poniedziałek, 10 lutego 2014

Trzy dni w Świeradowie

Cel: Góry Izerskie - Świeradów
Trasa do: Opole - Jawor - Złotoryja - Lwówek Śląski - Gryfów Śląski - Świeradów - wejście na Stóg Izerski.
Droga powrotna: Świeradów - Szklarska Poręba (wodospad Szklarka) - Cieplice - Jelenia Góra - Opole.
...................................................................................................................................................................

         Czy to ma sens, żeby w listopadzie jechać w góry? Zapytał mnie Andrzej, gdy nieopatrznie wygadałem się, że chcemy niedługo wybrać się do Świeradowa. Dla mnie tak, dla niego widać - niekoniecznie. Po prostu potrzebujemy ruchu i świeżego powietrza i to są wszystkie sensowne argumenty, jakie przychodzą mi do głowy. No, a pogoda ? A no właśnie, pewnie najbardziej chodziło mu o to, że w listopadzie pogoda jest pod psem. Może i jest, no i co z tego - nas to jakoś nie rusza, więc i tak jedziemy. Plan jest taki: Opole - Świeradów, ale po drodze chcemy zatrzymać się w: Jaworze, Złotoryi, Lwówku i Gryfowie Śląskim. To ładny kawałek Dolnego Śląska, który moim zdaniem warto zobaczyć. Z Opola do Świeradowa - po tej trasie - jest 235 kilometrów.

A4 - Opole - Wrocław.
         Jest ranek 9 listopada 2013 roku - zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Pogoda nam sprzyja, jedziemy zgodnie z planem. Zaczynamy od A4 w stronę Wrocławia, mijamy Bielany, Kostomłoty i po około stu trzydziestu kilometrach, niedaleko wioski Budziszów Wielki - robimy zjazd w drogę numer 363 do Jawora.

Dolnośląskie drogi. 
        To jest jesień co jeszcze nie przeminęła, spadające liście na wietrze i ich piękne kolory. Drogi gminne coraz bardziej połatane, ale nie ma co narzekać. Jest w tym wiele uroku.

Droga do Jawora
Dolnośląskie wioski. 
         Z autostrady do Jawora jest niecałe dwadzieścia kilometrów. Z góry  trochę pokropiło, ale niebo wcale nie zaciąga. Droga prowadzi wśród pofałdowanych pól i przycupniętych wiosek, w których gdzieniegdzie czas zatrzymał się już dawno temu.  Jazda jednak w sumie jest przyjemna, a ja jestem ciekaw coraz bardziej tego Jawora. To niewielkie miasteczko, które  ma kawałek pięknej historii i podobno kilka interesujących zabytków.

Jawor

         Nawigacja doprowadziła nas bezbłędnie do samego centrum. Z parkowaniem też nie było problemu. Ładnie tu - pomyślałem zamykając auto. Z trzech stron rynek zabudowany jest siedemnastowiecznymi kamienicami, ale najważniejszy oczywiście jest ratusz. Imponujące okna, z pięknymi witrażami. Sporo tu niderlandzkiego renesansu - tak mi się przynajmniej wydaje. Jest tu też kilka ładnych późnorenesansowych, kolorowych kamienic. To wszystko w klimacie harmonii i zrównoważonego nastroju małego miasteczka. Życie bez zgiełku i bez pośpiechu. Lubię takie miejsca. Zrobiliśmy więc kilka pamiątkowych zdjęć i powoli ruszyliśmy w ulicę Grunwaldzką.

Ratusz w Jaworze. 
        Turystyczną atrakcją Jawora   jest  Kościół Pokoju, budowla z połowy siedemnastego wieku. Urzekające wnętrze wypełniają cztery kondygnacje empor, pokrytych wielobarwnymi dekoracjami malarskimi; z motywami religijnymi i scenami życia tutejszej szlachty. Całość przykrywa kasetonowy strop z błękitną polichromią. Kościoły Pokoju budowane w połowie siedemnastego wieku, były świątyniami unikatowymi w skali światowej i ten właśnie taki jest.
 
