czwartek, 1 marca 2018

Chorwacja po raz szósty (cz.VII) - przez przypadek do Zadaru.


           Doskonale zdawałem sobie sprawę, że czas biegnie nieubłaganie i wszystko co piękne i co niepiękne zostaje za nami. Nigdy więc nie zapomnę wieczoru, gdy po raz ostatni wyszedłem na balkon, spojrzałem na miasteczko w dole, na błyszczące morze  i na krwawo zachodzące słońce. To był ostatni wieczór naszych wakacji w Baśce Vodzie. Potem przyszła Ela i patrzyliśmy tak we dwoje, a chwilę później Bożena z Andrzejem i patrzyliśmy tak we czworo. I wtedy słońce zanurzyło się w morzu, zostawiając jeszcze na moment na niebie swój gasnący blask. Powoli zbliżała się noc, nasza ostatnia noc na Riwierze Makarskiej.
          Trzeba wracać do domu – nie ma rady. Za nami schodzone wszystkie okoliczne plaże i miasteczka, wyspa Brać, Dubrownik i góry Biokovo, a przed nami prawie 1200 kilometrów drogi przez: Węgry, Austrię i Czechy. Poranek – jak wszystkie poprzednie – był delikatny i świeży. Zapowiadał się cudowny i pogodny dzień. Spakowaliśmy się i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Za miastem droga zaczęła piąć się pod górę, przejechaliśmy przez tunel Sveti Ilia i kwadrans później byliśmy już na autostradzie. Nic nie zapowiadało dramatu, a jednak przyszedł i to w jednej chwili, zupełnie niespodziewanie. Metaliczny dźwięk, huk dobiegający od strony silnika i lejący się po jezdni olej oznaczał tylko jedno – koniec marzeń o dalszej podróży. Tego nie było w planach. Tak, tak tego nie było w planach, ale plany się zmieniły i musieliśmy jakoś sobie z tym poradzić. Zamiast zwiedzania jutro małych miasteczek nad jeziorem Nezyderskim w Austrii, na horyzoncie - z wysokości wiozącej nas lawety - pojawił się tym razem Zadar. Też dobrze, szkoda tylko, że w takich okolicznościach.





Żegnamy Riwierę Makarską.



Nasze kłopoty zaczęły się na 293 kilometrze autostrady A1; pomiędzy Szybenikiem a Zadarem. Chorwackie służby autostradowe zjawiły się w miarę szybko, jednak na lawetę trzeba było czekać - w słońcu - prawie trzy godziny. To było trudne doświadczenie.




Jest niedziela, nic nie da się zrobić, po prostu czekamy. Auto zostało - do naprawy – na parkingu pod serwisem w Zadarze. To wszystko.





A my? A my mamy wreszcie hotel i dużo wolnego czasu, można więc chyba wybrać się na spacer. Wyjąłem z plecaka przewodnik i pogodzeni z losem ruszyliśmy przed siebie .






Bez trudu znaleźliśmy starą Bramę Lądową i weszliśmy w labirynt uliczek starówki. Ładnie tu. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – poznamy przynajmniej tajemnice Zadaru. A to już jest coś.


Stary Zadar nie jest duży, w sam raz do przyjemnego spaceru w cieniu zabytkowych kamieniczek. Bez trudu odnaleźliśmy część dawnego rzymskiego forum i ponad tysiącletni kościół św. Donata.



Miasto pachnie przeszłością, przypomina o swojej wielkości i karmi wszystkich przybyszów melancholijną atmosferą swoich zakątków, placów i ulic.



Tu wszędzie jest blisko, nikt się nigdzie nie spieszy – my też nie. Bo i po co? Wszystko co ciekawe jest w zasięgu wzroku. Ludzie plączą się z miejsca na miejsce, a chwilami przysiadają tu i ówdzie na chłodnych kamieniach pogodzeni z czasem.






Siedzę i patrzę na kościół św. Marii i słucham samotnego gitarzysty, który od kilku minut rozbraja nas cudowną Sambą Pa Ti - Santany. Ela wrzuciła mu ostatnie drobniaki z mojej kieszeni i poszliśmy dalej.




Od rzymskiego forum już tylko żabi skok do nadmorskiego bulwaru, a stąd zaledwie parę kroków w prawo do słynnych morskich organów, gdzie fale przechodząc przez zanurzone w wodzie rury wydają z siebie niezwykłe symfonie. Zostaliśmy więc na tym nieproszonym koncercie, a kilka chwil potem – jak magnes - przyciągnęła nas do siebie futurystyczna instalacja, która – tak naprawdę - jest gigantyczną słoneczną baterią. To fenomenalne miejsce.




Od Małego Arsenału - na zachodniej stronie miasta - wąską, pełną cienia uliczką doszliśmy na niewielki plac przed oblicze katedry św. Anastazji. Spory tu ruch i wielu turystów.



Ta romańska fasada uważana jest za najpiękniejszą w całej Dalmacji.



Była już czwarta po południu, gdy weszliśmy na Narodni trg - jeden z głównych placów w tej części Zadaru. Miejsce pełne kafejek i muzyki. Andrzej znalazł wolny stolik na wprost Grabskiej Loży, Ela zamówiła kawę i wtedy poczułem zmęczenie. Lubię taką nudę.





Galeria pod gołym niebem na ulicy Jurija Barakovića – idziemy w stronę zatoki.





Nova Vrata - to jedna z kilku bram w murach obronnych. Wyszliśmy na wprost mostu dla pieszych łączącego dwa brzegi: starówkę i współczesną część miasta.

Kopnena Vrata  z 1543r.  - tu zaczęliśmy zwiedzanie i  tu rozstaniemy się  z Zadarem.  

         No i wreszcie przyszedł poniedziałek, dzień w którym fachowcy mogli zabrać się za nasze auto. Poszedłem z Andrzejem do serwisu i już po godzinie wiedzieliśmy wszystko. To była katastrofa – ciąg dalszy czarnego scenariusza z 293 kilometra autostrady A1, kolejny odcinek tego samego serialu. Okazało się, że awaria jest tak poważna, a koszt naprawy tak duży, że decyzja mogła być tylko jedna. Auto na lawetę i do Polski, a my razem z nim. Na szczęście oswoiliśmy się już na tyle ze złymi nowinami, że - wszyscy - przyjęli to godnie; żadne tam rozdzieranie szat, ani tym bardziej wyrywanie włosów z głowy. Duże spoko, a nawet z uśmiechem na ustach, no i chyba w nadziei, że nic gorszego nas już spotkać na tych wakacjach nie może. Następnego dnia wieczorem przekroczyliśmy granicę Polski i szczęśliwie dotarliśmy do domu. Tydzień później znalazł się kupiec i uwolnił nas od patrzenia na ten pechowy samochód. Nam zostały tylko wspomnienia.



Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz