niedziela, 3 września 2017

Chorwacja po raz szósty (cz. I.) - w drodze do Dalmacji.

           Wszystko o czym teraz opowiem, to jedynie następstwa mojego kolejnego pomysłu na wakacje w Chorwacji. Pisałem o tym w kwietniu tego roku w materiale po tytułem "Baśka Voda - wakacyjny projekt 2017". To jest właśnie relacja z tej eskapady.
            Było pięknie i ciekawie, wszystko szło nam zgodnie z planem; z tym jednak, że nie do końca. Czułem nawet - w którymś momencie - przez skórę, że coś nad nami wisi, ale nie miałem pojęcia: co, gdzie, kiedy i jak? No i wreszcie stało się. Przyszło samo. Pech dopadł nas  w ostatnim dniu, a  w zasadzie w drodze powrotnej do domu. Przyszedł niespodziewanie  i jednym ruchem skomplikował nam wszystko - i to poważnie.  Przyparł nas  do muru i kazał mierzyć się z zupełnie  nowymi wyzwaniami. Chwilami było nawet dramatycznie, ale koniec końców jakoś z tego wybrnęliśmy i wszystko skończyło się happy endem. O szczegółach opowiem później.
           Tym razem do Chorwacji wybraliśmy się w czwórkę: Ela, Bożena, Andrzej i ja. Punktualnie o  szóstej rano ruszyliśmy w stronę Prudnika, potem do nawigacji wpisałem: Ołomuniec, Brno i Mikulov. W Austrii - za Poysdorf - wpadliśmy na wiedeńską autostradę i odtąd - jak zaprogramowani - spokojne sunęliśmy aż do Grazu. Na przedmieściach zgodnie z planem, Andrzej skręcił w prawo i wjechaliśmy do centrum miasta. Spokojne ulice, niewielki ruch i miarowy puls miejskiego życia wygasiły we mnie wszelkie niepokoje. Odtąd byłem już pewien, że to będzie miłe popołudnie. I tak też się stało. Zobaczyliśmy ładne, a do tego przyjazne miasto. Ujmujący widok z wielkiej skały w samym centrum - na czerwone dachy i zielone wzgórza -  przyjąłem jak nagrodę za godziny nudnej i monotonnej jazdy autostradami. Wreszcie, gdy światło dnia powoli zaczęło przygasać, a wieczór nieubłaganie wchodzić do miasta, trzeba nam było znowu ruszać  drogę. Tym razem jednak zupełnie niedaleko, bo tylko dziesięć kilometrów na południe - do Kalsdorf  bei Graz, do Oekotelu przy Forster Strase 70. Byłem zmęczony, powoli nadchodziła  już noc, a ja myślałem natrętnie już tylko o tym żeby się położyć i zasnąć.
Graz - stolica Styrii



Mauzoleum Ferdynanda II


Wieża zegarowa Uhrturm - na Schlosbergu



Widok  na Graz - z wysokiej skały

Najstarsza część miasta



Ratusz przy Hauptplatz




Kamienica przy Herrengasse


Renesansowy budynek starostwa Landhaus 




Opera przy Kaiser-Josef-Platz

Następnego dnia, znowu na trasie  - już w Chorwacji

Tunel za tunelem





Przejazd przez Ledenik




No i wreszcie - oczekiwany widok błękitnego morza.



.......... lecimy dalej, droga jak strzelił  - w stronę Splitu




Czasem trzeba zatankować



Wreszcie blisko celu - przed nami zjazd z autostrady




Baśka Voda - to już widok z naszego balkonu




No i przyszedł koniec dnia
             Wstałem o szóstej rano, odsunąłem zasłonę w hotelowym pokoju i zobaczyłem opromienione słońcem  alpejskie szczyty. To był dobry znak i to na cały dzień. Z Kalsdorf  wyruszyliśmy w dalszą drogę zaraz po śniadaniu; kierunek Słowenia, a potem prosto na chorwacką A1. Od początku wszystko szło jak z płatka: z  boku, po prawej stronie -  został Maribor, potem z  lewej Zagrzeb, a na końcu mignął nam niewielki Karlovac. I wtedy znowu zaczęła się monotonia autostradowej podróży - miarowe połykanie kolejnych, nudnych kilometrów. Droga prowadziła nas teraz na Split/Dubrownik, a odmiana przyszła dopiero koło Zadaru. Jechaliśmy wtedy w dół i  za kolejnym tunelem - pojawiły się  nagle błękitne wody Adriatyku. W samochodzie - w jednej chwili - zapanowało spontaniczne ożywienie z przejawami zachwytu na cudownym widokiem. Z czasem jednak  gasło, aż wreszcie wypaliło się zupełnie. Morze zniknęło i ponownie  przyszła   nuda. Przed nami  znowu dwieście kilometrów z dala od wybrzeża. I tak to ciągnęło się, aż do zjazdu numer 29 -niedaleko wioski o nazwie Zagvozd. To była kolejna dobra chwila i to był  znak, że powoli  zbliżamy się  do celu. Zapłaciliśmy myto na autostradowej bramce i  już kilka minut później, lokalna droga prowadziła nas  wprost do tunelu Sv. Ilia. Po drugiej stronie był Adriatyk. Co za radość. - Jeszcze tylko jeden szlaban, jedna opłata i znowu zobaczymy cudowne nadmorskie widoki - pomyślałem, znużony wielogodzinną jazdą. Automat  przyjął 20 kun, szlaban uniósł się do góry i mogliśmy wreszcie wjechać do tego naszego wymarzonego świata. Najpierw pojawiło się malutkie światełko, a potem wielka, urzekająca panorama z błękitnym morzem i czerwionymi dachami małego miasteczka w dole. Pod nami była Baśka Voda.

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz