poniedziałek, 23 czerwca 2014

Madera (cz. IV.)

Jesteśmy już bez samochodu, odkryliśmy nowy sposób podróżowania - to autobusy. Pierwszy dzień - od rana do wieczora w  Funchal. Drugi dzień - kilka godzin na oceanie, rejs Santa Maria de Colombo - powrót do Machico.
...................................................................................................................................................................

Henrique spóźniał się już kwadrans, miał tu być o dziewiątej. Trochę mnie to irytowało. Chcieliśmy jak najszybciej oddać samochód i mieć tę sprawę z głowy. Podszedłem więc wolno do recepcjonistki i zanim cokolwiek powiedziałem, zobaczyłem go kątem oka w drzwiach wejściowych. Szybkim krokiem zmierzał w moją stronę. W jego oczach, z daleka można było wyczytać przeprosiny. Usiedliśmy spokojnie w wiklinowych fotelach i bardzo szybko - bez zbędnych ceregieli załatwiliśmy sprawy dotyczące dokumentów i rozliczenia za wypożyczenie samochodu. Teraz przyszedł czas na oględziny auta. Bałem się, że będzie może szukał dziury w całym, ale on bez pośpiechu obszedł samochód dookoła i powiedział - okay, everything is all right. Ci Portugalczycy to mili ludzie - pomyślałem. Podał mi rękę na pożegnanie i z uśmiechem na ustach, wsiadł do  czarnej Micry i odjechał. Kamień spadł mi z serca.

Centrum Funchal.
Pół godziny później, staliśmy już na przystanku w Machico - obok ronda, na Rua do Infante Henrique. Wszystko szło zgodnie z planem. Tym razem postanowiliśmy, pojechać do Funchal autobusem - to jest około trzydziestu kilometrów. Rozkład jazdy pozwał nam, na swobodny wybór godziny powrotu do hotelu i to nas najbardziej cieszyło. To była ciekawa podróż. Jechaliśmy żółtym autobusem, przez wiele małych miejscowości. Widziałem teraz więcej niż dotychczas, bo nie siedziałem za kierownicą. Zobaczyłem na przykład zwykłych ludzi, którzy stoją na przystankach, gdzieś się wybierają i skądś wracają - jadą być może w interesach, na zakupy, do urzędów, do szkoły, do pracy, a może po prostu na umówione spotkanie. Na Maderze zachwyca najbardziej przyroda, a ja teraz patrzyłem na  ludziom. Miałem po prostu, na to czas. Wysiedliśmy w centrum miasta - blisko Mercado dos Lavradores - tutejszego bazaru. To był dobry wybór.

Mercado dos Lavrados. 
Kiedyś oglądałem program Roberta Makłowicza, który opowiadał z tego miejsca, o tutejszej kuchni. Lubię jego barwny język i świat który pokazuje. To on szczerze mówiąc zachęcił nas, by tu zajrzeć. Tuż przy wejściu stoją kwiaciarki, sprzedające strelicje i anturium. Myślałem (nie wiem dlaczego), że targowisko jest większe. Nie zmienia to jednak mojej opinii, że warto tu przyjść. Można zobaczyć pod jednym dachem, wszystkie warzywa i owoce Madery. Na straganach leżą maderskie banany, bananoananasy, budyniowe jabłka (anona), owoce mango czy też marakuje w rożnych odmianach np. pomarańczowe, ananasowe, bananowe, a nawet pomidorowe. Zachęcani przez sprzedawczynie, nie mogliśmy odmówić sobie smakowania tych owoców - brnęliśmy w tych smakach dalej i coraz dalej. Tak poznawaliśmy, inny wymiar Madery. To jednak nie wszystko - obrazu dopełniały stragany z przyprawami, kolorowymi paprykami, czosnkiem oraz ziołami.

Funchal - targ rybny.
W drugiej części Mercado dos Lavradores, jest targ rybny. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem wielkiego tuńczyka w całości. Nigdy też nie widziałem espady. A to ryba wyjątkowa - wygląda groźnie, jest czarna i ma wyłupiaste oczy, a jej długość sięga nawet do dwóch metrów. Poławia się ją z głębin, z około kilometra - to jest fenomen. Jednym z łowisk espady jest podobno rejon Camara de Labos, czyli zupełnie niedaleko od Funchal. Jeżeli nic nam nie stanie na przeszkodzie, to jutro tam popłyniemy.

Fortaleza de Sao Tiago. 
Gdy wyszedłem z hali targowej - na Rua Latino Coelho - oślepiło mnie słońce. To nie jest miłe uczucie. Intuicja podpowiadała mi, aby iść na wschód - w stronę zamku. Pochyliłem się więc na chwilę nad przewodnikiem i znalazłem potwierdzenie dla tego pomysłu. To dobry kierunek zwiedzania i jednocześnie bardzo przyjemny spacer wzdłuż wybrzeża. Idziemy w stronę fortecy. Widać ją z daleka - odróżnia się od skalistego tła, jaskrawo-żółtawą barwą. Nie jest imponująca. Jestem trochę zawiedziony. Im bliżej tym gorzej. Nie jest to ani Malbork, ani Karlstejn pod Pragą. To dość prymitywna - pod względem inżynierii wojskowej - siedemnastowieczna budowla obronna, ale za to pięknie położona nad samym brzegiem oceanu. Zwiedzanie Fortaleza de Sao Tiago nie zajmuje zbyt wiele czasu, bo oferta jest dosyć skromna, (chyba, że ktoś bardzo chciałby obejrzeć miejsce, w którym ostatnio Robert Makłowicz podgrzewał swoje patelnie). Odkryliśmy za to, tuż pod murami tego bastionu jest małe miejskie kąpielisko. To taka trochę kameralna plaża, z dobrym dostępem do morza. Panuje tu miła i swojska atmosfera - i chyba się nie mylę jeśli powiem, że korzystają z niej chyba najczęściej miejscowi.

Ulice, place i kościoły. 
Za fortecą, skręciliśmy w lewo i weszliśmy na  Rua de Santa Maria. To stara ulica. Jej początki sięgają podobno 1430 roku. To tu żyli i pracowali kiedyś rzemieślnicy, wyrabiający między innymi specjalne skrzynie do transportu głów cukru. Życie toczy się tu sennie, ulica jest wąska, a przyległe do niej domy są niskie, ale  na ogół zadbane. Tu nikt się nigdzie nie spieszy - my także. Mamy dzisiaj sporo czasu -  co chwilę zapraszają nas do środka, małe knajpki. W końcu wybraliśmy czerwony stolik w cieniu niewielkiej kamienicy. Teraz siedzę tu, pije piwo i  przyglądam się ludziom - to moje główne zajęcie, nie żałuję ani jednej chwili, patrzę i wiem że warto patrzeć, a co z tego mi zostanie tego jeszcze nie wiem. Jestem rozleniwiony do granic lenistwa - tak wpływa na mnie nastrój tej ulicy i tej dzielnicy i ludzie którzy tu mieszkają  - to stara część miasta nazywana  Zona Velha. Dobrze mi tu.

