poniedziałek, 17 lutego 2014

Łagów. Ziemia Lubuska.

          Nie żałuję, że byłem w Łagowie, żałuję - że nie byłem tam wcześniej. Tym razem, to był inny wyjazd niż wszystkie dotychczas. Nie jechaliśmy na urlop, na typowe wakacje czy na wycieczkę. Nie jechaliśmy nawet do Łagowa. To było rodzinne zaproszenie na ślub i wesele do Ośna Lubuskiego. Młodzi chcieli koniecznie pobrać się w naszej obecności, więc nie mogliśmy im odmówić.  Ucieszyła mnie perspektywa tej podróży, tym bardziej, że ta część lubuskiego, to piękny kawałek Polski. Na samą myśl, że mam jechać w tamte strony, poprawił mi się humor. Lubię Ośno i jego okolice z bezkresem zieleni łąk i lasów oraz pięknymi jeziorami, ze zjawiskowym uroczyskiem od zachodniej strony miasta, czy chociażby Doliną Lenki od północy. Fenomenalne jest i to, że nawet  miasteczko ma swoje własne jezioro. A więc lasy i jeziora - istne marzenie.  Mówi się  też podobno, że Ośno to miejsce gdzie czas się zatrzymał. Toś coś dla mnie - już nie znoszę pośpiechu.
Ośno Lubuskie
Jezioro w Ośnie Lubuskim.
            Przyjechaliśmy  w sierpniowe popołudnie i od razu  posadzili nas za stołem z rosołem. Po schabowym nie mogłem odmówić sobie spaceru, a potem pływania w jeziorze. To był dobry pomysł, przyszła wreszcie ulga i obojętność na wszystko.
- Ty pamiętaj, że przed nami jutro wesele - przypomniała mi Ela, jak tylko wróciłem do domu.
- No tak, rzeczywiście, jutro wesele. Oj może być ciężko, ale przecież nie musi - pocieszałem się w duchu przez chwilę.
            Zawsze lubiłem tu wczesne wstawanie, a najbardziej chłodek poranka, delikatny wiaterek od jeziora  i świergolenie ptaków. Jutro zrobię tak samo. To jednak nie wszystko, co mnie oswaja z tym miejscem. W samym Ośnie co parę kroków można się tknąć -  o kawałek porządnej historii. Nie da się przejść obojętnie przez środek miasteczka. Jest tu  jeden z najpiękniejszych  - w tej części Polski - neorenesansowy ratusz. Całkiem blisko, tuż za nim stoi wielkiej postury, kościół świętego Jakuba Apostoła, z końca trzynastego wieku, zbudowany z dużych gotyckich cegieł z boskim ołtarzem wewnątrz. To wszystko otoczone jest murami obronnymi, długimi  na ponad półtora kilometra. Ciekawe, przyjazne  i ładne miasteczko.
             No i przyszedł w końcu czas, weselnej  gorączki.  Idziemy parkową -  aleją Basztową, na ulicę Różaną. Już z daleka widać, jak zbierają się tłumy przed św. Jakubem. Przyjeżdżają i odjeżdżają samochody, robi się gwarno, a młodzi u wejścia do kościoła, szepcą  coś sobie  do ucha. Pojawiły się najlepsze garnitury i najmodniejsze sukienki. Kwadrans później siedziałem już w dziesiątej ławce po lewej stronie od ołtarza. Wiem bo policzyłem z nudów, w oczekiwaniu, na początek ceremonii. Wreszcie przyszedł moment gdy szepty, chrząkanie i stukanie obcasów w jednej chwili ustały, a z chóru od wysokich sklepień i zdobionych filarów - popłynęła  anielska Ave Maria. Ołtarz wypiękniał jeszcze bardziej, a przez kolorowe witraże wpadało do wnętrza coraz więcej złotych promieni. To była chwila, na którą wszyscy czekali. Jedyna taka, w całej okolicy, w maleńkim  miasteczku pośród bezkresnych łąk, lasów i jezior.
