poniedziałek, 14 marca 2016

Przepis na Londyn (cz.I.)

Dla ludzi, którzy lubią sobie komplikować życie, mam niestety tylko dobrą wiadomość - Londyn jest bardzo łatwy do zwiedzania. Wynajmijcie sobie hotelik, albo hostelik i jedźcie - namawiam. Ważna rada - w planowaniu wędrówki po mieście, należy zawsze uwzględniać metro. Zapewniam, że można dość łatwo połapać się, gdzie i jak dojechać - w tej bądź, co bądź -  niemałej aglomeracji. Londyńskie metro to rewelacyjny wynalazek. Daje niebywałe możliwości szybkiego przemieszczania się z jednej dzielnicy do drugiej. Reszta jest już tylko w waszych głowach i w nogach. No, a potem: spacery, spacery i jeszcze raz spacery - można w ten sposób zobaczyć wszystko, co się chce. W naszym przypadku było to tak:

Dzień pierwszy: "Od Nelsona  do Wilhelma Zdobywcy". Charing Cross ( w samym sercu Londynu) -Trafalgar Square - National Gallery - Whitehall - Horse Guards Parade - Downing Street - Houses of Parliament - Big Ben - Westminster Bridge - w prawo nabrzeże na Tamizą - Lambeth Bridge - Victoria Tower Gardens - Old Palace Yard - Westminster Abbey.

Dzień drugi: "Zielone parki i czerwone kubraki". Marble Arch - u zbiegu z Oxford Street - Hyde Park - Speaker's Corner - Wellington Arch - Green Park - Victoria Memorial - Buckingham Palace - Sklep Harodsa przy Brompton Road - Victoria and Albert Museum - Natural History Museum - Science Museum - Albert Memorial - Royal Albert Hall - Kensington Palace.
...................................................................................................................................................................

Nie pojechałem do Londynu na zarobek, nic z tych rzeczy. Nawet nigdy o tym nie myślałem. To był zwykły zbieg okoliczności. Kupiłem kiedyś dobry przewodnik i wtedy przyszło mi do głowy, że możne warto byłoby zobaczyć to miasto z bliska. Nic więcej. Przewodnik odłożyłem na półkę i o całej sprawie zapomniałem, aż do dnia kiedy przyszła do nas Natalia. Rozmowa była o wszystkim i o niczym, aż w końcu wydusiła z siebie. Nie poleciałbyś ze mną do Londynu ? Do mnie mówisz? - zapytałem z niedowierzaniem i zachłysnąłem się resztką dopijanej kawy. Ela walnęła mnie w plecy i było po kłopocie. Tak. Proszę cię abyś poleciał ze mną do Beniamina. Już wiedziałem o co chodzi. Natalia bała się latać, potrzebowała kogoś kto potrzyma ją za rękę, powie dobre słowo i da poczucie bezpieczeństwa. I to była cała tajemnica. Bez chwili namysłu - zgodziłem się. Tak znalazłem się po raz pierwszy w Londynie. Banalna historia. Natalia z zapałem, pokazywała mi miasto każdego dnia. I tak przez tydzień, dzień po dniu łaziliśmy od ulicy do ulicy, od dzielnicy do dzielnicy. Do Opola wróciłem po tygodniu, ale już sam. Eli kupiłem ładną parasolkę na Oxford Street - tak, żeby wiedziała, że o niej pamiętałem, no i żeby miała coś fajnego z City. Tak zaraziłem się Londynem, a Natalii jestem wdzięczny do tej pory.

Północny Harrow - widok z naszego okna.
Po powrocie do domu, sięgnąłem po dawno kupiony przewodnik. Londyn zaczął chodzić mi po głowie. Teraz wiedziałem przynajmniej, gdzie jest klucz do zwiedzania tego miasta. Natalia nauczyła mnie jeździć londyńskim metrem i to jest istota całej sprawy. Ten sposób poruszania się tutaj jest genialny, można tak dojechać prawie wszędzie. Połapałem to w lot i już byłem panisko. Wiedziałem, że się nie zgubię, byłem coraz bardziej pewny siebie. Teraz już tylko czekałem na okazję, żeby wrócić nad Tamizę. Kilka miesięcy później, daliśmy się ponownie zaprosić do Anglii. Mój sen o Londynie spełniał się, to było miłe.

Rayners Lane.
Mieliśmy zapewniony tydzień u Natalii i Beniamina, w północnym Harrow, na cichutkiej Central Ave. Jednakowe domy, jednakowe trawniki i tak samo przycięte żywopłoty. Cisza i spokój. Plan był prosty: oni rano do pracy, a my zaraz po śniadaniu na zwiedzanie Londynu i tak przez sześć dni bez przerwy. Każdego dnia rankiem wyjeżdżaliśmy ze stacji Rayners Lane i każdego wieczoru wracaliśmy w to samo miejsce. Przyswajaliśmy Londyn dzień po dniu i szło nam to coraz lepiej.

Stacja Rayners Lane.
Stacja Rayners Lane, nigdy nie była przepełniona. Ludzie pojawiali się tuż przed odjazdem metra, wsiadali i na peronie znów panowała pustka. Skład ruszał i sunął cichutko, a za oknami migotały szybko zmieniające się ulice, domy i ogrody. Zostawały za nami parterowe dzielnice. Świat zmieniał się dopiero pomiędzy Wembley Park, a Baker Street. Wagony wypełniały się do granic możliwości, czasami nawet pękały w szwach, a peronami sunęło nieprzerwane mrowie ludzi. Dopiero teraz czuło się tętno wielkiego City. Byliśmy sami w wielkim, obcym mieście. Nie czułem jednak lęku. Wiedziałem, gdzie i jak się przesiadać i to mi wystarczało i dodawało pewności siebie. Ela trzymała mnie wtedy za rękę i od czasu do czasu spoglądała na mnie. Spotykaliśmy się wzrokiem, a ona uśmiechnięta ściskała moją dłoń jeszcze bardziej. Wiedziałem, że mi ufa i było mi z tym dobrze.

National Gallery.
Pierwszego dnia wysiedliśmy na Charing Cross, w samym sercu Londynu. Pomyślałem, że to dobry znak i jednocześnie wygoda, bo można pójść w każdą stronę i zawsze będzie dobrze. Zadarłem głowę i zobaczyłem wysoką pod niebo Kolumnę Nelsona, a potem na dole cztery potężne lwy, symbole imperialnej potęgi mocarstwa minionej epoki. Imperium, admirał i lwy i to wszystko w jednym miejscu, czyli Anglia w pigułce - na Trafalgar Square. Jak na dzień dobry -  to niezła dawka. A na deser - tuż obok -  National Gallery, czyli sztuka przez duże S. No, no sporo tego, jak na jeden raz - pomyślałem. Spodobało mi się, od pierwszego wejrzenia. Nie wiem, może nawet wtedy polubiłem to miejsce. Jeżeli nawet tak było, to chyba tylko dlatego, że znałem Nelsona i to znalem go od dawna. Był jednym z najbardziej ulubionych bohaterów moich książek z dzieciństwa. Miałem kiedyś taki okres, że fascynował mnie Napoleon, potem Kutuzow, po nim Wellington, no i wreszcie Nelson. Na pierwszym miejscu zawsze był cesarz Francuzów, a dopiero potem jego najwięksi wrogowie. Czytałem wszystko, co mi wpadło wtedy w ręce. Pożyczałem i kupowałem. Szukałem nowości i wynajdywałem starocie. Czytałem przed lekcjami, po lekcjach i w nocy. Byłem pod Austerlitz, na wzgórzu z którego dowodził Napoleon i w Bolesławcu, gdzie dokonał żywota feldmarszałek Kutuzow. Dałem się w to wtedy wciągnąć, miałem wiedzę na ten temat i byłem chyba nawet w tym dobry. Cholera - zamyśliłem się. Ela szarpnęła mnie za rękę i ruszyliśmy przed siebie. Zgiełk sąsiedniej ulicy jakby nieco mnie przytłoczył, strumień aut co chwilę zwalniał, by zaraz ponownie ruszać, a nad wszystkim przesuwały się wysokie, czerwone autobusy. Chyba zakręciło mi się w głowie. Byliśmy jak ludzie z księżyca, na Trafalgar Square. Za dużo wrażeń, jak na jeden raz.

