niedziela, 15 lutego 2015

Bawaria (cz. II.)

Opole - Salzburg - Prien - pałac na wyspie Herrenchimsee na jeziorze Chiemsee - Zugspitze (2962 m n.p.m.) - Garmisch-Partenkirchen - klasztor Ettal (cz.I.) - zamek Linderhof - zamek Hohenschwangau - zamek Neuschwanstein - Fussen - Monachium (cz.II.)
...................................................................................................................................................................
Przed barokową fasadą zamku, pomiędzy dwiema wielkimi donicami pełnymi niebieskich kwiatów - kręcili się młodzi, rozgadani Japończycy. Rozmowy ustały, a gwar zamienił się ciche wyczekiwanie, gdy energicznym krokiem podeszła do nich szczuplutka, rudowłosa dziewczyna w zwiewnej sukience i słomkowym kapeluszu. Uśmiechnęła się i powiedziała do zebranych miłym ale stanowczym głosem ,,Attention please. We are in the smallest but the most beautiful castle of King Ludwig II of Bavaria in Linderhof ". No, cóż mieliśmy więc przed sobą grupę turystów z dalekiego wschodu z prześliczną przewodniczką. Pomyślałem, że może warto posłuchać, tym bardziej, że wszystko działo się w pięknej scenerii, a my już dzisiaj nigdzie się nie spieszyliśmy.




Przed nami tarasowy ogród z malowniczą fontanną i pozłacaną figurą Flory z aniołkami. Jego południową część zamyka położona na wzgórzu świątynia grecka z posagiem Wenus. Wyjątkowa sceneria, niczym do teatralnego spektaklu w plenerze. Wszyscy byli zachwyceni - my także. No i co? - zapytałem spoglądając na Elę. Tu jest pięknie - powiedziała na głos, jakby chciała żeby wszyscy to słyszeli.

Ogrody w Linderhof.
Linderhof to kolejny zamek bawarskiego króla Ludwika II, to jego kolejne spełnione marzenie. Tu zresztą podobno przebywał najczęściej. Ten z natury pacyfista, miłośnik sztuki i jej mecenas, angażował wielkie pieniądze w tego typu przedsięwzięcia. Było to coś w rodzaju jego idee fixe. Oddany był architekturze, ale jeszcze bardziej uwielbiał muzykę - przede wszystkim Richarda Wagnera. Ludwik był człowiekiem wyjątkowym - tworzył baśniowy świat na ziemi. Sam zresztą wyglądał jak wypisz wymaluj królewicz z bajki - a więc wszystko układało się w logiczną całość. Na dowód tego - jaki był Ludwik, warto może przytoczyć słowa Wagnera, który napisał kiedyś o nim, tak..... ,,Na swoje nieszczęście był on tak przystojny i wrażliwy, tak uduchowiony i szczery, że obawiam się, iż jego życie po prostu zniknie jak jakiś boski sen". No i tak zresztą stało się. Król zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, na jeziorem Starnberger w wieku zaledwie 41 lat.

Mauretański pawilon w Linderhof.
W Linderhof najpierw postawiono  myśliwski pałacyk. Jego rozbudowa w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku sprawiła, że w końcu powstała tu wytworna rezydencja. Zmieniał się nie tylko budynek główny, ale także jego otoczenie - park i ogrody. Wszystkie komnaty przez, które przechodziliśmy są w baroku i rokoko, zdobione z niezwykłym przepychem. Zaś w jadalni jest czarodziejski stół,  który wraz z nakryciem wyłania się wprost z podłogi. Takie bajkowe cudo - jak to w baśni u braci Grimm.  Po godzinie wróciliśmy do pełnych słońca ogrodów. Ich urok polega na tym, że są na kilku poziomach, a co i rusz fontanny, kaskady, pozłacane posągi i figury, nie mówiąc o ustronnych zakątkach - gdzie można posiedzieć w spokoju. I do tego trawniki - pierwsza klasa. Posiedzieliśmy więc tak  sobie, tylko we dwoje - chyba z kwadrans. Potem ruszyliśmy w stronę mauretańskiego pawilonu, by w końcu stanąć przed wejściem  do groty Wenus. To tutaj nad małym jeziorkiem, odbywały się za czasów króla Ludwika wagnerowskie koncerty. W sumie spędziliśmy w Linderhof  kilka godzin, a ja nawet nie czuję zmęczenia.  To bardzo urocze i przyjazne miejsce.

Bawarska wioska - widok z naszego okna.
Tym razem noc spędziliśmy we Pfronten. Zaciszny hotelik, miła starsza pani w recepcji, cisza, spokój i ładne widoki - to najogólniej rzecz biorąc, wszystko co można powiedzieć o tym miejscu. Spojrzałem z balkonu w stronę kościoła i przyszło mi do głowy, że moglibyśmy jeszcze dzisiaj pospacerować po okolicy. No i poszliśmy. Ład i porządek jak to w Bawarii, stylowe i malowane domy oraz  pobliskie góry tworzą przyjemną scenerię. W drodze powrotnej poczułem jak wiatr uderzył mnie w plecy i od razu zrozumiałem, że idzie zmiana pogody - od zachodu nadciągały ciemne chmury. Przyspieszyliśmy kroku i po raz pierwszy od kilku dni zacząłem się denerwować. Co to ma być? - zadałem sobie w duchu pytanie. Zaczęło padać - coraz mocniej i mocniej. Co ja komu zrobiłem, że muszę teraz iść w takich strugach deszczu? Wpakowałem się jak głupek, nie mamy nawet gdzie się teraz schować. Szliśmy zmoczeni do cna wąską, asfaltową dróżką przez środek wielkiej łąki. Nie mieliśmy ani kurtek przeciwdeszczowych ani parasolki - nie mieliśmy nic. Szliśmy coraz szybciej, zaczęliśmy nawet podbiegać. Nagle nie wiedzieć czemu przyszła mi do głowy myśl, żeby Elę wziąć na barana i galopem lecieć z nią do pensjonatu. Kiedy sobie przez chwilę, tę scenę wyobraziłem - zacząłem zanosić się śmiechem, tracąc  nad tym trochę  kontrolę - aż poleciały mi łzy. Na szczęście oprzytomniałem i uzmysłowiłem sobie, że  - przecież nic głupszego, nie można było wymyślić. Z czego tak rżysz? - zapytała Ela. Sam nie wiem, chociaż wiem, ale opowiem ci w hotelu - dobrze? Kiwnęła głową. Zwolniliśmy - już wszystko było nam obojętne. To co, że pada - powiedziała, jak gdyby chciała dodać mi sił.  To nie jest żaden dramat, takie rzeczy się zdarzają - tak po prostu. Zdarzają się i tyle - no i co z tego, że zmokniemy. Boże, jaka ona jest mądra pomyślałem i podałem jej rękę. Do pensjonatu było jeszcze daleko, a poprawa pogody nam nie groziła. Szliśmy tak trzymając się za ręce - ona się śmiała i ja się śmiałem. Nie mieliśmy na sobie żadnej suchej rzeczy.

Pfronten - tu zawsze można znaleźć jakiś nocleg.
Rano lało jeszcze bardziej - dzisiaj nie było nam już do śmiechu. Kiedy się obudziłem, deszcz bębnił wciąż o szybę balkonowego okna. Byliśmy chyba rozpieszczeni nadmiarem dobrej pogody i dlatego tak daliśmy się wczoraj zaskoczyć. Siedzimy teraz na balkonie z mapą rozłożoną na kolanach i szukamy dobrej drogi do Neuschwanstein. Wyszło nam, że przez Fussen będzie niecałe dwadzieścia kilometrów. W czasie jazdy deszcz był coraz słabszy, aż wreszcie ustał. Wróciła nadzieja, ale woleliśmy nie krakać - byliśmy pokorni. I tak, z tą pokorą dojechaliśmy do dużego parkingu pod murami zamku Hohenschwangau.