Brama  Marchijska  - Łagów
Łagów - Brama Marchijska.
            Łagów chodził za nami od dawna, rodził się długo, aż się urodził - tak przy okazji.  Z Ośnem pożegnaliśmy się o siódmej rano, dnia następnego. Wesele było już za nami, a my mieliśmy jeszcze trzy dni urlopu.  Na skraju miasteczka dolałem paliwa do baku i wolniutko, przez sosnowy las, szczere pola i nieco zaniedbane wioski dowlekliśmy się do Sulęcina. Potem dalej na południe, aż do wsi Poźrzadło, a stąd już był tylko żabi skok do Łagowa. Mniej więcej przed dziewiątą staliśmy przed bramą Marchijską.
- Ładnie tu  - powiedziała Ela, gdy tylko zatrzymałem samochód.
- No, tak ładnie - powtórzyłam, jakby sam do siebie.
- Fajnie, fajnie - dodała, odrobinę podekscytowana.
To był dobry początek dnia. I dzisiaj wszystko szło nam jak z płatka. Dobra decyzja i dobry wybór.
           Uliczki i domy były jeszcze zaspane. Zrozumiałem, że tu rytm życia jest inny, niż w mojej głowie. I pewnie dlatego pierwsze próby znalezienia pokoju, zakończyły się kompletnym fiaskiem. Ziewająca panna, w oknie z parterowej kamieniczki powiedziała, nam że przed jedenastą - to marne szanse.
- Dobrze, dobrze to nie może być powód do irytacji  - przeszło mi przez myśl.
Teraz już wiedziałem, że tutaj jest inaczej. No i dobrze, niech tak będzie.
- Skoro więc mamy tyle czasu, to chodźmy na spacer  - zaproponowałem pogodzony z tą sytuacją.
No i poszliśmy.
Łagów
Wjazd do Łagowa przez Bramę Polską. 
              Ni to wieś, ni miasteczko, sam już  nie wiem. Pewne jest tylko to, że są tu dwie duże, wiekowe bramy: Marchijska i Polska -  i są dwa jeziora: Łagowskie i Trześniowskie, a pośrodku stoi stary zamek Joannitów. Bramy łączy niewiele ponad stumetrowa uliczka, a jeziora - przesmyk między nimi. Wyjątkowo urocze miejsce, naturalna i fenomenalna konfiguracja terenu i zabudowy. To dobrze, że zaczęliśmy od spaceru, od razu otworzyły nam się oczy.
- To ja cię namówiłam, żeby tu przyjechać - pochwaliła się w pewnej chwili, zupełnie nie pytana Ela. No cóż, miała rację. To był rzeczywiście  dobry wybór. Przybiliśmy piątkę, a ona uśmiechnęła się i ruszyliśmy dalej.
             Łagów to dawna, czternastowieczna osada związana nierozerwalnie z historią Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana czyli Joannitów. To właśnie ich zamki -  Margot i Krak des Chevaliers do dzisiaj stoją w na terenie Syrii, a resztki fortyfikacji na greckiej wyspie Rodos. W Polsce ich siedziby, a w zasadzie to co po nich pozostało, można znaleźć w Starym Drawsku koło Czaplinka i Swobnicy nad jeziorem Grodziskim.
- My tu gadu, gadu, bajdurzysz mi coś o zakonnikach, a pokoju jak nie ma,  tak nie ma - wykrztusiła wreszcie z siebie zniecierpliwiona  Ela.
- Chodź no coś załatwimy, bo zostaniemy pod gołym niebem - dodała, po chwili stanowczo.