Jawor
Jawor - Kościół Pokoju
         W małym, prowincjonalnym, dolnośląskim miasteczku jest  perła jakich mało. Ta świątynia jest inna, niż te, które do tej pory widziałem. I jestem pod wrażeniem tym bardziej, że wszystko  czego tu doświadczyliśmy owiane  było, od samego początku -  już od przejścia progu - nieuchwytnym, acz wyczuwalnym  nimbem tajemniczości. Gdy tylko stanąłem na środku wielkiej nawy, poczułem jak nigdy dotąd respekt dla tego miejsca. Nie wiem skąd przyszedł, ale wiem, że był  i to do samego końca.  Cisza i echo, echo i cisza, a potem pogłos jakby kamień wpadł do studni i znowu cisza. No i ten kot. Chodził za nami, od pierwszych chwil czarny kot, z żółtymi, szklącymi się  oczami. Najpierw śledził nas, zerkał, nieufnie spoglądał, potem łasił się, aż w końcu wszedł Eli na ręce - wprosił się jak przyjaciel. I wtedy jego oczy stały się  inne, najpierw pomarańczowe, a potem zielone z odcieniem cyjanu, aż ciarki przeszły mi po plecach. Przyjaźnie zaczął mruczeć, a po chwili sprytnie wyślizgnął się i zniknął za ostatnim rzędem ławek.  Tyle go widzieliśmy. To na pewno, nie był zwykły kot. To na pewno, nie jest zwykły kościół.

Kościół Pokoju. 
         Miasteczko jakby straciło swoją młodość, to widać na każdym kroku. Pewnie ta  młodość siedzi gdzieś teraz na ławce przed uniwersytetem we Wrocławiu, być może  w Krakowie, albo  pracuje na zmywaku za kanałem La Manche. Może kiedyś tu wróci, a nawet jak nie wróci, to i tak Jawor ma swój urok i tę swoją perłę. Dobrze, że tu wpadliśmy, lubię takie miejsca. W jednej z kamienic z podcieniami vis-a-vis ratusza, jest cukiernia, która kusi, wiec weszliśmy i zostaliśmy na kawę.

Złotoryja


         Wąska, asfaltowa droga, prowadziła nas spokojnie przez pola i łąki do wyznaczonego celu. Złotoryja leży na skalistym wzniesieniu nad doliną Kaczawy. To zaledwie pół godziny jazdy z Jawora. Łatwo tu trafić.  W średniowieczu okolica słynęła z wydobywania złota. Teraz tę tradycje podtrzymuję się i  co roku w maju, organizowane są  tu zawody w płukaniu tego kruszcu. Złoto zawsze dodawało blasku  temu miasteczku. Teraz też tak jest.

Na rynku w Złotoryi
          Do rynku doszliśmy spacerkiem, od ulicy Mickiewicza. Ta część miasta jest zadbana i robi dobre wrażenie:  kamienice odremontowane, ich fasady kolorowe, a place  przebudowane. Widać gołym okiem rękę dobrego  gospodarza. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale na spokojny spacer mogliśmy sobie jeszcze  pozwolić.

Kościół Mariacki
          Najpierw do  ratusza, a potem ulicą Joannitów doszliśmy do kościoła farnego, stamtąd pod Basztę Kowalską i dalej ulicą Basztową wracaliśmy, schodząc w dół, aż do końca ulicy Piłsudskiego - na parking, gdzie zostawiliśmy nasz samochód.

Złotoryja.
        To był miły spacer ulicami miasteczka po gustownym i starannym liftingu, wśród odrestaurowanych, zabytkowych kamienic. Podoba mi się tu, nie sądziłem, że Złotoryja jest taka ładna i tak zadbana. Czas nam jednak w drogę.