Zamek Hohenschwangau.
Ten neogotycki zamek należał bo bawarskiej rodziny królewskiej - jego wielkim atutem jest atrakcyjne położenie. To rodowa posiadłość króla Ludwika II - tego samego, o którym wspominałem przy okazji naszej wizyty na wyspie Herrenchiemsee i w Linderhof. Mieszkał tu ze swoja rodziną: ojcem Maksymilianem, matką Marią Fryderyką i bratem Otto. Wprawdzie była to ich letnia rezydencja, ale spędzali tu sporo czasu. Ludwik dorastał tu i był bardzo przywiązany do tego miejsca. Po śmierci ojca pozostał w Hohenschwangau i czuł się tu na tyle dobrze, by kierować stąd realizującą wielu swoich planów. Jednym z jego fenomenalnych pomysłów z tego okresu była budowa zamku, który miał być wielką teatralną sceną dla wagnerowskich dramatów muzycznych - tak powstawał zamek Neuschwanstein. Ciekawe było jednak nie tylko to, co budował, ale także - jak budował. Nowy zamek powstawał w niewielkiej odległości od Hohenschwangau, a wszystko co się tam działo było doskonale widać, przez lunetę ustawioną na dziedzińcu starego zamku. Ludwik codziennie, obserwował postępy na budowie. Był podobno w tym bardzo konsekwentny. Co i rusz wysyłał więc gońców z uwagami i wskazówkami do Neuschwanstein. Szczerze mówiąc nie wiem; czy był to dowód na doskonałą organizacje pracy, czy też może przejaw zwykłego lenistwa. Jak było tak było, ale wybudował zamek na tyle imponujący, że do tej pory zjeżdżają tu miliony ludzi z całego świata  - by go oglądać.

Rodowy zamek Ludwika II.
Spędziliśmy w starym zamku, ponad dwie godziny. Spacerując po dziedzińcu i  oglądając wnętrza, miałem wrażenie jest to rzeczywiście opuszczony dom rodzinny z wszystkimi jego atrybutami, a nie tylko chłodne muzeum z gablotami. To był dom bogato, gustownie i wygodnie - jak na tamte czasy - urządzony. Ten zamek, to zawsze było szczęśliwe miejsce, omijały je wszelkie kataklizmy, nie imały się go ani pioruny, ani pożary, nie ucierpiał też podczas żadnej z wojen. Ostatnim jego rezydentem był książę Ruppert Bawarski. Szczęśliwe miejsce - no tak, mogę to potwierdzić bo i dla nas było szczęśliwe. Tu wróciło do nas  słońce. Prawie dobę wisiały nad nami czarne chmury i lało jak z cebra, dopiero tutaj w zamku Hohenschwangau ponownie zaświeciło. Najpierw wychyliło się nieśmiało zza sinej, postrzępionej chmury, odbiło kilka promyków od szyby w zamkowym oknie, by po chwili rozświetlić całe wzgórze. Byliśmy happy - okazało się, że zamek Hohenschwangau jest szczęśliwy także i dla nas.

Zamek Neuschwanstein.
Ze starego zamku - doskonale widać Neuschwanstein. Można tam dostać się na kilka sposobów: autobusem, bryczką lub tak jak my - idąc górskimi ścieżkami. Król Ludwik dla swoich budowli wybierał zawsze nietypowe miejsca - taka lokalizacja miała ekscytować i wzbudzać podziw. Tak właśnie było i tym razem. Zamek Neuschwanstein został wybudowany w niesamowitej, nieziemskiej scenerii, wysoko nad wąwozem Pollat, po przeciwnej stronie doliny. Czytałem kiedyś, że jest to najbardziej malowniczo położony zamek na świecie i nie zamierzam z tym polemizować, bo chyba tak jest.