Katedra w Funchal.
Niedaleko Camara Municipal do Funchal, w wąskiej uliczce (obok małej piwiarni), znajduje się wejście do Museu de Arte Sacra. Warto tu zajrzeć, obejrzeć obrazy i poznać historię powstawania tych zbiorów. A było to, podobno tak -  w piętnastym wieku producenci i dostawcy cukru z Madery, wywalczyli sobie prawo handlu z Europą bez pośrednictwa Lizbony, więc duża część tych dostaw była ekspediowana wprost do Antwerpii i jednocześnie często godzono się na zapłatę, w postaci pięknych obrazów flamandzkich mistrzów. To w ten sposób powstawała ta niezwykle cenna część ekspozycji. Godzinę później, wąskimi uliczkami dotarliśmy do Avenida Arriaga, tuż przy katedrze. To tu na placu, po prawej stronie od głównego wejścia -  stoi pomnik Jana Pawła II. To pierwszy z polskich akcentów na wyspie, na jaki natknęliśmy się. Przyznaję, że katedra z zewnątrz, mnie nie rusza, za to w środku, jest na czym oko zawiesić. Gapiłem się w sufit bez końca  i osłupiałem z wrażania. Czegoś takiego to ja do tej pory w życiu nie widziałem - coś pięknego. Sufit zrobiony jest cudnie z tutejszego cedru, wykładanego białą glinką i muszelkami.

Pomnik Joao Zarco -  przy Banco de Portugal. 
Nie jest teraz zbyt gorąco - całe szczęście. Wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę Banco de Portugal. Dopiero teraz zauważyłem, że wyjątkowe są tutejsze chodniki. Uwielbiam takie pomysły. Do teraz nie wiedziałem, że chodniki mogą być tak ładne. Buduje się je z tutejszego wapnia i czarnego bazaltu. Tam gdzie uliczki są wąskie - całe ich powierzchnie są komponowane w ciekawe mozaiki. Tę scenografię często wypełniają, zwisające z góry girlandy różnobarwnych kwiatów. Jest w tym jakaś tradycja, myśl i urok. Bardzo mi się to podoba. Na placu przed Banco de Portugal, stoi pomnik odkrywcy Madery kapitana Zarco (żołnierza - księcia Henryka Żeglarza). To dobre miejsce, żeby zrobić sobie kilka pamiątkowych zdjęć.

Park przy Avenida Arriaga.
Avenida Arriaga to piękna aleja, sporo tu drzew o jaskrawoniebieskich kwiatach -  to jakaranda - tropikalne drzewo z Ameryki Południowej. Dzisiaj jest tu wesoło - to dzień ulicznego festynu. Wśród rozstawionych stoisk, kręcą się tłummy. Trzeba trzymać się za portfel - przyszło mi do głowy. No, tak - w takim ścisku, pieniądze można stracić wszędzie. Nie wiem dlaczego tak pomyślałem, ale pomyślałem i tyle. Na chwilę przystanęliśmy przy świetnie grającej młodzieżowej orkiestrze - zrobiło się bardzo przyjemnie, więc wzięło nas trochę na kołysanie w biodrach. Avenida Arriaga to urocza ulica, wolnym spacerkiem przeszliśmy, aż do ronda na jej końcu i tam po chwili postanowiliśmy wracać. Dalej jest już tylko dzielnica hotelowa.  Przed nami wzdłuż Jardin de Sao Francisco pojawiła się  się długa, bez końca  -  kolumna żółtych taksówek. Ładnie to wygląda powiedziałem do Eli - jest jak żółta tasiemka, rzucona na ulicę - odparła. Ciekawa uwaga -  pomyślałem. Przypomniałem sobie wtedy, że to gdzieś własnie tutaj powinien być pomnik marszałka Piłsudskiego - chciałem to miejsce zobaczyć, nawet mi na tym zależało. Puki co, pomnika ani śladu. No, ale cóż - nie tracę nadziei. W głębi parku znaleźliśmy rozbawiony amfiteatr. Wolnych miejsc jest sporo, więc zostajemy. Fajne występy. Dopadło nas jednak wreszcie, późne popołudnie.Chcemy jeszcze pospacerować po Avenida do Mar i zajrzeć do portu, aby zrobić rezerwację na jutrzejszy  rejs. No dobrze - idziemy.

Popiersie Józefa Piłsudskiego -  w centrum Funchal.
W małej uliczce, w drodze na promenadę, obok niewielkiego sklepiku - weszliśmy niespodziewanie wprost na marszałka. Szczerze mówiąc, to ja go nawet przeoczyłem - chociaż najbardziej ze wszystkich, chciałem go zobaczyć. Ktoś z tyłu nagle powiedział - spójrz, masz wreszcie ten pomnik, którego szukasz. Z wystawy sklepowej spogląda na ulicę niewinny osesek, a obok na postumencie stoi popiersie Józefa Piłsudskiego. A to ci historia. Dopiero teraz połapałem się, że to zupełnie niedaleko od pomnika Jana Pawła II. Czytałem kiedyś sporo o Piłsudskim, a ten epizod z Maderą jest bardzo interesujący. Marszałek od 21 grudnia 1930 do 22 marca 1931 roku, mieszkał na przedmieściach Funchal - w rezydencji Quinta Bettencourt. Tutaj wypoczywał, leczył się ale także trochę i pisał. Miłe są takie polskie akcenty, gdzieś daleko od kraju.

Funchal - długa aleja nad brzegiem oceanu. 
Od pomnika do Avenida do Mar, jest już tylko żabi skok. To przestronna, szeroka, nadmorska aleja - bulwar, na którym otwiera się przestrzeń oceanu i czuje powiew chłodnego powietrza. Aleja ciągnie się od Zonha Velha (starego miasta ) na wschodzie, aż do portu, a idąc dalej, łączy się z Avenida Sa Carneiro - by podejść, aż do strefy najnowocześniejszych hoteli. Te dwie aleje połączone są w sposób naturalny i stanowią jeden długi ciąg komunikacyjny. Idziemy teraz do portu, zrobić rezerwację na jutrzejszy rejs. Słońce jest tu mocniejsze niż w mieście, a wiatr, jest moim sprzymierzeńcem. Po drodze minęliśmy Palácio de São Lourenço - główną kwaterę wojsk portugalskich na Maderze. Obiekt jest miły dla oka i nie wygląda wcale na wojskowe koszary. Za murami, kryją się jednak wojskowe tajemnice i to jest pewne. Widziałem zresztą, na ulicach Funchal wielu żołnierzy.

Dzień dobiega końca - szukamy autobusu do Machico.  
Avenida do Mar ma dwa pasy ruchu, rozdzielone zielenią. Na środku dominują dorodne palmy i kwitnące na różowo krzewy. Od strony miasta, obok sklepów i restauracji, stoją w długim rzędzie żółte taksówki w oczekiwaniu na klienta, a po drugiej stronie lokalne autobusy. Tu się przyjeżdża i stąd się odjeżdża. Usiedliśmy na chwilę, obok czynnej fontanny. Jest chłodniej - woda wzbija się na kilka metrów i rozpyla wokół nas. Nuda. Zmęczony, spojrzałem na marinę i kołyszące się łodzie. Na horyzoncie akurat znikał statek, który niedawno wypływał z portu. Jakoś bezwiednie odwróciłem się i spojrzałem na ulicę. Pierwszy autobus w rzędzie jest do Machico, to dobry znak - wracamy więc do hotelu. Udało mi się jakimś cudem zająć miejsce z przodu - będą ładne widoki. Lubię oglądać Maderę, nawet gdy jestem zmęczony - no chyba żebym zasnął. Nie zasnąłem. Dzisiaj przed hotelem nie było Jose i jego taksówki. Pewnie, złapał dobry kurs. Porozmawiam, z nim jutro rano.

Avenida do Mar.
Znowu obudził nas ostry promyk słońca, od Ponta de Sao Lourenco. To już przedostatni raz. Jutro wracamy do Polski. Nie widzieliśmy się tylko jeden dzień, a uścisk ręki Jose był mocniejszy niż zazwyczaj. Chciał pogadać dłużej, ale ja nie miałem zbyt wiele czasu. Wczoraj, woził starsze francuskie małżeństwo - przez cały dzień. Wjechał z nimi, nawet na Pico do Arieiro. Był ich kierowcą i przewodnikiem - sądzę, że jest w tym dobry. Tak mi się wydaje. Ktoś mnie ciągle woła i ponagla, więc żegnam zaprzyjaźnionego taksówkarza z Machico. Rozchodzimy się w pół słowa. Godzinę później, byliśmy już w porcie - w Funchal.