Trafalgar Square.
Chodź siądziemy gdzieś tu na chwilę - zaproponowała Ela, tak jakby szukała miejsca i czasu na złapanie dystansu, do tej nowej rzeczywistości. Pierwsze wrażenie minęło i zacząłem oswajać się z tym zgiełkiem. Tak, tak masz rację, usiądźmy - przytaknąłem. Nieprzerwanie jednak patrzyłem na ludzi - jak spacerują i rozmawiają. Być może stawałem się jednym z nich, a może po prostu chciałem być jednym z nich. Byłem obcy, ale nie chciałem być obcy. Może to własnie tak było, chociaż nie jestem tego do końca pewien. Zresztą - chyba niczego, teraz nie jestem pewien. Może to i dobrze i może to i lepiej. Masz rację posiedźmy trochę - powiedziałem. Na kamiennych schodach było sporo miejsca. Wokół falowały tłumy, a dalej strumieniem przelewały się samochody. Byliśmy teraz w centrum jednego z najważniejszych miast świata. Chociaż nie wiem, czy w globalnej wiosce są jeszcze najważniejsze miasta świata. Może tak, a może nie - pomyślałem. Jakby nie było, tak czy siak, to i tak jest ekscytujące. Wiesz co? - zapytała, w pewnej chwili Ela. No, co? - wycedziłem flegmatycznie. Myślę, że tu się ludzie umawiają i spotykają, że to jest takie fajne miejsce, taki plac spotkań ludzi umówionych. Nie myślisz, że tak jest? Może i tak - odparłem. Nie zastanawiałem się jednak nad tym. Po głowie chodziło mi zupełnie coś innego. Za plecami mieliśmy National Gallery, korciło mnie żeby o tym pogadać, a ona tu o spotkaniach. Wtedy zmrużyła lekko oczy i już wiedziałem, że mnie rozgryzła. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Trzeba by mieć pusto w głowie, żeby być tutaj i nie wejść do jednej z najlepszych galerii na świecie, czy tak? - odezwała w końcu, patrząc mi prosto w oczy. Oczywiście cytując klasyka - dodała po chwili. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, gdybym cię o to nie zapytała i nie przerywaj mi, tylko powiedz krótko, co tam jest? - skończyła z szelmowskim uśmiechem swój monolog. No, jak krótko to powiem ci, tak: Leonardo da Vinci, Rembrandt, van Gogh, Monet, Renoir, Velasquez i to wszystko za darmo. No i co, bierze cię? Już mnie wzięło, cholera - odpowiedziała zdecydowanie. Z wewnętrznych schodów w hallu głównym, weszliśmy do pierwszej sali wystawowej - w prawo.

Londyńska ulica. 
National Gallery - zabrała nam prawie trzy godziny. Zbliża się południe, a my ciągle jesteśmy w punkcie wyjścia - pod kolumną Nelsona. Ruszyliśmy więc szybkim krokiem na wprost z Trafalgar Square, przez rondo w szeroką Whitehall. To ważna ulica, tym bardziej, że w jej przedłużeniu  widać Big Bena. To stąd zarządzano kiedyś brytyjskim imperium kolonialnym. Tu, znajduje się do tej pory siedziba premiera, ministerstwo Spraw Zagranicznych, Skarbu i Obrony. Whitehall jest szeroka, ruchliwa i kończy swój bieg, gdzieś tam pomiędzy Richmond Terrace, a Derby Gate. Niebo zupełnie pojaśniało, a to zwiastuje dobry dzień. Przed nami więc długi i ciekawy spacer. Ela podała mi rękę i tak doszliśmy do Horse Guards Parad. Jak większość gapiów zatrzymaliśmy się na chwilę, przy konnych posterunkach gwardii królewskiej, a potem poniosło nas na Downing Street - do siedziby brytyjskich premierów. To siedemnastowieczny dom pod numerem 10, wciśnięty w krótką przecznicę, po prawej stronie alei. Nic szczególnego, no chyba, że kuta artystycznie brama i uzbrojona po zęby ochrona. Ela wzruszyła ramionami i pociągnęła mnie w stronę stojącego na środku ulicy Cenotaph - pomnika pamięci bohaterów.

Big Ben.
Tak doszliśmy do Westminster Station, tuż przy Great George Street. To miejsce symboliczne, powszechnie znane i ciągle niebanalne, bo nad wszystkim góruje słynny Big Ben. Zerknąłem na smukłą, opromienioną słońcem wieżę i pokazałem Eli dobre miejsce do zrobienia zdjęcia. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i podeszła do barierki tuż przy krawędzi ulicy. Akurat nadjechał czerwony, piętrowy autobus i tak już zostało w tym kadrze. Chodź, pójdziemy na druga stronę, na most - powiedziała, odwracając się do mnie plecami. Nie miąłem wyjścia, poszedłem więc za nią jak ciele.

Czas płynie nieubłaganie




Kwadrans później staliśmy już nad Tamizą, na środku Westminster Bridge. Pochyliłem się i oparłem na łokciach o niską balustradę, a potem przez chwilę obserwowałem płynące wolno statki. Ela stanęła obok mnie i zrobiła dokładnie to samo. W milczeniu gapiliśmy się - we dwoje - na rzekę. Z drugiej strony mostu najważniejsze jest diabelskie koło - London Eye, z którego można zobaczyć podobno całe miasto. No i co, podoba ci się - przerwałem w końcu milczenie. No, super - usłyszałem w odpowiedzi. Super - powtórzyła, cichutkim głosem. Jest fajne - dodała. Tuż za mostem, zgodnie z planem skręciliśmy w prawo. W cieniu rozłożystych platanów czekała na nas ławeczka, z widokiem na Tamizę i wielki gmach parlamentu. To teraz, taka nasza przystań. Dużo tu cienia, a do tego widok wyjątkowy, bo - w pełnym słońcu - na Pałac Westminsterski, który odbija się ładnie w lustrze spokojnej Tamizy. Ta imponująca fasada po drugiej stronie rzeki, sięga od Victoria Tower, aż po wieżę zegarową - na przestrzeni prawie trzystu metrów. Byłem głodny. Sięgnąłem więc ręką głęboko do plecaka i szybko namacałem kanapki, które zrobiłem dzisiaj rano. Były trochę uleżałe i pomiętoszone. Ale, co tam, jakie to ma znaczenie? Spojrzałem przed siebie i przyszło mi  do głowy, jak kiedyś,  marzyłem o takiej chwili. A może to był sen? Tego dokładnie nie pamiętam. Może to był rzeczywiście sen. W Londynie nad Tamizą, albo w Paryżu nad Sekwaną - tylko ja i Ela i nikt więcej. Miasto, rzeka i my. I to wszystko. My we dwoje. Dobrze nam teraz na tej ławeczce - pomyślałem. Spojrzałem na Elę i nie powiedziałem już więcej ani słowa.