Od tej pory sprawy potoczyły się błyskawicznie. Po kwadransie - bez wysiłku i biegania - mieliśmy pokój w hotelu Defka. Hotel ani lepszy ani gorszy, pokój też taki sobie, ale za to poznaliśmy wyjątkową osobę. Stała za bufetem: uśmiechnięta, miła, uprzejma i przyjazna, a do tego jak się okazało dobrze karmiła. Żałuję, że nie pamiętam jej imienia. Byliśmy więc w cudownym miejscu, mieliśmy  piękną, słoneczną pogodę, no  i troskliwą bufetową. Czy trzeba czegoś więcej?     
            
Brama Polska
Widok na Bramę Polską z zamku.
            Zjedliśmy nasz pierwszy obiad, a potem ruszyliśmy na zamek. To próżne i banalne, ale ja chciałem po prostu wejść na wieżę i zobaczyć to wszystko z góry. Robiłem sobie jakąś nadzieję na niepowtarzalny widok. Tylko to mnie teraz nakręcało.
            Zamek góruje nad wszystkimi domami, więc nie trudno go znaleźć. Szerokimi, skrzypiącymi schodami weszliśmy na dziedziniec, przykryty szklanym dachem i wtedy Ela zaproponowała przerwę na kawę. Pomysł był dobry, miejsce przyjemne więc bez wahania zgodziłem się. Zostaliśmy tu na jakiś kwadrans, a potem znowu ruszyliśmy w górę. Kamiennymi schodami w okrągłej wieży człapaliśmy coraz wyżej i wyżej. Co chwilę zadzierałem głowę szukając światła oraz wyjścia na platformę widokową. I wreszcie podmuch wiatru dał znak, że schody zaraz się skończą. Moja nadzieja spełniła się - uwielbiam takie chwile. Zupełnie jak w teatrze, gdy  kurtyna idzie w górę i daje początek nowej opowieści.
- Kurde, zobacz jaki piękny widok - wyrzuciła z siebie zadyszana Ela.
- Faktycznie, jest na co popatrzeć - dodałem .
Z jednej strony wśród soczystej zieleni rozlewa się turkusowe jezioro Trześniowskie, a z drugiej bardziej ciemne - Łagowskie. No i lasy, w nieskończoność -  lasy. A pod zamkiem murowane bramy i maleńka uliczka, przyozdobiona parterowymi domkami, kościół i sędziwy, rozłożysty dąb. Co za widok - palce lizać.
Łagów
Panorama  na jezioro Trześniowskie z zamkowej wieży. 
          Łagowski zamek powstał w połowie czternastego wieku. Zbudowano go solidnie z kamienia i z cegły na lekkim wzniesieniu, w przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami. Najbardziej warowna jest część od strony południowej i zachodniej, tu znajdowały się otwory strzelnicze i wyrzutnie pocisków. Wieża, wysunięta jest nieco poza obręb murów i składa się z kwadratowej podstawy wysokiej na około osiem metrów oraz wznoszącego się na niej 35 metrowego, ceglanego cylindra.
          Historia wspomina, że najpierw byli tu Templariusze, a potem pojawili się na kolejne 400 lat Joannici. Po kasacie zakonu, tutejsze ziemie przeszły w ręce bogatych rodów brandenburskich i tak sprawy miały się, aż do końca II wojny światowej. Teraz mieści się tu - tak mi się wydaje - dobrze prosperujący hotel.
Łagów widziany z jeziora.
           Następnego dnia wstałem skoro świt. Chciałem zobaczyć, jak życie budzi się na jeziorze. Sposobność była wyjątkowa, bo taras z naszego hotelu schodził wprost do lustra wody jeziora Łagowskiego. Zabrałem ze sobą filiżankę kawy i usiadłem na ostatniej desce, tuż przy drewnianym słupku. Nagle zorientowałem się, że nie jestem sam, usłyszałem za moimi plecami, cichą rozmowę dwóch mężczyzn. Po chwili ktoś do nich dołączył. Nie oglądałem się, aż jeden z nich usiadł blisko mnie i zapytał retorycznie - pięknie, co? Zrozumiałem, że oglądanie jeziora o tak wczesnej porze, to nie jest tylko mój patent. Wyglądało mi to prawie na jakiś rytuał, w który mimowolnie się wpisałem. Panowała cisza, a nad wodą unosiła się lekka mgiełka. Mężczyźni byli mili, ale nie chciało mi się z nikim gadać. Odstawiłem filiżankę i delikatnie zsunąłem się do wody. Powoli, prawie bezszelestnie odpływałem, w stronę drewnianego pomostu po przeciwnej stronie. Obejrzałem się jakby na pożegnanie i wtedy wszyscy do mnie pomachali. Gdy wróciłem po kwadransie, moja kawa była już zimna.