Port w Funchal.
Dzisiaj, nie ma tu wielkich wycieczkowców. Przy nabrzeżu stoi jednak, nowoczesny prom - to stałe połączenie z wyspą Porto Santo. Regularnie wypływa rano i powraca wieczorem. Teraz naprawdę żałuję, że nie popłynęliśmy na tę plażową wyspę. Wycieczka na Porto Santo, to - jak sądzę - byłby dobry pomysł. W przeciwieństwie do Madery, jest tam dużo piasku. Podobno cała południowa strona tej wyspy, to piękna dziesięciokilometrowa piaszczysta plaża. Jeżeli kiedykolwiek jeszcze przyjadę na Maderę, to na pewno zrobię dwa tematy - wędrówki po lewadach i jedno albo dwudniowy wyjazd na Porto Santo.

Ten prom płynie na Porto Santo. 
Santa Maria de Colombo, już na nas czeka - przycumowana, w mniejszym basenie portowym. Na tle promu do Porto Santo, wygląda jak łupina. Jak ten Kolumb, przepłynął czymś takim ocean i dotarł do Ameryki? - przeleciało mi przez myśl. To jednak świetna lekcja, pomyślałem - można skonfrontować książkowe wyobrażenia z dzieciństwa, z faktycznymi możliwościami żeglowania w średniowieczu. To jest kopia, flagowego statku Krzysztofa Kolumba.

Replika flagowego statku Krzysztofa Kolumba. 
W 1492 roku Kolumb, wypłynął w poszukiwaniu drogi do Indii trzema statkami: Santa Maria, Nina i Pinta. Wrak flagowego statku tej ekspedycji, spoczywa prawdopodobnie do tej pory u wybrzeży Haiti. Tę replikę wybudowano tutaj, na Maderze w Camara de Lobos w porcie, w którym byliśmy kilka dni temu. Powstawała przez dwanaście miesięcy - w latach 1997/1998 - budowana rękoma tutejszych rzemieślników, pod okiem holenderskiego pasjonata żeglarstwa Roberta Wijntje. Na pewno nie jest to, wierne odwzorowanie statku Kolumba. Budowano go jednak, wykorzystując zasady i metody stosowane w piętnastym i szesnastym wieku. A to, już jest coś.

Santa Maria.
Przy trapie powitał nas kapitan i jego pstrokata papuga. Po statku snują się, rozebrani do pasa - w brązowych pantalonach - marynarze. Tak zaczynał się nasz trzygodzinny rejs, wzdłuż południowych wybrzeży Madery. Nie mogłem doczekać się, kiedy wreszcie wypłyniemy z portu. Statek jak stara kwoka najpierw cofał się, manewrował rufą, aż wreszcie uzyskał możliwość zwrotu, by ruszyć do przodu i swobodnie opuścić port. Przed nami, otworzyła się wielka przestrzeń - czekałem na tę chwilę.

Wyspa została za rufą.
Ocean jest  spokojny. Zostawiliśmy za sobą  Funchal  - miasto, które przyklejone do zielonych wzgórz, otacza swoimi ramionami szeroką zatokę. Pięknie to wygląda. Stoję na rufie i patrzę jak wyspa się oddala. Tak jak wczoraj, siedząc przy fontannie na  Avenida do Mar,  patrzyłem jak na horyzoncie znika statek. 

Santa Maria - w poszukiwaniu delfinów. 
Pogoda nam znowu dopisała, jest dużo słońca. Na pokładzie sporo miejsca, można więc swobodnie się poruszać, jest przyjemnie i bezpiecznie. Wokół słyszę angielski, niemiecki, francuski, portugalski i rosyjski. Niezła mieszanka - ale wszystkich łączy jedno, zachwycają się spojrzeniem na zieloną wyspę z odległości kilku mil, z pokładu drewnianego statku, który odpływa na południe. Widok jest fascynujący. No i jeszcze jedno -  wszyscy liczą na spotkanie z delfinami.