Westminster Abbey. 
Na Lambeth Bridge - vis-a-wis Westminster Bridge, weszliśmy późnym popołudniem. Słońce było ciągle łaskawe i podążało razem z nami. Za mostem coś popchnęło nas w prawo, w alejki Victoria Tower Gardens i wolniutko przeszliśmy, aż do murów parlamentu od jego południowej strony. Potem spacerowym krokiem, dotarliśmy do Old Palace Yard (dawnego miejsca straceń), przy Abington Street i stanęliśmy na czerwonych światłach - na przeciwko Westminster Abbey. Tak zamknęło nam się koło w tej części miasta, a katedra na przeciwko której teraz staliśmy, była ostatnim przystankiem na drodze dzisiejszej wędrówki. Przy kasie gromadziły się tłumy. Ela bardzo chciała wejść do środka i to był najważniejszy argument, aby stanąć w tej kolejce. Mogłem tu tkwić, teraz nawet wieczność. Drugi raz tu przecież nie przyjadę, a poza tym Eli się nie odmawia. Na szczęście kolejka szybko topniała i kilka chwil później trzymałem już w ręku dwa bilety. Delikatny chłód i półmrok wprowadziły nas do wnętrza katedry, a tłum przed nami rozstępował się bezwolnie w lewo i w prawo. Przybywało przestrzeni i światła, które wzmagały coraz bardziej moją ciekawość, a nieziemska akustyka i ostre jak sztylety promienie słońca - wpadające przez wielkie, kolorowe witraże - nieco mnie onieśmielały. Przez chwilę nawet poczułem się nieswojo i wtedy Ela podała mi rękę, jakby szukając wsparcia i mojej obecności. To kultowe i święte miejsce dla Anglików - pochyliłem się w jej stronę i szepnąłem dyskretnie do ucha. Tu czas się cofa, a w zasadzie nie ma znaczenia, bo i dlaczego miałby mieć, przecież Big Ben jest na zewnątrz, a tu jest tylko to co było - nie to co będzie, ale to co było. Tysiąc lat historii i siedemnastu pogrzebanych monarchów to potęga Albionu, a tron koronacyjny, gotyckie mury, przepiękne witraże to dowody i znaki minionego czasu. Tak to się tu ciągnie od czasów Wilhelma I Zdobywcy, po współczesność naznaczoną przez Królową Elżbietę II. Ale nawet ta zapisana współczesność, to też już jest historia. Kiedy żegnaliśmy tę część miasta, schodząc w głąb londyńskiego metra spojrzałem jeszcze raz w niebo - nad nami gęstniały już poszarpane obłoki, a słońce poszło w zapomnienie. Dzień powoli dobiegał końca. Wracamy do domu na Rayners Lane.

Brama od strony Green Park


Następnego dnia - jeszcze przy śniadaniu - dopinaliśmy szczegóły dzisiejszej trasy. Tym razem wysiedliśmy z metra na Marble Arch - przy Oxford Street. To dobre miejsce, na początek długiego spaceru w tej części miasta. Poranek jest nieco chłodny, ale najważniejsze, że nieprzyjemny wiatr, który towarzyszył nam od wyjścia z domu, został gdzieś na Harrow on the Hill. Już dawno ubzdurałem sobie, że muszę kiedyś zobaczyć ten Hyde Park, a przede wszystkim Speakers' Corner. No, więc dzisiaj jest dobra okazja, żeby tak się stało. Nie liczyłem na tłumy, a w zasadzie na nic nie liczyłem - po prostu chciałem tu być i zerknąć jak to wygląda. I tyle. No i jakoś nie zawiodłem się, bo nie było, ani tłoku ani szalonych mówców. Ale to nic, nic nie szkodzi. Nie ten dzień i nie ta pora. Przed nami za to, rozległy (na ponad 150 hektarów) zielony park z jeziorem - od Speakers' Corner do Green Parku, Knightsbridge, Royal Albert Hall i jeszcze dalej, aż do Kensington Palace. Wielki park w wielkim mieście. No to sobie dzisiaj pochodzimy, jakoś sobie poradzimy - podśpiewywała, w rytm bliżej nie znanej mi melodii, dobrze od rana usposobiona Ela. Nie wiedziałem, czy to dobry czy może zły znak, więc na wszelki wypadek nie odzywałem się i tak doszliśmy do łuku triumfalnego na Wellington Arch, na skraju Green Parku. Tu błagalnie spojrzałem w niebo, żeby sprawdzić i upewnić się co nam tak naprawdę dzisiaj jeszcze grozi. Chmury stały się jednak teraz jakby lżejsze niż godzinę temu i podniosły się wyżej, zapowiadał się więc kolejny ładny dzień. Gdy zbliżaliśmy się do pomnika królowej Victorii, przed Buckingham Palace - gromadziły się już tłumy. Tym razem szczęście nam dopisało. Będzie wojskowa parada i uroczysta zmiana warty.