Zamek Neuschwansteim  - widziany z mostu Marienbrucke.
Przed nami ponad kilometrowy spacer - słońce wróciło, więc mamy wszystko czego nam trzeba. Trochę czasu straciliśmy w kolejce po bilety no, ale cóż - tak bywa. Jeszcze tylko po kanapce własnej roboty, łyk herbaty z termosu i w drogę. Im wyżej tym piękniejsze widoki - ostatni rzut oka na jezioro Alpsee i zamek Hohenschwangau i znikamy w wysokim lesie. Niepokojące jest jedynie to, że wokół nas jest coraz więcej ludzi, robi się tłoczno i to mi się nie podoba. Wreszcie dotarliśmy do mostu, który wisi wysoko nad wodospadem. Jest on fenomenalnie wkomponowany w skalne przyczółki - nad wielką przepaścią. To pochodzący z połowy dziewiętnastego wieku, słynny most Marienbrucke - miejsce, z którego widać w całej okazałości zamek Neuschwanstein oraz cudowną panoramę okolicznych gór i jezior. Chciałem wejść na most - ale się przestraszyłem. Było tak tłoczno, że nie można było tam wsadzić nawet przysłowiowej szpilki. Wszyscy byli rozgadani i zajęci robieniem zdjęć, nic więcej ich nie interesowało. Przykucnąłem na chwilę pod wielkim świerkiem i spojrzałem na nich jeszcze raz. Może lepiej zaczekać - pomyślałem. Po chwili przewodnicy zabierali swoje grupy i ruszali w dalszą drogę. Ulżyło mi. Zostaliśmy tylko we dwoje, wreszcie zapanowała cisza. Teraz zamek należał już tylko do nas, staliśmy tak przez chwilę na środku pustego mostu - wpatrzeni przed siebie. Nagle Ela szturchnęła mnie i powiedziała - a może byśmy tak zrobili kilka zdjęć, co? Tak, na pamiątkę.

Na dziedzińcu bajkowego zamku. 
Olśnieni pięknymi widokami wylądowaliśmy - piętnaście minut później - w szarej kolejkowej rzeczywistości, na dziedzińcu zamku Neuschwanstein. No i znowu tłumy.To prawdziwie komercyjna machina, która pochłania turystów i ich pieniądze - majstersztyk organizacji. Tu nie ma żadnego szwendania się i wałęsania - tu jest czas, pieniądz i turystyczna oferta. Bilet wejściowy zawiera dokładną godzinę rozpoczęcia zwiedzania oraz numer grupy, który dodatkowo wyświetla się nad bramką przy wejściu przed rozpoczęciem wycieczki - trzeba pilnować aby nie przegapić godziny wejścia. Zwiedzanie możliwe jest tylko w grupach i z przewodnikiem. Każdy otrzymuje audio-guide ze słuchawką - na szczęście także po polsku. Prawdziwy przewodnik jest jedynie stróżem, który pilnuje abyśmy nie robili zdjęć. To tyle narzekania. Mimo wszystko jest tu coś ważniejszego - niż tylko ten nasz pragmatyzm, czy jak kto woli, skłonność do szukania dziury w całym. Jest magia miejsca, której nie znajdzie się nigdzie indziej, której nie da się też za bardzo przyrównać do niczego innego. I można by się nawet spierać w tym miejscu - przechodząc przez zamkowe komnaty - o to, co jest piękne, a co piękne nie jest, gdzie jest granica sztuki i kiczu - ale akurat tutaj, jest to bez znaczenia, Tu można dać się albo zauroczyć i oczarować, albo nie. Ci którzy wiedzą po co tu przyjechali - ze swoją wrażliwością - ulegną magii i zawsze będą chcieli tu wracać. Myślę, że warto tu przyjechać zobaczyć zamek, wejść do środka i pozwiedzać go. Na pewno w pamięci każdego pozostanie Sala Tronowa, Sala Śpiewaków czy też królewska sypialnia, no i malowidła na których pojawiają się ciągle motywy nawiązujące do wagnerowskich bohaterów: Tristana, Izoldy czy Parsifala. Mnie ujęło coś innego - schodząc po kamiennych schodach, zobaczyłem z okna - most Mariembrucke, ten na którym staliśmy jeszcze godzinę temu. Wisiał w oddali nad przepaścią, między dwiema skałami, nad spadającym wodospadem - to wyjątkowo piękny widok.

Wyruszamy do Fussen. 
Noc spędziliśmy w Fussen. To niewielkie miasteczko, zaledwie cztery kilometry od zamku. Mamy stąd tylko dobre wspomnienia - znaleźliśmy wygodny pokój z  widokiem na góry, zjedliśmy dobry obiad, kupiliśmy na pamiątkę mały landszafcik i do tego mieliśmy miły wieczór. To dobre miejsce na bazę wypadową w Alpy Allgau - na przykład do wąwozu Breitnachklamm lub do znanej górskiej wioski Hindelang. Po wczesnym śniadaniu ruszyliśmy do Monachium - tak zaczął się nasz odwrót, czyli ostatni etap wypadu do Bawarii. Przed nami około sto trzydzieści kilometrów, czyli niecałe dwie godziny spokojnej jazdy.