Nigdy do tej pory w życiu, nie widziałem delfinów na wolności. 
Obok sternika, od kilku minut stoi kapitan. Nie odrywa od oczu, dużej pfofesjanalnej lornetki. Przyglądam mu się uważnie. Na jego twarzy można zobaczyć napięcie i jednocześnie pewność, że w końcu dojrzy to czego szuka, a szukał jak sądzę - delfinów lub wieloryba. Statek najpierw odchodził prostym kursem od portu w Funchal, a po pół godzinie łagodnie zaczął odchylać się na prawą burtę. Gdy zaskrzeczała motorola, leżącą obok kapitana, zorientowałem się, że otrzymał informację o delfinach. Statek wyraźnie zmienił kurs i przyspieszył, a ja powoli wszedłem na nadbudówkę od strony dziobu. Miąłem sporo czasu, na znalezienie sobie dobrego miejsca, na oglądanie spektaklu z delfinami.

Płyniemy razem z delfinami. 
Po kilku minutach zobaczyłem z prawej burty, pierwszą parę delfinów. Potem były następne. Płynęły razem z nami. Santa Maria, traciła swój impet - statek zaczął dryfować. Zapanowała zupełna  cisza - byliśmy na miejscu. Oniemiałem z wrażenia - pierwszy raz w życiu widziałem delfiny na wolności. Uśmiechały się i kokietowały nas. Przechyliłem się nieco przez burtę i wydawało mi się, że mogę je dotknąć. Zrobiłem sporo zdjęć - a one zawracały, jak do kolejnej prezentacji. Wyskakiwały nad powierzchnię wody i znikały w jej otchłani - by znowu wrócić na scenę i popisywać się. Spojrzałem przez ramie na zieloną Maderą. Jestem w pięknym miejscu - pomyślałem. Tak, spełniają się marzenia z młodości.

Santa Maria - kurs na Cabo Girao. 
Po półgodzinie, z lewej strony zaczął zbliżać się do nas duży katamaran. Santa Maria, wolno ruszyła przed siebie - odpływamy. Bierze kurs na prawą burtę i docelowo na wielki klif Cabo Girao - to potężne skalne urwisko, wysokie na  580 metrów. To jeden z najwyższych klifów na świecie. Stanąłem na rufie i przez takielunek popatrzyłem na zbliżającą się skałę. Mam zbyt mało wiedzy i doświadczenia, by na morzu oceniać odległości, ale intuicyjnie zacząłem nabierać respektu dla natury, która nas otaczała. Skała powoli zbliżała  się i rosła w oczach. To ekscytujące chwile.

Zbliżamy się do wielkiej skały.
Jest spokój, słychać tylko szum wiatru, a na wprost przed nami ściana Cabo Girao. Santa Maria kołysze się na fali jak okruszek, przed wielkim ołtarzem. Jesteśmy w niezwykłym miejscu - chwilami czuję się, jednak nieswojo. Jak wiele trzeba by taki statek, został rzucony na skały ?  - pomyślałem.Tak podobno poległa w 1492 roku Santa Maria na Karaibach. No, ale dobrze, wracamy do rzeczywistości - miejsce jest wyjątkowe. Na pokładzie stoją, zapatrzeni w skały i zafascynowani ludzie, wszyscy jesteśmy pod wrażeniem wielkiego klifu.