Początki Buckingham Palace sięgają roku 1705. Pięćdziesiąt pięć lat później pałac stał się własnością korony, a od 1837 roku jest oficjalną siedzibą brytyjskich monarchów. Zawsze od kwietnia do lipca, codziennie o wpół do dwunastej, przed frontem pałacu odbywa się uroczysta zmiana warty gwardii królewskiej. W innych miesiącach ceremonia organizowana jest co drugi dzień.


Od czasu pożaru w zamku królewskim w Windsorze w 1992 roku, część pałacu Buckingham jest udostępniana zwiedzającym. W sierpniu i we wrześniu - podczas wakacji królowej - można wejść do środka i zobaczyć pałacowe apartamenty.


                                                                
Gdy sztandar  powiewa na pałacowym maszcie wiadomo, że królowa jest w domu, a gdy sztandar znika znaczy to, to tylko tyle, że monarchini wyjechała. Z kolei, gdy zamiast sztandaru powiewa opuszczona do połowy brytyjska flaga Union Jack to jest to sygnał, że w królewskiej rodzinie panuje żałoba, że to czas pogrzebowego ceremoniału. 
Historia czarnych czap brytyjskich gwardzistów, ciągnie się podobno od bitwy pod Waterloo. Anglicy wtedy zabrali je pokonanym Francuzom i wprowadzili do kompletu swojego umundurowania. Te, tak zwane „Bearskins” wykonane są z kanadyjskiego niedźwiedziego futra, są dość ciężkie i niezbyt wygodne, ale za to prezentują się imponująco.

Współcześnie pałac Buckingham, oprócz tego, że jest siedzibą rodziny królewskiej, jest także miejscem uroczystości państwowych oraz oficjalnych spotkań głów państw. Dla Anglików stanowi symbol monarchii i przypomina ciągle o minionej potędze brytyjskiego imperium.





Od strony St. James's Park, coraz mocniej rozbrzmiewały werble. Nadchodziła gwardia, zbliżał się czas wojskowej parady. Atmosfera wśród tłumu gęstniała, wzmagana oczekiwaniem na spektakl. Na poboczach szerokiej alei The Mall, gromadziło się coraz więcej ludzi.

Victoria Memorial - za chwilę rozpocznie się parada




Dla wielu gapiów pomnik królowej matki, stał się najlepszym punktem obserwacyjnym. Ludzie nieustannie wspinali się po schodach, w poszukiwaniu dogodnych miejsc, do obserwacji. Wcale mnie tam nie ciągnęło. Zawsze, kiedy jest to tylko możliwe - staram się unikać tłumu. I to nie jest żadna fobia. Po prostu wiem, że tłum jest groźny, nawet wtedy gdy nie ma złych emocji. Czasem nie wiadomo nawet dlaczego, potrafi zmienić się w żywioł. Staliśmy, więc spokojnie na uboczu. Ela się do mnie przytuliła i było nam dobrze.

Gwardia przed Buckingham Palace

Widziałem jak wśrod zgromadzonych, wzdłuż pałacowego ogrodzenia - krążą konne patrole. Policjanci zachowywali się profesjonalnie, z góry spoglądali na ludzi prowadząc cały czas obserwację. Ich okryte jaskrawożółtymi derkami konie, były zadbane i dobrze ułożone. Zrozumiałem, że wbrew pozorom, ktoś jednak panuje nad tą całą sytuacją. Zerknąłem jakby od niechcenia, na Anioła Sprawiedliwości na czubku pomnika, gdy Ela szarpnęła mnie za rękę i burknęła stanowczo - no, gdzie się gapisz, zobacz przecież już idą. I wtedy tłum ucichł zupełnie, a przed nami pojawiły się czerwone kubraki. Na czele marszowej kolumny zbliżała się orkiestra. W pierwszym szeregu równiutko szło pięć puzonów, za nimi małe i duże trąby, a w środku werbliści i cała reszta. Ubrani w czarne spodnie z lampasami, czerwone kurtki z pozłacanymi epoletami i wielkie czarne niedźwiedzie czapy, w rytmie marszowego kroku, otwierali kolorowy spektakl. Cała muzyka była w ręku tamburmajora i jego fruwającej buławy. Podrzucał ją co chwilę i sprytnie łapał, wzbudzając entuzjazm i zachwyt co poniektórych gapiów. Tuż za orkiestrą szedł poczet sztandarowy i dwa niewielkie oddziały piechoty. Kolumna skręciła w lewo, idąc w stronę otwieranej w tej chwili, pałacowej bramy. Gdy ostatni żołnierz zniknął nam z oczu, ruszyliśmy w stronę wewnętrznego dziedzińca. Dzisiaj rządziła Ela. Jej spryt i ciekawość doprowadziły nas do miejsca, z którego mogliśmy spokojnie oglądać ceremonię zmiany wartowników na posterunkach. Zbliżało się południe, konna kolumna gwardzistów, minęła nas tuż przy pomniku królowej Victorii, biorąc kierunek na koszary przy Horse Guards Road, a my szykowaliśmy się w przeciwną stronę - na Wellington Arch. To koniec parady.

Muzeum Victorii i Alberta

Chciałem dzisiaj zrobić Eli, jeszcze jedną przyjemność. Sprawę trzymałem w tajemnicy, aż do chwili gdy stanęliśmy na Brompton Road, przed stylowym - jednak niczym szczególnie nie wyróżniającym się - budynkiem. To sklep Harrodsa - powiedziałem, kiedy przechodziliśmy na drugą stronę ulicy. Ty żartujesz, ten słynny sklep Harrodsa? Od Dodiego Al-Fayeda, tego od Diany? To ten sklep, jesteś tego pewien? - pytała ciągłe z niedowierzaniem. No, tak - co ci będę mówił, jak nie wierzysz to chodź wejdźmy do środka. Poważnie? - zapytała. No, tak poważnie - odpowiedziałem. Była zachwycona. Czułem po kościach, że tak będzie. Na to liczyłem. Oprócz tego, że przy wejściu ochroniarz czepił się mojego plecaka i wszędzie był cenowy zawrót głowy, to cała reszta była super. Przelecieliśmy wszystko co było na parterze i na pierwszym piętrze. Godzinę później staliśmy już w drzwiach wyjściowych, z ładnie stylizowaną puszką cejlońskiej herbaty w ręku, za jedyne dziewięć funtów. Fajnie było? - zapytałem. No pewnie, że fajnie, tylko szkoda, że tak krótko - odpowiedziała z uśmiechem. No, a teraz gdzie? - rzuciła jakby od niechcenia. Teraz to moja droga, lecimy do Victorii i Alberta. Co? Nie martw się, to całkiem niedaleko - asekurowałem się na wszelki wypadek, bo tak naprawdę to nie wiedziałem czy to jest daleko, czy niedaleko.

Muzeum Historii Naturalnej





W kwadrans doszliśmy do Cromwell Road i wtedy pokazałem Eli, imponujący portal wkomponowany w fasadę oryginalnie wyglądającego budynku. Byliśmy na miejscu. To jest muzeum Victorii i Alberta - powiedziałam, dumny z tego, że udało mi się trafić tu bezbłędnie. Oczywiście o tym, że jestem dumny nie wspominałem ani słowa. To o tym, mówiłem ci u Harrodsa - dodałem pośpiesznie. Nie chciałem, żeby mi marudziła - że to jednak mimo wszystko kawał drogi - więc zaklinałem rzeczywistość jak tylko mogłem. Chociaż, chyba niepotrzebnie. Głupi jestem - pomyślałem. Na wszelki wypadek jednak wspomniałem, że w South Kensington jest naprawdę co zwiedzać i że tylko rzut beretem jest stąd do Muzeum Historii Naturalnej, do Muzeum Nauki i Techniki, a także wielkiej sali koncertowej Royal Albert Hall i pomnika Alberta. Sporo tego. Żeby nie było, że nie uprzedzałem. No, dobrze, już dobrze nie tłumacz się i przestań marudzić - wpadła mi w słowo, jakby chciała powiedzieć, że i tak wszystko z góry mi wybacza. No, to co wchodzimy wreszcie, czy nie? - zapytała zniecierpliwiona. Wiedziałem, że to nie jest zwykle muzeum, że to świątynia skarbów, że są tu najpiękniejsze rzeczy jakie stworzył człowiek w różnych epokach i kulturach świata: kolekcje obrazów, mebli, ceramiki, szkła, biżuterii, rzeźby i tkanin. Szperanie w portfelu przy wejściu, było zbędne - okazało się, że można to wszystko zobaczyć zupełnie za darmo. Surprise. Gdy chwilę później podparłem się przewodnikiem okazało się, że jest tu podobno trzynaście kilometrów labiryntów, schodów i korytarzy - jak więc się do tego zabrać? To wyzwanie chyba nie dla nas, a przynajmniej nie na dzisiaj - powiedziałem ni to do siebie, ni to do Eli. Wszystkiego nie da się zobaczyć. Może wpadniemy tu kiedyś na dwa dni z noclegiem - zażartowałem tak mimo woli, ale ona już tego nie słyszała. Była gdzie indziej. W zupełnej ciszy, jakby zaczarowana, stała nieruchomo wpatrzona w kolumnę Trajana, a potem gapiła się namolnie, oglądając z każdej strony golutkiego Dawida stworzonego przez Michała Anioła. To piękny świat, szczególnie: wśród rzeźb włoskiego renesansu, kolekcji obrazów Johna Constable’a i chociażby rysunków Rafaela. Wystarczy, na dzisiaj wystarczy, naprawdę wystarczy - odezwała się wreszcie, gdy usiedliśmy na marmurowych schodach w jednym z korytarzy.

Royal Albert Hall
Wąskim przejściem w odgrodzeniu, u zbiegu Exhibition Road z Cromwell Road zeszliśmy w dół do ścieżki, prowadzącej w stronę głównego wejścia do Muzeum Historii Naturalnej. Było chyba wpół do czwartej po południu, gdy stanęliśmy w hallu głównym - na wprost wielkiego szkieletu diplodoka. Pierwszy raz w życiu coś takiego zobaczyłem. To jeden z największych dinozaurów, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia. Dochodził podobno w naturze, do pięćdziesięciu czterech metrów długości i około pięćdziesięciu ton wagi. Idealnie wyeksponowany w przestrzeni wielkiego hallu wzbudza podziw i zachwyt każdego, kto tu wchodzi - bez wyjątku. Z mojego przewodnika - z którym nie rozstaje się od kilku dni - wynika, że jest tu ponad siedemdziesiąt milionów eksponatów i pięć głównych działów do zwiedzania, w tym: botanika, entomologia, mineralogia, paleontologia i zoologia. W związku z tym, że ciągle ścigamy się z czasem - a to nie jest sytuacja komfortowa - musimy teraz wymyślić najprostszy jak się da plan zwiedzania. Spojrzałem na Elę, gdy ta, czytając chyba w moich myślach powiedziała tylko jedno słowo - dinozaury. Genialne - wyrwało mi się, jakoś. No, po postu gjeńjusz - poprawiłem, błyskawicznie. Uśmiechnęła się, a potem dotknęła wskazującym palcem okolicy kącika prawego oka i powiedziała z odrobiną ironii - jedzie mi tu czołg? Odwróciła się i ruszyła powoli w stronę niebieskiej strefy, a ja - tuż, za nią. Weszliśmy do świata wymarłych przed milionami lat gadów, które zawsze wzbudzały w człowieku ciekawość, strach i przerażenie. No to naprzód.