Na jeziorze Łagowskim.
        Bufetowa znowu była uśmiechnięta, a to dobrze wróżyło na cały dzień. Do tego jakby czytała w moich myślach i zaproponowała jajecznicę na boczku. Tego się nie zapomina - boskie danie, cudne śniadanie. Plan na dzisiaj mieliśmy gotowy - pływamy po jeziorach. Pół godziny później wyszliśmy z "Defki" i  bez pośpiechu ruszyliśmy w stronę Bramy Polskiej. Tam  po prawej jest  mała przystań oraz wypożyczalnia kajaków i rowerów wodnych.
- O to chodziło, o to chodziło -  wyrwało mi się, gdy tylko doszliśmy na miejsce. Byłem wniebowzięty.
        Przy spokojnej wodzie odbiliśmy od pomostu  na jezioro Łagowskie, kierując się najpierw w prawo od przystani, w stronę ośrodka leśników, a potem pensjonatu Rybakówka. Toń wody jest tu  ciemna, a całość dopełniała soczysta, nadbrzeżna zieleń, pochylone drzewa i zwalone do wody konary. Pogoda wymarzona  - wspinające się powoli słońce ciągle jest z nami.
Wędkarska stanica.
           I tak znaleźliśmy się w miejscu, w którym rytm życia wyznacza natura. O wszystkim decyduje słońce, wiatr i woda. Nigdzie nie należy się spieszyć, a nawet gdybyśmy chcieli, to i po co ? Od początku  towarzyszą nam zamyślone łabędzie, wszędobylskie krzyżówki i cyranki. W przybrzeżnych domkach, stanicach i pensjonatach, budzi się dopiero życie, a na sznurkach furkocze wczorajsze pranie. I tak zupełnie zrelaksowani, bez pośpiechu dopłynęliśmy na przeciwległy skraj jeziora. Tu zrobiliśmy  zwrot  - lewa na burt - i wracamy w stronę wystającej z nad drzew zamkowej wieży.
Jezioro Łagowskie.
         Podobno tutejszy klimat należy do najłagodniejszych w Polsce, a rozległe tereny dorodnych lasów, łagodzą zmiany zarówno temperatur jak i wiatrów. Powstaje mikroklimat wpływający pozytywnie na ludzki organizm. Nie ma tu więc zjawisk gwałtownych i  jest to środowisko przyjazne człowiekowi.
         Nie jestem wędkarzem, ale mówi się, że w  obydwu jeziorach jest sporo ryb. W wielu miejscach widać wąskie, drewniane pomosty wysunięte z lasu. Pomyślałem więc, że to dobre miejsca do podglądania przyrody, ale przede wszystkim dogodne do wędkowania. Wiele starych drzew pochyla się na wodą - jakby przeglądały się w lustrze. Inne zaś już dawno poległy, a ich kikuty sterczą jak grzędy dla ptactwa.

        Drugie śniadanie zjedliśmy na środku jeziora, to była wyjątkowa biesiada - wprosiło nam się bez ceregieli kilka kaczek i łabędzi. Nie to, żeby były nachalne, ale przypłynęły, były, patrzyły  i prosiły. Trzeba więc było się podzielić - po prostu nie było innej rady. Ptactwa tu co niemiara, można nawet podobno spotkać czarnego bociana, żurawia, a nawet bielika. Jezioro, las, słońce i cisza - no właśnie, wszechobecna cisza. Tak to tutaj jest.  Cudowne miejsce. A my na środku jeziora.