Pod ratuszem w Monachium.
Na Marienplatz było gwarno i tłoczno, tu podobno zawsze tak jest. Chciałem na to spojrzeć z nad filiżanki kawy, więc zaproponowałem abyśmy przycupnęli gdzieś na chwilkę. Stolik szybko się znalazł, kawa też i to tył dobry początek na przywitanie z miastem, które od dawna chciałem poznać.

Monachium.
Spotkałem się kiedyś z powiedzeniem, że Monachium to taka duża wieś - zamieszkała przez milion mieszkańców. Być może coś w tym jest - bo, o panującej tu atmosferze mówi się często ,,gemutlichkeit", czyli swojskość. Z tą wioską -  to chyba jednak jakaś naciągana sprawa. Monachium to przecież światowej klasy miasto, z bogatą historią i do tego wszystkiego z miłą atmosferą. Wystarczy tylko powiedzieć BMW, Simens czy Oktoberfest i od razu wiadomo o co chodzi. No i co my teraz będziemy robić? - zagadnęła Ela. Będziemy siedzieć - odparłem od niechcenia. No, a potem? - była uparta. Będziemy siedzieć, gapić się na ludzi, dopijemy kawę, a potem - potem, to ja wyjmę przewodnik i zobaczymy. Chyba jej to odpowiadało, bo więcej mnie już nie dręczyła.

Uliczka w centrum miasta.
Pół godziny później wstałem od stolika i tak zaczęliśmy zwiedzanie. Na Marienplatz najważniejszy jest neogotycki ratusz, z wieżą wysoką na ponad osiemdziesiąt metrów. Gdy ma się odrobinę szczęścia to można posłuchać jak kuranty wygrywają tu melodie, a ruchome figurki inscenizują historię z życia miasta. Popatrzyliśmy przez chwilę, posłuchaliśmy -  no i dalej w drogę. Gdyby ktoś potrzebował porady - można wejść do biura informacji turystycznej, w podcieniach starego ratusza. Na placu zrobiło się gwarno i wesoło - trochę muzyki i zabawnych mimów. No dobrze, teraz ruszamy dalej -  na trasę mojego pomysłu. Tuż za Marienplatz stanęliśmy przed Alter Peter, czyli najstarszym kościołem parafialnym w Monachium. Podobno z jego wieży, widać nawet alpejskie szczyty. Chwilę później weszliśmy na Viktualien-markt. To gwarne i kolorowe targowisko na świeżym powietrzu - w samym centrum miasta. Można tu znaleźć czego dusza zapragnie: warzywa, przyprawy, owoce, kwiaty, wędliny, pieczywo, ciasta, sery, wina, ozdoby oraz rożnej maści i  urody pamiątki. Można też napić się i zjeść do woli, sporo tu barów i ogródków piwnych. Jest tylko jeden mały szkopuł, łatwo tu wejść, ale nie jest łatwo wyjść  -  i to przede wszystkim za sprawą ludzkiej próżności i ciekawości. W końcu jednak uwolniliśmy się  - czas nagli więc ruszamy dalej.

Asamkirche - rokokowy kościół.
Mówię ci nie spieszmy się, ile zwiedzimy tyle zwiedzimy - wmawiała mi po drodze Ela. Chyba była trochę zmęczona. Ma zresztą rację - pomyślałem i wreszcie zwolniłem. Co mnie opętało, że tak zacząłem galopować? Po co mi to? - przemknęło mi przez myśl. I tak pogodzeni, spokojnie doszliśmy do Asamkirche - to zresztą nie było daleko. Jeśli ktoś chce zobaczyć cud rokoko, to tylko tu. Kościół powstał w połowie osiemnastego wieku dzięki zaangażowaniu braci Asamów - znanych niemieckich architektów i dekoratorów z tego okresu. I dlatego powszechnie nawiązuje w swojej nazwie do ich nazwiska mimo, że tak naprawdę jest to kościół św. Jana Nepomucena. Warto tu wejść i posiedzieć choćby chwilę w samotności.