Na Flower Walk
Chyba przesadziłem dzisiaj z tym zwiedzaniem - przyszło mi do głowy, gdy wyszliśmy na ulicę. Przed nami jeszcze - Science Museum przy Exhibition Road. Tylko głupek by tu nie wszedł, nawet zmęczony tak jak my dzisiaj. Plątały mi się myśli, ale w końcu wydusiłem z siebie i powiedziałem o tym Eli. Przyjęła to z godnością. Kamień z serca. No, to chodźmy - powiedziała spokojnie. To kolejne, niezwykłe miejsce w Londynie. Wszystko zaczęło się tu podobno w 1851 roku podczas - wielkiej światowej wystawy. Była na tyle udana, że przekształcano ją w stałą ekspozycję, która - z licznymi zmianami - przetrwała aż do dzisiaj. Jest tu prawie trzystu tysięcy eksponatów z różnych dziedzin nauki i techniki. Dla każdego coś fajnego. Można obejrzeć: najstarsze maszyny parowe James Watta, lokomotywę – „Puffing Billy”, obejrzeć parowóz - rakietę Stehpensona, pierwszy silnik odrzutowy, najstarsze samochody, modele statków, łodzi podwodnych i samolotów na przykład Spitfire, czy Hurricane, prom kosmiczny Apollo 10, pierwsze odbiorniki telewizyjne, a nawet prototyp zegara, który ma działać przez 10 tysięcy lat. Rewelacja. Znowu wstęp wolny i znowu zaskoczenie. W żadnym z odwiedzonych dzisiaj muzeów, nie musieliśmy płacić. To miłe, że tak traktuje się tu ludzi. Będę wszędzie sławił londyńskie muzea - powiedziałem do Eli, gdy leżeliśmy już na trawniku pod platanami, niedaleko Albert Memorial. Tak było. Dostaliśmy dzisiaj w kość i przeżywaliśmy kryzys, a nasze ciała domagały się odpoczynku. Nie było wyjścia, coś musieliśmy z tym zrobić. Okazja nadarzyła się już kilka chwil później. Minęliśmy siedzibę Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i za pierwszym skrzyżowaniem ze światłami, weszliśmy do parku. Z lewej strony w platanowej alei, czekało na nas idealne miejsce - ustronny kawałek trawnika z cieniem. Nie byliśmy sami. To dobrze - pomyślałem. Przynajmniej nie będziemy wyglądać jak idioci, a to może być ważne. Dla kogo, ważne? - zadałem sobie jaszcze głupsze pytanie. Nie wiem dla kogo ważne, ale załóżmy, że tak może być - uspakajałem się i to mi w zupełności wystarczało. Wszystko stawało się obojętne, byłem po prostu zmęczony, nie miałem ochoty nigdzie już dalej iść. Bez ceregieli więc położyłem się na wznak i poczułem ulgę, o której marzyłem od co najmniej pół godziny. Zrzuciłem z siebie wszystkie ciężary. Ela zdjęła sandały i z mojego brzucha zrobiła sobie podgłówek. Byliśmy teraz razem i było nam znowu dobrze. Leżeliśmy w cieniu platana, na równo przystrzyżonym trawniku i coraz bardziej zmagał nas sen. Słyszałem swój miarowy oddech i jej ostatnie pytanie - o czym myślisz? O niczym - wyszeptałem po cichu, ale nie jestem tego pewien. Może mi się tylko tak zdawało. Już nic nie miało dla mnie znaczenia, morzył mnie sen, morzył, aż wreszcie pochłonął zupełnie. To trwało chyba kwadrans, a może dłużej - tego dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że gdy otworzyłem oczy zobaczyłem przed nosem, kanapkę z serem w ręku Eli. To właśnie intensywny zapach kanapkowego sera mnie otrzeźwił. Oprzytomniałem, więc w oka mgnieniu. Zjedzmy coś i chodźmy dalej, już czas, bo nas tu jeszcze noc zastanie - powiedziała troskliwie. Dobrze, że mam Elę - pomyślałem. Dzięki niej wracałem szybko do rzeczywistości. Wstałem, więc i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę Albert Memorial. To monumentalny pomnik księcia Alberta, męża królowej Wiktorii.

Albert Memorial


Potem schodami, w dół poniosło nas do Royal Albert Hall, ogromnej, bo na osiem tysięcy widzów sali koncertowej - miejsca, gdzie występowali najwięksi tego świata. Dzisiaj panuje tu cisza, nie ma gali ani koncertu - ale hall i korytarze i tak są nasze. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek tu będziemy. Pachnie wielkim światem - rzuciła Ela na odchodne. No pachnie, pachnie, ale zobacz jak tu pachnie, prozą życia codziennego - dodałem, pokazując palcem policjantkę, która wypisywała właśnie mandat, jakiemuś nieszczęśnikowi za złe parkowanie przy Kensington Gore. Widzisz, nie każdy będzie dzisiaj dobrze wypominał wizytę w Royal Albert Hall. Ela tylko uśmiechnęła się i pociągnęła mnie w stronę parkowej alei Flower Walk. Chodziło o to, by jak najszybciej dojść do Kensington Palace.

Kensington - Wilhelm III Orański
W bramie pałacu przywitał nas Wilhelm III Orański - z bożej łaski król Anglii, Szkocji, Francji i Irlandii. Ta historia, jednak mniej nas dzisiaj interesowała. Połapałem się, że dla Eli to takie miejsce bardziej sentymentalne, spod znaku życia i dramatu księżnej Diany. To właśnie tu, przed tą bramą po pamiętnej nocy, ostatniego dnia sierpnia dziewięćdziesiątego siódmego, mieszkańcy Londynu położyli morze kwiatów dla ulubionej księżnej Lady Di. To była wielka manifestacja sympatii, uznania i szacunku dla osoby, która zginęła, a którą Anglicy tak bardzo lubili. Pamiętasz, cała Anglia wtedy płakała - powiedziała szeptem Ela. To było wzruszające - dodała, po chwili. Nic nie mówiłem. Wolałem nic nie mówić. Przeszliśmy jeszcze kawałek i usiedliśmy na ławce przy wąskiej, asfaltowej alejce. Kensington Palace i jego ogrody były dzisiaj ostatnim punktem, naszego spaceru po Londynie. Jest późne popołudnie, wracamy na Rayners Lane

cdn. w cz. II.


3 komentarze:

  1. Świetnie napisane, fajnie znów powspominać Londyn :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam jednym tchem. Kiedy część II? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo. Szukam czasu, ale postaram się.
      Pozdrawiam
      Kris

      Usuń