          Zbliżyliśmy się do przesmyku pomiędzy jeziorami, zamek rósł w oczach i stawał się coraz większy, a po prawej stronie  otwierał się  wąski i niewielki kanał.
- Zobacz Ela, tędy przepłyniemy na jezioro Trześniowskie - powiedziałem tak sobie, od niechcenia.
- I co, myślisz, że powinniśmy tam płynąć, jesteś tego pewien? -  zapytała z nutką lęku i jakby jakiejś obawy w głosie.
- No pewnie, nic się nie bój, wszystko będzie dobrze - odparłem zdecydowanie. Tak, żeby wiedziała, że może na mnie polegać. Nie chciałem, żeby miała jakiekolwiek wątpliwości.
          To było dobre miejsce, bo dużo tu cienia. Kiedyś była tu podobno 30-metrowa fosa, która z czasem została poszerzona i pogłębiona, by połączyć właśnie te jeziora. Powoli wpływaliśmy w nową jasną przestrzeń, a coraz większa  błękitna tafla  skrzyła się od bezlitosnego słońca. Jezioro Trześniowskie jest  długie na jakieś pięć kilometrów, raz węższe, raz szersze, ale na pewno  bardzo głębokie. To jezioro rynnowe i spada jak fiord gwałtownie w dół na kilkadziesiąt metrów. Tu woda jest bardziej przejrzysta, niż na Łagowskim. Tak mi się przynajmniej wydaje.
             Zrobiło się gorąco, a ja nabrałem ochoty do pływania. Pod nami głębia - do dna prawie sześćdziesiąt metrów, więc zapaliła mi się czerwona lampka. Ela połapała chyba w lot o co chodzi, więc zapytała nagle - a może lepiej będzie bliżej brzegu, co?  Miała rację, więc zgodziłem się bez namysłu.  Byliśmy na wodzie, w pobliżu  góry Bukowiec - to piękna okolica. Dobrze, płyniemy więc do brzegu - powiedziałem, bardziej chyba sam do siebie, a nie do Eli. Jak zwykle w takiej sytuacji uśmiechnęła się i ruszyliśmy powoli w stronę nadbrzeżnego cienia. Po prawej ręce, za szuwarami pojawił się  niespodziewanie niewielki, drewniany pomost, na krańcu którego stał stary nie płochliwy i pewny siebie kaczor. Spojrzał na nas  bez lęku i obawy, tak jakby chciał nam coś powiedzieć, a może nawet i przestrzec. Nie wiem, ale coś w tym było niezwykłego. Zrobiliśmy mu na pamiątkę zdjęcie i ruszyliśmy powoli dalej.
- Może to jakiś zaczarowany książę - powiedziała, po chwili Ela.
- Może tak, może tak - odezwał się niespodziewanie głos od strony bukowego lasu.
- Może tak - powtórzył się raz jeszcze. Zobaczyłem jak na twarzy Eli maluje się zdumienie i zakłopotanie.
- Mówiłeś coś?  - zapytała z niedowierzaniem.
- Nie, nie, nic nie mówiłem - rzuciłem jakby na odczepnego i obejrzałem się za siebie. Na pomoście było pusto. Na brzegu też nikogo nie było.  Wziąłem do ręki aparat i przycisnąłem funkcje ostatniego zdjęcia. Tu również nie było kaczora, był tylko kawałek pomostu na tle turkusowej toni. Co jest? - pomyślałem, przecież robiłem to zdjęcie. Coś jest nie tak. Gdzie jest ten cholerny  kaczor? Gdzie on się podział? Nie dawało mi to spokoju. Zamknąłem aparat i podałem go Eli.