Pod klifem. 
Z zamyślenia, wyrywał mnie marynarz z poczęstunkiem. Stanął przede mną - ni stąd, ni zowąd - z tacą pełną małych ciasteczek i kieliszków z winem. Zrobiła się piknikowa atmosfera. Ten sam człowiek, kilka minut później skoczył - na moich oczach - z prawej burty, wprost do oceanu. Zrobił to po mistrzowsku. To był pokaz i jednocześnie  zaproszenie, do wspólnego pływalnia. Zawahałem się - ale tylko na chwilę. Pomyślałem, że to jedyna okazja by popływać na głębinach oceanu. Gdy wypuściłem z rak liny sztormtrapu, fala nakryła mnie, uderzyła o burtę i zabrała ze sobą. Wypłynąłem kilka metrów dalej. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że Santa Maria jest wielka, a klif sięga aż do nieba. Ocean najpierw zrobił ze mną co chciał, a później pozwolił mi się rozkoszować swobodnym pływaniem. W wodzie, było nas kilkanaście osób. Reszta stała na pokładzie i przyglądała się nam z góry. Odwróciłem się twarzą do słońca i dałem się pośnięć fali. To przyjemne uczucie. No, ale cóż wszystko ma swój początek i koniec. Kwadrans później - byłem już na pokładzie.

Płyniemy na żaglach. 
Ruszyliśmy od Cabo Girao, w stronę Camara de Lobos. To jest ostatnia część tego rejsu. Mamy ciągle piękną pogodę - dużo słońca i lekki wiatr od zachodu. Załoga zaczęła rozpinać żagle. Statek się zmienia. To imponujący widok, jak stawiany jest wielki biały żagiel z czerwonym krzyżem, na środkowym maszcie. Patrzyłem jak  wszystkie wypełniają się wiatrem, a Santa Maria pięknieje. 

Camara de Lobos. 
Przeszliśmy we dwoje obok fokmasztu i po schodach dostaliśmy się na górny pokład, w części dziobowej - znaleźliśmy sobie miejsce, pod okrętowym dzwonem. Stąd, świetnie było wszystko widać, nikt nam nie przeszkadzał. Odwróciłem się na chwilę i zobaczyłem jak majtek, który wcześniej skakał z burty do oceanu, wspina się do bocianiego gniazda. Statek jak na paradzie, płynął pod pełnymi żaglami - mijaliśmy Camara de Lobos.

Madera widziana z pokładu statku. 
Pięknie wygląda Madera, z pokładu płynącego statku. Nad brzegiem w uroczych zakątkach, często nad urwiskami, usadowiły się hotele - różne: takie sobie i luksusowe. Wyżej - szczególnie w okolicach Funchal, od dziesiątków lat, można wypatrzeć okazałe rezydencje z ogrodami - nazywane tutaj Quintas. Jeszcze wyżej w swoich białych domkach, mieszkają zwykli ludzie. A nad nimi ciągną się lasy eukaliptusowe i duże przestrzenie wawrzynów. Tego wszystkiego zaś strzegą, nagie szczyty. Oto o obraz Madery,  który zabieramy ze sobą.

Funchal - z morza.
Zbliżamy się do portu - Santa Maria zrzuca powoli żagle i zgrabnie podchodzi do cumowania. To koniec, naszej morskiej podróży. To także, ostatni dzień poznawania Madery. Wszystko już od tej pory, będzie tylko pożegnalne - i dzisiejszy wieczór i jutrzejszy poranek. Na Avenida do Mar, czeka na nas żółty autobus do Machico. Żegnaj piękna Madero.

Koniec.


1 komentarz:

  1. Piekna wycieczka, ja tam jeszcze nie byłam, ale mam nadzieję pojechać. Też jestem miłośniczka kulinarnych podróż Makłowicza. W Niemczech byłam dwa razy w miejscach tam gdzie Makłowicz był z kamerą i gotował :) a to, że wsiadłeś do tego stateczku-łupiny Kolumba to Ci gratuluję odwagi, ja bym nie wsiadła, oczywiście ze strachu. No i piekny widok tych delfinów, wode rewelacyjnie klarowna.
    Pozdrawiam
    An

    OdpowiedzUsuń