Lwówek Śląski

         Wśród pól, łąk i lasów, po dwudziestu sześciu kilometrach od Złotoryi dojechaliśmy do Lwówka Śląskiego. Droga gdzieniegdzie połatana, ale w sumie jazda dość przyjemna, tym bardziej, że  pogoda  ciągle nam sprzyja.

W drodze do Lwówka Śląskiego. 
         To maleńka mieścinka z dziesięcioma tysiącami mieszkańców, z długą i piękną historią oraz dziwacznym rynkiem. Imponujące fragmenty murów obronnych ze świetnie zachowanymi basztami: jedna od bramy Lubańskiej, a druga od bramy Bolesławieckiej - dodają smaku i pokazują niezwykły charakter najstarszej części tego miasta. To  bez wątpienia wymowne świadectwo dobrobytu i bogactwa oraz znaczenia Lwówka w tej części Dolnego Śląska przed wiekami.

Centrum Lwówka.
           W centrum stoi jeden z najpiękniejszych gotycko - renesansowych ratuszy, jakie spotkałem do tej pory. Pochodzi prawdopodobnie z pierwszej połowy szesnastego wieku. Obrazu dopełnia, przyklejona do niego od zachodniej strony strzelista wieża. To ładna i zgrabna budowla. Patrzę na to z okna  restauracji "Pod Czarnym Krukiem". Siedzę sobie przy stole, przede mną talerz gorącej  zupy i widok na rynek. Nawet miło jest tak się pogapić. Wieża od spodu jest kwadratowa, trochę wyżej robi się okrągła, jeszcze bardziej ku górze ośmioboczna, a potem zakończona jest kulą na samym jej wierzchołku. Z każdej strony świata,  przymocowany jest do niej duży zegar.

Dziwne miasteczko. 
          Rynek - czyli dramat historyczny. Zamiast dawnych kamienic stoją tu czteropiętrowe bloki, z epoki późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. To stan irytującej dysharmonii otoczenia i dowód na bezmyślność gospodarzy miasteczka, sprzed kilkudziesięciu lat ( tak jakby im rozum odebrało). Tym bardziej, że podobno kamienice na rynku ocalały. Ludzie je pamiętają, jak stały popalone tuż po wojnie. No cóż, mimo wszystko warto tu jednak - choćby na chwilkę zajrzeć. Można przy okazji, coś zjeść "Pod Czarnym Krukiem". A - tak przy okazji - zupa była świetna.

Gryfów Śląski

       Gryfów leży nieopodal Gór Izerskich nad Kwisą i jeziorem Złotnickim. Jest jeszcze mniejszy  niż Lwówek. Żyje tu i pracuje na co dzień,  około siedmiu tysięcy  mieszkańców. Było wczesne popołudnie gdy wjechaliśmy do miasteczka. To nasz ostatni przystanek w drodze do Świeradowa.

Rynek w Gryfowie Śląskim.
        Ulica Kolejowa doprowadziła nas  na parking, przy kościele św. Jadwigi, a stąd już pieszo w trzy minuty doszliśmy do rynku. To tradycyjne rozwiązanie - wokół odnowionego ratusza w czworoboku ustawiły się stylowe  kamieniczki. Widać, że ratusz  w przeszłości był co najmniej kilka razy  przebudowywany, ale i tak można odnaleźć w nim jego renesansowy charakter. Z tekstu na kamiennej tablicy wyczytałem, że w 1624 roku ówczesny burmistrz wybudował  - w tym właśnie miejscu - ratuszową wieżę. Renesansowe i barokowe kamieniczki nie są może zbyt wypieszczone, może nawet są zbyt szare i trochę się łuszczą, ale za to mają swój oryginalny charakter  i dają świadectwo historii.

