwiedzania. Opcji jest wiele, informacje są czytelne i na tyle zrozumiałe, że pozostaje nam jedynie dokonanie wyboru, w która stronę maszerować. Polecam zabrać do plecaka kanapki własnej roboty, ulubione napoje oraz dobre i wygodne buty.

Kozjak - największe jezioro.
Jezioro Kozjak przepłynęliśmy niewielkim stateczkiem, napędzanym silnikiem elektrycznym. Później pieszo doszliśmy do wapiennych klifów, by w końcu zobaczyć największy wodospad w parku - 80 metrową kaskadę rozpylająca łagodnie chłodną mgiełkę.

To piękne miejsce.
Tutejsze jeziora schodzą kaskadowo w dół. Dzielą je naturalne groble, na których zwieszają się niczym białe firanki, szumiące wodospady. W niektórych miejscach można wejść pod parasol spadającej wody. To niezwykle ekscytujące i przyjemne uczucie.

Drewniane kładki wytyczają kierunek spaceru. 
Tutaj natura zaprasza nas do siebie, pozwala się zbliżyć , a nawet dotknąć. To jest fenomen tego miejsca. Można oglądać te zjawiskowe obrazy z góry i z dołu, ale można przy pomocy sieci kładek i pomostów dostać się do ich wnętrza. Woda jest tu jak kryształ, a białe dno odbija światło, ukazując nam podwodny świat.

Stolica Styrii - widok z zamkowej góry.
O piątej rano pobudka, kanapki do plecaka, herbata do termosu i w drogę. Do pokonania mamy około trzystu kilometrów, jedziemy teraz przez Karlovac, Ptuj i Lenart w Słowenii - do Grazu w Austrii. To nasz kolejny przystanek ze zwiedzaniem. Intuicja, zaprowadziła nas bezbłędnie do podziemnego parkingu, niedaleko ratusza - byliśmy w samym centrum stolicy Styrii.

Graz - centrum miasta.
Tu domy są bajkowe tak jak i  góra zamkowa, w samym sercu miasta. I niezwykła jest droga na jej szczyt. We wnętrzu wielkiej skały wsiedliśmy do szklanej windy, która zawiozła nas  pod samo niebo. A tam dziwaczna wieża zegarowa, w której wskazówki zamieniły się miejscami: ta mała pokazuje minuty, a dłuższa na przekór wszystkim odlicza wolno godziny - jakby świat stanął na głowie. W dole widać starówkę z czerwonymi, spadzistymi dachami, miejskie place i wieże kościołów - piękny widok miasta.  Potem  - już na dole, między stylowymi domami – zaszliśmy do małej zacisznej kawiarenki, w której przy wejściu czekał na nas młody, uśmiechnięty kelner. Graz to ładne i przyjazne miasto, nawet kawa jest tu doskonała.

***

5 komentarzy:

  1. Jestem pełna podziwu dla szczegółowości wpisu - zazdroszczę pamięci. :) Fajny post -zachęcający do odbycia własnej podróży. Brawo! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcia,
    zazdroszczę uchwycenia tego luksusowego jachtu!
    Pozdrawiam
    Wojtek

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawy i treściwy blog !
    Zapraszam również do siebie :)

    OdpowiedzUsuń