wtorek, 25 lipca 2017

Dolny Śląsk - w końcu dotarliśmy na Ślężę


To już nasze kolejne podejście do tematu Ślęży. Pierwsze było zdecydowanie nieudane, tak jakby fatum nad nami jakieś wisiało. Już byliśmy wtedy w drodze, a nawet w jej połowie i gdy grzbiet góry - na rozleglej równinie - ukazał się przed nami, pod maską naszego Clio coś nagle głośno trzasnęło. I to był właśnie początek końca tamtej podróży. Wszystko urwało się jednej chwili, a powrót na lawecie to była prawdziwa porażka, nasza pierwsza przegrana z tą górą. Innym razem, gdy już wszystko mieliśmy dopięte na ostatni guzik, trzeba było zmieniać plany, bo życie napisało nam zupełnie inny scenariusz. Wyjazd musieliśmy odłożyć, a potem tak jakoś samoistnie temat zakurzył się i popadł  w zapomnienie. No i teraz. Po brzydkim i depresyjnym kwietniu szykowała się ładna majówka, takie przynajmniej były prognozy. Byliśmy więc zdecydowani i pełni nadziei. Zawsze widoczna z autostrady Ślęża, tym razem nie chciała się jednak w ogóle pokazać. Coś było znowu nie tak.  Im bliżej, tym gorzej. Opatuliła się gęstą mgłą i po prostu zniknęła. Drogi z wioski do wioski robiły się coraz węższe, a widoczność malała z każdym kilometrem. Pomyślałem nawet, że góra chyba znowu  nas nie chce. Tak  jakby uwzięła się na nas po raz kolejny.  Czułem, że gdzieś tu powinna być, a jednak jej nie było. Aż ciarki przeszły mi po plecach. Zaczęły męczyć mnie czarne myśli. Słyszałem przecież o ciemnych mocach, czarach, kamiennych posągach i uprawianym tu okultyzmie. Nerwy w postronkach. Mimo wszystko jednak łudziłam się, że nie wpadniemy żadną czarną dziurę, że w końcu dowleczemy się do celu. Wszystko zmieniło się tuż przy Sobótce, od strony Sulistrowiczek. Wtedy pokazało się światełko, skręciłem więc za nim w lewo, w szeroką asfaltową ulicę, mgła się rozstąpiła i wtedy wszystko pojaśniało. Byliśmy na miejscu. Odetchnąłem - kamień spadł mi z serca.
Ślęża   - 718 m n.p.m. najwyższy szczyt Podgórza Sudeckiego




..... i do tego należy do Korony Gór Polski i Korony Sudetów.


Dobrze, że wreszcie mgła zaczęła się podnosić.




.....  no i tak stanęliśmy na rozstaju dróg.




Szyliśmy od strony Domu Turysty Pod Wieżycą




.... i daliśmy się wciągnąć na żółty szlak, chociaż kwiaty znaczyły drogę tylko na biało. Wszędzie zieleń i biel.




Półtorej godziny marszu i czterokilometrowa trasa - to nasze wyzwanie  (oczywiście w jedną stronę).




To nie jest wcale trudne podejście .....



.......chociaż i tak trudniejsze niż od strony Przełęczy Tąpadła.


Jednak przy podejściu na Wieżycę trochę potu zostało wylane.



A potem - jakby w nagrodę - było  z górki i dalej leniwa ścieżyna.




Mimo, że wiosna nie jest łaskawa - powoli, ale i tutaj  budzi się życie.  Zrobiło się  kolorowo.



Na ścieżce przyrodniczej




Koło drewnianej wiaty zeszły się nam dwa szlaki.  



... a łagodna ścieżka zamieniła się w kamieniste podejście


Las przeoblekał się coraz bardziej w baśniową krainę




... i tylko baby Jagi tu brakowało, albo jakiegoś sabatu czarownic.


Góra znowu nam się opierała - coraz więcej mgły, coraz więcej mgły

..... i tylko jedno nam zostało - trzymać się i nie odstępować szlaku (znowu dwa kolory: żółty i czerwony).



Im wyżej tym więcej gęstych oparów.



Jak w tolkienowskiej mitologii Śródziemia.




Wilgotny las spowity mgłą, wielkie głazy i potężne wykroty  - to nasza droga na szczyt




.... i na kamienne schody do  tego kościoła



.... który stanął tu i stoi od dawien dawna, na ruinach piastowskiego zamku.

..... żadnych dzisiaj widoków, żadnej panoramy, widać tylko tyle, co na wyciągnięcie ręki - no, to chyba jednak jakaś kara nas tu  spotyka.  




........ oprócz rzeźby niedźwiedzia, można tu znaleźć także : kamienną pannę z rybą, mnicha, a nawet dzika. Nic jednak nie wiadomo mi o sowie - to chyba po prostu jakaś podróba. 




...... jeszcze tylko kubek herbaty w schronisku   i ruszamy ponowienie w stronę Wieżycy

....... przez mroczny las



.... i polany przepełnione (znowu) białymi kwitami.


.......... aż do dołu samego, gdzie na rozstaju wszystkie szlaki znowu się spotykają.








Byliśmy znowu pod Domem Turysty. Od porannego wyjścia, do powrotu minęło prawie pięć godzin. To sporo, ale od razu zakładaliśmy, że nie ścigamy się z czasem. Chcieliśmy - tak zupełnie na luzie - połazić, poznać górę i jej okolice, zresetować się i oderwać od codziennych problemów. Trzeba nam było relaksu. I nawet ta mgła, nie była taka zła - był w tym jakiś urok.  Tajemnicza góra we mgle. Za trzecim razem, ale w końcu się udało - Ślęża nas przyjęła. Czas jednak - w końcu - pomyśleć o powrocie. Wracamy więc - ale jeszcze nie do domu. Zajrzymy chyba po drodze do Niemczy - to zupełnie niedaleko. Małe zgubione miasteczko.

cdn.

3 komentarze:

  1. Wasze podejścia do Ślęży przypominają moje podejścia do sklecenia jakiegoś sensownego wpisu o tej górze..:-) Byłam tam wielokrotnie ale takiej pięknej mgły nie doświadczyłam ani razu:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. My na Ślęży bylismy juz kilka razy, ale najbardziej przerazajace było dla mnie wejscie w Noc Sylwestrową - na szlaku nie spotkaliśmy NIKOGO. Sam las, szmery, a w glowie tylko straszne mysli (i po co ja sie naczytalam o historii uprawiania "magii" na tej gorze?).

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem dlaczego, ale chyba jeszcze kiedyś się tam znowu wybierzemy. Pozdrawiam.
    Kris

    OdpowiedzUsuń