Stara brama - historia wypisana na murach. 
       Fajnie tu jest - choćby chwilkę - posiedzieć na ławeczce pod ratuszem. Ela przyniosła lody i tak nudziliśmy się chyba przez kwadrans. Niespieszno tu. Nikt nigdzie nie goni, ludzie chodzą powoli, a na dzień dobry, mówią dzień dobry - jakbyśmy się znali  od dawna. Takie miłe miasteczko, które można polubić od razu. Ja polubiłem, Ela też.

Świeradów Zdrój

         Jesteśmy w Górach Izerskich. Z Gryfowa Śląskiego do Świeradowa jedzie się, nie więcej niż pół godziny. Pasmo tych gór jest zachodnią częścią Sudetów, na granicy Polski i Czech, a najwyższym szczytem z naszej strony jest Wysoka Kopa (1126 m). Świeradów rozłożył się, na północnym zboczu tych gór, na wysokości około 500 m n.p.m. w dolinie rzeki Kwisy, pomiędzy Stogiem Izerskim i Sępią Górą. To bardzo ładne miejsce. W rejonie Świeradowa i Czerniawy-Zdroju  odkryto kiedyś wody lecznicze, w tym także wody radonowe. No i tak ze zwyklej dziury zagubionej wśród gór i  lasów, zrobił się znany na całą Europę zdrój. Do leczenia wykorzystuje się tu także, borowinę z miejscowych torfowisk. Ludzie przyjeżdżają tu po zdrowie do tej pory. Stąd też sława Świeradowa.

Świeradów Zdrój.
        Hotel Era na ulicy Zakopiańskiej, to nasza baza, stąd ruszamy na spacery i wycieczki. Całkiem blisko od  hotelu znajduje się stacja kolejki gondolowej na Stóg Izerski. Dobre położenie. Obsługa w hotelu jest świetna, to młodzi, bardzo mili i sympatyczni ludzie.  Z balkonu mamy widok na góry pomalowane kolorami jesieni i omiecione promieniami słońca. Jest cudnie i chce się żyć.

Świeradów Zdrój
Hotel Era - tu zostaliśmy na trzy dni. 
         W latach 70-tych lasy Gór Izerskich umierały stojąc. Warto o tym pamiętać. Nastąpiła wtedy destrukcja i rozpad całego ekosystemu leśnego. To był prawdziwy dramat. Teraz gdy odrodziły się,  są jednym z najpiękniejszych miejsc w Sudetach. Warto więc tu przyjechać, nawet w listopadzie.

Kolejka gondolowa na Stóg Izerski. 
        Jeszcze tego samego popołudnia -  ruszyliśmy na nasz pierwszy spacer. Zeszliśmy najpierw w dół, a potem w ulicę Zdrojową i tak znaleźliśmy się w centrum. To urocze miejsce. Pogodowe prognozy pesymistów nie sprawdziły się. Jest ciepło i słonecznie, jednym słowem cudowna, przysłowiowa złota jesień. W tej scenerii  Dom Zdrojowy, który stoi tu od ponad stu lat  wygląda jak z pocztówki. Tworzą go dwie części - połączone długą na 80 metrów, modrzewiową halą spacerową. To tu jest zadaszony deptak dla turystów, szukających schronienia, chwili odpoczynku, albo oddających się przyjemności picia  wód leczniczych, zaś przed frontem budynku ciągnie się długi na 160 metrów taras, a w niebo wzbija się wysoka  wieża z zegarami. Najprawdziwszy w świecie  - Zdrój.