Kościół św. Michała
Tym razem po raz kolejny na naszej drodze, pojawił się wątek króla  Bawarii -  Ludwika II. Staliśmy teraz przed kościołem św. Michała, jednej z najsłynniejszych świątyń renesansowych w Niemczech i okazało się, że to właśnie tutaj pochowany został bajkowy król. Pożegnaliśmy się z jego historią wczoraj w Neuschwanstein, a tu okazuje się, że ostatni akapit jego życiorysu napisany został w Michelskirche przy Neuhauser Strase 6 w Monachium.

Lwy na Odeonsplatz. 
Dotarliśmy wreszcie na Karls-platz. To tutaj zaczyna się właściwa granica centrum Monachium. Wielka czternastowieczna brama, pod którą teraz stoimy była kiedyś fragmentem miejskich murów. Miejsce to jest o tyle ważne, że tu zaczyna się strefa tylko dla pieszych - oczywiście idąc w stronę ratusza. Wprawdzie nie jestem ani myśliwym, ani wędkarzem ale zainteresowanym mogę podpowiedzieć, że w pobliżu znajduje się Deutsches Jagd und Fischerei Museum. Pasjonatów polowań i łowienia ryb -  może to zainteresować. My idziemy dalej -  niesie nas w stronę Maxvorstadt. To podobno prawdziwe królestwo sztuki. Zaczęliśmy od Konigsplatz. No i tak ze świata marchewki i kiełbasek na Viktualien-markt - przenieśliśmy się dosyć szybko w świat sztuki z najwyższej półki. Wiesz, co - powiedziałem nieco podekscytowany do Eli - usiądźmy na chwilę, bo muszę poszperać w przewodniku, żeby zorientować się co tu jest co, bo chyba jesteśmy w super ciekawym miejscu, tylko musimy pomyśleć jak to ugryźć. Potem już poszło gładko. W muzeum sztuki antycznej - jest słynna kolekcja greckich waz, rzymskich posążków oraz cacek ze szkła i terakoty. Po drugiej stronie placu, w muzeum sztuki starożytnej są bezcenne rzeźby z okresu szóstego i piątego wieku przed naszą erą, a za rogiem przy Luisenstrasse niezwykle piękna galeria obrazów z czasów od piętnastego do dwudziestego wieku. Później poniosło nas, przez Karolinenplatz do Alte Pinakothek - jednej z najważniejszych galerii sztuki w Europie. I to w zasadzie wszystko - na co było nas stać. Powoli, ciągnąc za sobą własne nogi - przez Odeonsplatz i idąc obok opery przy Max-Joseph-Platz - wróciliśmy pod ratusz. Zamknęło się koło - to było późne popołudnie, a może nawet wczesny wieczór. Już sam nie wiem; jak odróżnić późne popołudnie od wczesnego wieczoru - jestem zmęczony jak nigdy.

Ulice Monachium.
Nie darowałbym sobie, gdybym będąc w Monachium nie zajrzał do tutejszej piwiarni. Byliśmy na Miarienplatz - więc nie trzeba było daleko szukać. To był chyba przypadek, ale tak czy siak trafiliśmy do Hofbräuhaus - jak się później dowiedziałem, podobno najsłynniejszej piwiarni na świecie. To taka mekka bawarskich piwoszy. Już u wejścia panował zgiełk - muzyka, śpiewy i salwy śmiechu; malowidła na ścianach, drewniane stoły i ławy, a także kredensy w których przechowywane są  prywatne kufle do piwa. Historia tego miejsca, sięga podobno końca szesnastego wieku.


Byłem trochę speszony i pewnie byśmy wyszli, bo lokal był przepełniony, gdyby nie uniesiona w górę ręka młodego kelnera. Wyraźnie dawał nam znaki, że nas zaprasza, jakby chciał powiedzieć - wchodźcie, mam dla was miejsce. Patrzył w naszą stronę uśmiechnięty. No i co? zapytałem - spoglądając na Elę. No dobrze, niech ci już będzie - odparła. Chłopak przywitał nas po niemiecku i nadal się uśmiechał. Zgrabnie zbierał z wielkiego drewnianego stołu talerze i kufle, aż w końcu wskazał nam wzrokiem czyste i uprzątnięte miejsce.