- Wiesz co, nie widzę zdjęcia z tym twoim księciem, chyba coś jest nie tak - dodałem.
- Faktycznie, nie ma go - powiedziała po chwili.
- No nie ma, pewnie nie zrobiłeś tego zdjęcia - odezwała się dość stanowczym tonem.
- No jak, nie zrobiłeś, jak nie zrobiłeś przecież zdjęcie jest, tylko nie ma na nim kaczora. No tak, czy nie?
- No nie ma, rzeczywiście  - odpowiedziała niepewnym głosem. To ja już sama nie wiem,  co o tym myśleć.
- Dziwna sprawa, nie sądzisz? - zapytała ponownie.
- No dziwna, masz rację  - odpowiedziałem. Dziwna - powtórzyłem raz jeszcze.
Stary kaczor na jeziorze Trześniowskim.
         Powoli wpłynęliśmy w cichą i osłoniętą trzcinami zatoczkę.  To płytkie miejsce z małą półkolistą, piaszczystą  plażą - wymarzone  na dłuższy postój. Część osłonięta jest cieniem wielkiego, rozłożystego i pochylonego w stronę jeziora buka. Woda  kryształowo czysta i do tego rześka.
- Doskonałe miejsce, można by się tu zadekować nawet  na  pół dnia  - powiedziała zachwycona Ela.
Myślałem tylko o kąpieli, więc nic się nie odzywałem. Położyłem się spokojnie  na wodzie i odpłynąłem na dwadzieścia, może trzydzieści metrów, a potem zanurkowałem w poszukiwaniu dna. Nic z tego, miałem pod sobą tylko głębinę. Zawróciłem ku brzegowi i ponowiłam próbę. Tym razem było inaczej  - zobaczyłem dobrze oświetloną,  piaszczystą, łagodnie spadającą w dół skarpę. Wyszedłem na brzeg i położyłem się obok Eli, a potem chyba na chwilę zasnąłem. Cudowny dzień.   Pół godziny później byliśmy już z powrotem na jeziorze.  Przed nami nie było nikogo, żywego ducha - zostaliśmy zupełnie sami. Tylko słońce, woda, bukowe lasy i delikatne podmuchy wiatru. Gdy już myślałem, że jesteśmy skazani wyłącznie  na siebie, zza trzcin wyłaniała się niewielka łódka, ale po chwili znikała i znowu byliśmy tylko we dwoje.
- Jesteśmy daleko od zamku, a końca jeziora ciągle jeszcze nie widać - odezwała się jakby trochę zaniepokojona Ela.
- Wiem, bo to diabelnie długie jezioro - odpowiedziałem.
Niebo było czyste i nic nie zapowiadało zmiany pogody. Słońce jednak stawało się coraz bardziej dokuczliwe.
- Jeżeli chcesz możemy zawrócić - zaproponowałem.
- Wiesz co, tu jest cudownie, ale czuję jakiś niepokój - przyznała się.
Spojrzeliśmy na siebie i bez słów rozpocząłem nawrót.  Późnym popołudniem wpłynęliśmy ponownie, do kanału łączącego obydwa jeziora. To był udany dzień. Ela była zmęczona, ale chyba szczęśliwa.
Nie wiem, czy dojdę do Defki, taka jestem głodna. Usiądźmy tu, może coś dostaniemy do zjedzenia - nalegała.
Klapnęliśmy więc przy pierwszym stoliku na tarasie restauracji niedaleko Bramy Polskiej. Nie obiecywałem sobie tu nic szczególnego, ale przynajmniej zrozumiałem, że też jestem zmęczony i głodny. Woda wyciągnęła z nas wszystko. Kelnerka zjawiła się szybko, była miła i sympatyczna. Przyjęła zamówienie i tak samo szybko zniknęła. Nie pozostawało nam teraz nic innego jak tylko czekać, na spóźniony obiad. W pewnej chwili zupełnie  od niechcenia wziąłem do ręki aparat  i z nudów zacząłem przeglądać zdjęcia.