Dom Zdrojowy w Świeradowie. 
          Wreszcie przyszedł wieczór i coś popchnęło nas do środka, a uśmiechnięta barmanka  od razu pokazała nam wolny stolik w rogu zdrojowej kawiarenki.  To była dobra okazja, żeby poprzyglądać się ludziom i sanatoryjnym obyczajom. Drzwi się prawie nie zamykały, bez przerwy ktoś wchodził lub wychodził. Przybysze zawsze rozglądali się jakby w poszukiwaniu znajomych twarzy, przeszukiwali  wzrokiem salę i na ogół z zawiedzioną miną wychodzili. Czasami tylko ktoś przeciskał się między  stolikami, by przysiąść się do rozbawionego towarzystwa. Tak dotrwaliśmy przy kieliszku białego wina -  do chwili, gdy za ścianą rozległa się  głośna, taneczna muzyka. Od tej pory to sala balowa, a nie kawiarenka, w której siedzieliśmy, była  główną  areną towarzyskich zabaw.  Mały zdrojowy świat zmienił się w jednej chwili i zaczął wirować w rytm roztańczonych melodii.  Wszyscy przenosili się na tańce. Tak tu jest - podobno - każdego dnia. To nie była jednak propozycja dla nas, byliśmy zbyt  zmęczeni. Mimo wszystko to był udany dzień.

Pensjonaty i hotele. 
        Jeszcze tego samego wieczoru przed snem  uzgodniliśmy, że jutro idziemy w góry - zrobimy trasę na Stóg Izerski. Przejrzałem mapę, przewodniki  i obgadaliśmy wszystkie szczegóły. Jedyną niewiadomą była pogoda.  Rano w tej sprawie, też nic się nic nie zmieniło,  wszystko mogło się zdarzyć, a jakiekolwiek dywagacje na ten temat to zwykle wróżenie z fusów. Góry to góry i nic nie poradzisz - zagadnęła w pewnej chwili Ela. W sumie ma rację,  może wiec lepiej na zapas, się nie przejmować - pomyślałem.  Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w drogę.

Szarotka. 
          Wycieczka na Stóg Izerski nie zajmuje zbyt wiele czasu, tak wynikało z moich kalkulacji. Można przyjąć, że są w zasadzie dwa, a może nawet trzy sposoby, aby się tam dostać. Najłatwiejszy to wjechać kolejką gondolową - o ile będzie czynna. Można pójść szlakiem czerwonym i to jest wariant najbardziej forsowny. Można też jednak pójść alejkami, a nieco wyżej, bardzo wygodnymi ścieżkami, bez szczególnych utrudnień, aż do samego szczytu - i to jest dla nas opcja najlepsza. Przed nami więc - jak mi się wydawało - około trzy godziny górskiej wędrówki, w jedną stronę. Z ulicy Zakopiańskiej weszliśmy w Zdrojową i  po drodze minęliśmy kilka stylowych pensjonatów, w tym "Szarotkę", która stoi tu podobno od 1900 roku. Za Domem Zdrojowym skręciliśmy w prawo, w ulicę Piłsudskiego i aleją parkową wchodząc w ulicę Graniczną, dotarliśmy do pensjonatów Czeszka i Słowaczka. Tu zaczynają się góry. Kilkaset metrów dalej, zrobiliśmy nasz pierwszy i jak się później  okazało ostatni skrót. To był błąd. Weszliśmy w mokradła na niewielkim odcinku czerwonego szlaku i nie mogliśmy się wygrzebać. Co nas skusiło by zejść z głównej drogi - do tej pory  nie wiem. Wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle. No, ale potem  było już tylko lepiej.

Schronisko na Stogu Izerskim
         Gdy z gęstej mgły wyłaniał się budynek schroniska na Stogu Izerskim, Ela była mocno zmęczona. To nie było trudne podejście, ale potrzebowaliśmy odpoczynku i ona i ja. Schronisko jest stare i ma swoją historię - powstało w 1924 roku  i znajduje się na wysokości 1075 m. n.p.m. Kilka zdjęć i szybko weszliśmy do środka. Domowe ciepło i gorąca  herbata z cytryną stawiały nas powoli na nogi. Uwielbiam takie chwile, w kąciku przy stoliku i z gorącym kubkiem w ręku.  Pół godziny odpoczynku wystarczyło - wracamy więc do Świeradowa. Zejście zajmuje zdecydowanie mniej czasu i daje wyśmienitą okazję spojrzenia z góry na okolicę. Po raz pierwszy na szlaku złapał nas deszcz. Niebo pokropiło przez chwilę, ale po kilku minutach ulitowało się nad nami i znowu wróciło słońce.