Zostawił nas tylko na chwilę, a gdy wrócił był gotów spełnić każde nasze życzenie - taki przynajmniej miał wyraz twarzy. Czułem się trochę zagubiony, ale tym razem nad sytuacją panowała Ela. Po kilku chwilach, stały przed nami dwa wielkie kufle pełne piwa - jeden złocisty, a drugi czarny. W tym pierwszym było piwo pszeniczne, a w drugim ciemny łagodny Dunkel. Śpiewy nie ustawały, a atmosfera jakby gęstniała. Kelner nie był nachalny ale wiedziałem, że cały czas ma nas na oku - czuwał nad nami jak anioł jakiś. Gdy tylko w kuflu pojawiło się dno, zjawił się natychmiast. Zdziwił się gdy odmówiłem. Ela nie powiedziała nic, ale gdy tylko spojrzałem na nią, wiedziałem, że  udzieliła mi pochwały. A może jestem tylko naiwny. Wystarczy i basta - tego byłem pewien. Ona chyba też tak pomyślała. Nikt z nas się nie odzywał - siedzieliśmy tak przez chwilę w milczeniu, a piwiarnia tętniła życiem. Zrobiło się trochę późno, a ja czułem zmęczenie w każdej części mego ciała. Byliśmy chyba na tych samych częstotliwościach.  Jesteś zmęczony -  zapytała wreszcie? Tak. Ja też - nawet bardzo. No to chodźmy - dodała, odstawiając niedopity kufel ciemnego Dunkela. Bez słowa ruszyliśmy od stołu. Nasz anioł stróż rozpłynął się jak we mgle -  wiedział, że już nas tu nie zatrzyma. To był dobry i miły dzień.

Przed siedzibą BMW.
Od rana zapowiadała się dobra pogoda. Przed wyjazdem do Polski, chcieliśmy jeszcze zobaczyć Olimpiapark. To był dobry pomysł. Najbardziej chodziło mi o ten słynny stadion, na którym nasza reprezentacja zdobyła złoto na igrzyskach  w siedemdziesiątym drugim i srebro na mistrzostwach świata. Chociaż nie tylko - to jest imponujące centrum olimpijskie z tamtych lat; rozległy park pływalnia, hala widowiskowa, lodowisko no i wieża. Najlepiej jak popatrzymy na to wszystko z góry -  zaproponowała, ni  z tego ni z owego Ela. Byłem zamyślony i nie wiedziałem do końca o co jej chodzi, ale przytaknąłem - tak na wszelki wypadek. Czy ty kumasz, co ja do ciebie mówię? - zapytała stanowczym głosem. Tak, tak, że z góry - prawda? Próbowałem się wstrzelić w sens tej rozmowy. Spojrzała mi w oczy i wtedy oprzytomniałem, załapałem wreszcie o co jej chodzi. Staliśmy pod olimpijską wieżą. Oczywiście, że z góry - powiedziałem.

Stadion Olimpijski w Monachium. 
Winda jak błyskawica wywiozła nas - prawie na dwieście metrów. Widok jest oszałamiający. Ela podała mi rękę i poszliśmy na górny taras. Była dumna ze swego pomysłu. Zrozumiałem to, gdy mocniej uścisnęła moją dłoń. Wiatr rozwiał jej rude włosy, a ona uśmiechnięta pochyliła się w moją stronę i szepnęła - a co, nie mówiłam. Spojrzałem na olimpijski park, na całe miasto i na alpejskie szczyty na horyzoncie, ale najważniejszy  był dzisiaj uśmiech Eli.

Koniec

2 komentarze:

  1. Marzę o tych zamkach, jak i o samej Bawarii, także trochę zazdroszczę Ci tej wyprawy. Mam nadzieję, ze w tym roku i ja tam pojadę. Szkoda tylko, że nie można robić zdjeć wewnątrz zamku...

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam Bawarie i te zamki, chociaz przeraza mnie ilosc turystów w tych miejscach:)

    OdpowiedzUsuń