- No nie, no nie, ale numer - wyrwało mi się nagle.
Na ostatniej klatce zobaczyłem starego kaczora na drewnianym pomoście, tam gdzie zrobiłem mu zdjęcie. Tylko stał tak jakby trochę inaczej.
- To coś niewiarygodnego zobacz - powiedziałem do Eli podając jej aparat. Odnalazł się twój książę. - Nie rozumiem, nic nie rozumiem, no chyba, że to są jakieś czary - odpowiedziała, mrużąc oczy.
- Coś ci powiem - wtrąciłem się.
- Tego nie da się inaczej wytłumaczyć, to po prostu pachnie magią, może w coś się zaplataliśmy - powiedziałem mocno ściszonym głosem.
- No ty chyba głupi jesteś - zaprotestowała, ale również  szeptem tak jakby bała się, że ktoś może nas usłyszeć.
- Może tak, a może nie, zobacz tylko na tego czarnego kota, który siedzi tam na murku i cały czas ci się przygląda -  ciągnąłem dalej. Ma nienaturalnie, błyszczące zielone oczy i jakby nas pilnował.
Co? Widzisz go?
- Przestań bo czuje ciarki na całym ciele, nie strasz mnie - prosiła, łypiąc oczyma raz na kota, raz na mnie.
I wtedy  przyszedł  obiad.  W ciszy zabraliśmy się do  jedzenia i do ostatniego kęsa już nie padło ani jedno słowo.  Gdy podniosłam wzrok z nad talerza, kota już nie było. Stał tam stary gliniany wazon z kwiatami. Teraz ja poczułem ciarki na plecach. Nie chciałem jednak ciągnąć tego tematu, zmęczenie brało nade mną górę.  Teraz mogliśmy wracać do hotelu.
Łagów
Jezioro Trześniowskie.
         Ten ranek był jeszcze piękniejszy od wczorajszego. Powietrze przyjemnie  rześkie i dużo ostrego światła od wschodniej strony. Poranne pływanie w jeziorze mam już za sobą i jestem teraz jak młody bóg. Tak mi się przynajmniej wydaje.  Jeszcze tylko śniadanie i coś musimy ze sobą później zrobić. Nie wiem co, ale nie martwi mnie to. Nic mnie tu nie martwi, wypoczywam jak nigdy, więc wsłuchuję się w ciszę, ewentualnie w to co czasami  mówi Ela. A ona na dzisiaj wymyśliła spacer po okolicy. Banalne - no, ale  cóż może to i dobry pomysł.  Usiadłem w fotelu i spojrzałem na mapę. Tak, to niezły plan - pomyślałem. Wokół jeziora Łagowskiego wytyczona jest trasa spacerowa - tak na moje oko -  na jakieś osiem kilometrów.  Lubię łazić po lesie, tym bardziej nad jeziorem.