Kolonada 






         Przy  Bohemia Caffe w Domu Zdrojowym, skusiło nas i weszliśmy do środka. Zwabił nas zapach kawy i chęć odpoczynku. Tak mimo woli, już przy stoliku spojrzałem na mapę i uświadomiłem sobie, że Świeradów to początek wielkiego szlaku sudeckiego, który ciągnie się przez Góry Izerskie - Karkonosze - Rudawy Janowickie - Góry Kamienne - Góry Sowie - Stołowe - Orlickie - Bystrzyckie - Masyw Śnieżnika - Góry Złote,  aż po Góry Opawskie (w nasze strony, koło Prudnika). Kawał drogi - pomyślałem.  Zresztą, tutaj też jest gdzie pochodzić. Można pójść na przykład, zielonym szlakiem na Smrek lub niebieskim na Sępią Górę, można też przejść na czeską stronę, albo też skorzystać z ciekawych szlaków rowerowych.

Widok z naszego balkonu




 Wodospad Szklarka
          Do domu nie wracamy tą sama drogą, uzgodniliśmy to już dawno. Nie cierpię monotonii, podróż musi być ciekawa. Przystanki na odpoczynek zawsze robimy  tam, gdzie jest coś interesującego. To mój sprawdzony patent. Tym razem na naszej drodze będą: Szklarska Poręba, Cieplice i Jelenia Góra. Zaplanowaliśmy, że na A4 - wjedziemy w okolicy Kostomłotów i w ten sposób cały przejazd  w tę stronę to będzie 227 kilometrów.

Jesienne hartowanie




        Nasz pierwszy zaplanowany przystanek - to wodospad Szklarki, przy wyjeździe ze Szklarskiej Poręby. Nawet o tej porze roku, spacer w tej okolicy może być przyjemnością. Jak się nieco później okazało przyjemnością  - dla niektórych - może być także kąpiel w lodowatym, górskim strumieniu. Właśnie tam gdzie Szklarka wpada do Kamiennej, zobaczyliśmy ludzi w rzece. Świetny spektakl hartowania ciała, no i ducha chyba też. Oj, trzeba mieć zdrowie - pomyślałem. Widziałem, że sprawia im to przyjemność, że ich to po prostu  bawi. Szacun. No ale cóż, czas goni ruszamy więc dalej - bierzemy kierunek na  Cieplice.

Cieplice  

         Na drodze numer E 65 w Wojcieszycach skręciłem w prawo i jechałem prosto, aż do miejsca gdzie ulica  Dolnośląska spotyka się z Sobieszowską i jak tylko przejechaliśmy most na rzece Kamiannej, zacząłem rozglądać się za miejscem do parkowania.  Tak znaleźliśmy się na niewielkim placu przy ulicy Krynicznej w Cieplicach. Od wodospadu Szklarki do tego miejsca to niespełna 14 kilometrów.

Plac Piastowski - Cieplice



       Kiedyś Cieplice były samodzielnym miastem, teraz to zdrojowa dzielnica Jeleniej Góry. Niestety, ale pierwsze wrażenia, tuż po przyjeździe, nie były zbyt dobre. Ela też kręciła nosem. Przy Jagiellońskiej i Staromiejskiej sporo szarych i zaniedbanych domów w niskiej zabudowie. Zacząłem wątpić w sens tego wyboru. Po co tu przyjechaliśmy? - przeszło mi przez myśl. Kiedy jednak ulicą Leśniczą przeszliśmy do Placu Piastowskiego, wszystko się odmieniło. 

Dom Zdrojowy Lalka 




         Podobno Cieplice to najstarsze uzdrowisko w Polsce, a tutejsze wody z głębokich odwiertów są najgorętsze w kraju. Tutaj świat nam się zmienił w jednej chwili. Oniemieliśmy wchodząc w przestrzeń placu Piastowskiego, jakbyśmy z chłopskiej sieni weszli na salony - chociaż pod gołym niebem. Od razu wpadł mi w oko, pięknie odrestaurowany Pałac Schaffgotschów, klasycystyczny budynek, z drugiej połowy osiemnastego wieku, podobnie zresztą jak i Dom Zdrojowy oraz pozostałe pawilony. Wszystkie pieczołowicie odrestaurowane, zadbane i w sposób przemyślany wkomponowane w otoczenie. Jest tu też piękny Park Zdrojowy - urocze alejki, dorodne drzewa, ozdobne krzewy, doskonale utrzymane  trawniki, stylizowane latarnie oraz zgrabne ławeczki. Tak nam się tu spodobało, że postanowiliśmy zostać nieco dłużej.

  Jelenia Góra

       Droga do centrum Jeleniej Góry jest prosta, to tylko sześć kilometrów ulicą Wolności z Cieplic. Przy Grodzkiej bez trudu znalazłem wolne miejsce dla samochodu, a stąd spacerkiem, w kilka minut przeszliśmy na rynek.



Jelenia Góra





          Ładnie tu - westchnęła zauroczona tym miejscem Ela.  Na środku dużego placu stoi barokowo-klasycystyczny  ratusz, a wokół poprzytulane do siebie kolorowe, kamieniczki z podcieniami, dawne domy kupców i miejscowych rzemieślników - świadectwo fortuny i prosperity tutejszego mieszczaństwa sprzed wieków. Nad południowym wejściem do budynku ratusza można znaleźć swoistą metrykę Jeleniej Góry. Jest tam łaciński napis, który mówi, że „Miasto wybudował Bolesław Krzywousty w 1108 roku”. Czyż potrzebna jest lepsza rekomendacja.

Żegnamy Dolny Śląsk




          To był 11 listopada, a więc Dzień Niepodległości i do tego piękna pogoda.  Gdy jednak wjechaliśmy do śródmieścia, miasto było senne i wyciszone. Żadnej radości i świętowania, nic z tych rzeczy. Miałem wrażenie, że mieszkańcy gdzieś wyjechali. Dziwne - pomyślałem. Chodziliśmy więc po rynku, jak po ładnym, ale jednak pustym sklepie. Mimo wszystko to urocze miasto. Jest ciekawie położone w dolinie, otoczonej ze wszystkich stron karkonoskimi wzgórzami. Panorama starych kamienic na tle nieodległych gór jest urzekająca. Polubiłem to miasto i dobrze je będę wspominał.

Koniec.



1 komentarz:

  1. Witam :)
    Natknęłam się dzisiaj na Pański blog i ten wpis, wpis m.in. o moim rodzinnym mieście - dokładnie rzecz ujmując o Cieplicach.
    Cały region jest magiczny, jak z resztą wiele osób to określa, a Cieplice, choć faktycznie "od zaplecza" mogą straszyć (niestety), tak od "serca" zachwycają.
    Całkiem niedawno oba parki zostały zrewitalizowane, samo miasto troszkę wcześniej. Zmieniła się właściwie całkiem "twarz" Cieplic, ale chyba na korzyść.
    Nie wiem czy Państwo zwiedzili również Park Norweski, który jest podzielony ze Zdrojowym jedynie ulicą. Jest calkiem inny, ale równie piekny w swojej postaci. Polecam odwiedzić to miejsce ponownie, wiosną, gdy zieleń jest soczysta, ptaki oddają koncerty a szum rzeki przepływającej z Tamy (zapory cieplickiej) koi zmysły.
    Wystarczy usiąść na przytulnej ławeczce nad brzegiem rzeki i przymknąć oczy.
    Takich cudownych zakątków jest tutaj dużo więcej, ale proszę mi zaufać i zajrzeć na wiosnę :)
    Pozdrawiam serdecznie.
    Viola

    OdpowiedzUsuń