        Najlepiej zacząć, w samym centrum starego Łagowa, koło wypożyczalni sprzętu wodnego - tam, gdzie byliśmy wczoraj. Szlak jest oznakowany w obu kierunkach, więc to do nas należy decyzja, w którą stronę pójdziemy. Pomysł mi odpowiadał, ale jednak jakoś tak się złożyło, że nie  doszliśmy do tego miejsca.  Do tej pory nie wiem dlaczego, ale coś nas zatrzymało  - nie wiedzieć co - pod rozłożystym  dębem przy zamku, niedaleko starego kościoła parafialnego. Chwilę postaliśmy i parkową alejką ruszyliśmy w stronę  bazy szkolenia nurków. Trasa z mapy była już nieaktualna. Szliśmy teraz  wzdłuż brzegu, podziwiając lśniącą taflę jeziora Trześniowskiego. Piękny widok. Potem ścieżka zaczęła odchodzić w lewo, oddalając się powoli od brzegu i zaczęło się łagodne wznoszenie. Tak doszliśmy  do starego cmentarza na Sokolej Górze. Tu światła było coraz mniej. Omszałe zaniedbane miejsce wiecznego spoczynku ludzi chowanych tu w dalekiej przeszłości, przypominało fenomenalną scenografię do upiornego filmu.   Stare połamane, zabytkowe płyty nagrobne u stóp pokręconych klonów jaworowych i grabowej alei, otulone były wszechwładnie zgniłozieloną pajęczyną płożącego się bluszczu. Na myśl, że mógłbym znaleźć się tu w nocy, ciarki przeszły mi po plecach. A potem na chwilę zawładnęła mną  pustka, stałem i gapiłem się bezmyślnie i nie mogłem zrobić ani kroku, jakby coś mnie trzymało w jednym miejscu, aż do chwili gdy poczułem jak paznokcie Eli wbijają się  powoli w mają dłoń. Nic nie mówiła, ale zrozumiałem, że dopiero teraz jestem wolny i mogę już odejść.  Szła przede mną i minęliśmy kolejne groby schodząc coraz szybciej ze zbocza, aż w końcu biegiem dotarliśmy do kina Świteź. Tak na wszelki wypadek obejrzałem się za siebie  jeszcze kilka razy i o mały włos  nie przewróciłem się na niewielkim uskoku. Zatrzymaliśmy się  dopiero przed starym, domem na  zakręcie przy ulicy Chrobrego. Tutaj już  wszystko wyglądało normalnie.
- Co nas skusiło, co nas skusiło żeby tędy leźć - mówiła, jakby do siebie zaziapana Ela.
- Ty mnie skusiłaś, ty zawsze mnie kusisz, a co skusiło ciebie to ja już nie wiem. Moim zdaniem było fajnie, będziesz przynajmniej miała co wspominać - mówiłem spokojnie, celebrując każde słowo z osobna.
- A teraz daj rękę i chodź, pójdziemy do przystani, coś trzeba przecież zrobić z resztą tego tak ciekawie rozpoczętego dnia - zaproponowałem w nadziei, że to ją uspokoi. I rzeczywiście - uspokoiło.
Wiadukt kolejowy
Wiadukt kolejowy w Łagowie.
         Jest w Łagowie jeszcze jedno ciekawe miejsce, które warto zobaczyć - to stary, pochodzący z 1909 roku wiadukt kolejowy. Aby tam dotrzeć - trzeba przejść ulicą Zamkową, do Mostowej w kierunku Żelechowa. Już z daleka widać, tę imponująca konstrukcję. Wiadukt jest długi na czterdzieści i wysoki na dwadzieścia pięć metrów. Tworzą go trzy regularne łuki zawieszone nad drogą. To przykład wyjątkowego kunsztu inżynierii tamtych czasów, połączony z wykwintnym smakiem projektanta - estety. Wiadukt jest przystojny, wysoki i zgrabny. Oglądanie go z dołu, przyprawia o lekki zawrót głowy, a z góry upaja pięknym widokiem na Łagów i okolicę. Zaprasza do siebie wygodnymi schodkami od strony ulicy.
                No i wreszcie  przyszedł dzień wyjazdu. Żegnamy więc łagowskie lasy, jeziora i stary zamek Joannitów, żegnamy Defkę i panią bufetową, panienkę z okienka, starego kaczora, który być może jest zaczarowanym księciem i czarnego kota z zielonymi oczami.

Koniec

PS.
Łagów to cudowne miejsce na mapie Polski - zdecydowanie polecam.
Noclegi znajdziecie na stronie -  http://www.lagow.pl/hotele-lagow.html


3 komentarze:

  1. wspaniale się czyta, super!

    OdpowiedzUsuń
  2. Turkusowe jest zdecydowanie Łagowskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może tak jest. Wszystkiego dobrego.
      Pozdrawiam
      Kris

      Usuń