poniedziałek, 7 lipca 2014

Madera (cz.II.)

Pożyczonym samochodem: Machico - rybacka wioska Canical -  Ponta de Sao Lourenco, nazywany także półwyspem św. Wawrzyńca - Penha de Aguia, czyli Orla Skała - wioska Cruzinhas - obszar chroniony Parque Natural do Ribeiro Frio - szczyt Pico do Arieiro 1810 m n.p.m. - powrót do Machico.
...................................................................................................................................................................

Tego ranka, znowu -  od strony półwyspu św. Wawrzyńca -  wśliznął się do naszego pokoju, promyk wschodzącego słońca. Miałem do tych skał jakiś sentyment - to był pierwszy kawałek wyspy jaki kilka dni temu, widziałem z okna samolotu. Codziennie wstajemy na ten spektakl przy porannej kawie - tak budzi się tu każdy dzień.

Wschód słońca z naszego balkonu.
Złe wiadomości miały jednak dopiero nadejść, chociaż ich zwiastunów nigdzie przedtem nie widziałem. Ręce mi opadły z bezradności, tuż przed wyjazdem - gdy spojrzałem na nasz samochód. Zostawiłem go wczoraj na stromej ulicy - na miejscu parkingowym obok hotelu. Teraz był zablokowany z przodu i z tyłu. Usiadłem za kierownicą w nadziei, że sobie poradzę. Jednak nawet wtedy gdy wmawiałem sobie, że potrafię stąd wyjechać, czułem, że jestem w pułapce, że ruszając cokolwiek mogę sytuację tylko pogorszyć. Już widziałem oczyma wyobraźni jak wiszę, na zderzaku auta stojącego przede mną. Nie bądź głupi, nic nie ruszaj - powiedziałem do siebie. Jak z tego wybrnąć? Co za koszmarna sytuacja. To będzie zepsuty dzień - kołatało mi po głowie. Po kilku minutach bezradnego szamotania się pomiędzy recepcją, hotelowym pokojem i własnymi myślami, spojrzałem na trzy żółte taksówki na podjeździe. No tak, dlaczego nie widziałem ich wcześniej? To może być przecież moja szansa - pomyślałem. Sam już nie wiedziałem, czy dobrze robię. Okazało się, że taksówkarz Jose był dobry w swoi fachu - wyprowadził moje auto po mistrzowsku. Od tej pory każdego ranka, wychodziłem na hotelowy podjazd i witałem się z moim wybawcą. Dowiedziałem się więc przy okazji, że Madera to nie tylko piękna wyspa, ale także, że mieszkają tu niezwykle uczynni i mili ludzie.

Droga do Canikal. 
Najpierw pojechaliśmy na wschodni cypel wyspy - Ponta de Sao Lourenco, nazywany także półwyspem św. Wawrzyńca. Ta niewielka część Madery jest brązowa, gdzieniegdzie czerwona, a czasem nawet żółtawa, ale nie zielona. Ziemia wygląda miejscami - jak spalona. Jest inna, niż pozostała część wyspy. To właśnie zza tych skał codziennie rano, wschodzi słońce i zagląda do naszego pokoju. Postanowiliśmy, że po drodze zatrzymamy się w Canical - rybackiej wiosce, oddalonej od Machico o osiem kilometrów. Do portu doprowadziła nas wąska, asfaltowa uliczka. Samochód zostawiliśmy na Rua do Pascador i poszliśmy w stronę portu. Kiedyś duże statki zawijały do Funchal, a teraz przypływają właśnie tutaj. Przy nabrzeżu jest duże składowisko kontenerów i chłodnia, a na wodzie kołyszą się rybackie kutry. Wioska jest znana z wielorybniczych tradycji. Do 1981 roku miejscowi rybacy zajmowali się, połowami wielorybów. Była tu kiedyś prawdziwa, wiosłowa flota wielorybnicza. To już zamknięta karta historii, ale na tyle ciekawa, że warto się nad nią pochylić - weszliśmy więc do tutejszego muzeum. To była świetna lekcja o minionych czasach, pokazująca fragment ludzkiej egzystencji w konfrontacji z potęgą natury, zarówno w wymiarze okrucieństwa jak i heroizmu człowieka. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że to właśnie tutaj w Canical, robiono zdjęcia do filmu "Moby Dick" nakręconego, przez Johna Hustona w 1956 roku. Od czasu wprowadzenia zakazu połowu wielorybów sytuacja w Canical bardzo się zmieniła. Kiedyś zwiadowcy z pobliskich wzgórz, wypatrywali wieloryba i dawali znak do rozpoczęcia połowu i walki na śmierć i życie. Teraz wielu miejscowych, włączyło się, w działalność na rzecz ochrony środowiska. Niektórzy pomagają naukowcom, w ich badaniach nad wielorybami. Inni współpracują z kapitanami statków turystycznych, rozpoznając i wskazując miejsca gdzie znajdują się kaszaloty, humbaki czy płetwale. Sam byłem świadkiem takiej sceny - kilka dni później - na statku Santa Maria. Dowiedziałem się przy okazji, że delfiny pływają wzdłuż Madery, od połowy maja do końca października.

Ponta de Sao Lourenco - czyli półwysep św. Wawrzyńca.  
No, a teraz ruszamy do Ponta de Sao Lourenco. Bez trudu, drogą numer 109 dojechaliśmy do parkingu na półwyspie. To księżycowa sceneria - klimat prawie półpustynny, ogóle nie ma drzew. Mimo to perspektywa pieszej wędrówki wcale nas nie przeraziła - wprost przeciwnie. Coś nas nakręcało, aby połazić sobie tutaj. Teren jest pofałdowany i wydaje się idealny do chodzenia. Oczywiście trzeba mieć dobre buty, wodę w plecaku i kapelusz. Trzeba umiejętnie chronić się, przed nadmiarem słońca. Po kilku minutach byliśmy gotowi do marszu. Ścieżka jest dobrze wytyczona, wejścia i zejścia są łagodne, ale w niektórych miejscach wymagają kondycji i zachowania pewnej ostrożności. Czasami widoki zapierają dech w piersiach. Wysokie klify i głębokie poszarpane rozpadliny, spadają pionowo do oceanu, a z wody wystają ostre jak zęby rekina - skały. Warto popatrzeć i posłuchać jak wzburzone, błękitne fale akompaniują tej pięknej panoramie.To jest fascynujące, siadamy więc na chwilę - od czasu do czasu - na jakimś kamieniu, aby odpocząć i w spokoju posłuchać oceanu.

Klif na półwyspie.
Na jednym z takich przystanków, poznaliśmy malutką maderską jaszczurkę. Ku naszemu zdumieniu, zwabiła ją słodka landrynka. Do małego, upuszczonego przez nieuwagę cukierka, przybiegało - nie wiadomo skąd - kilkadziesiąt maleńkich stworzonek. To był widok niespotykany - najpierw byliśmy zaskoczeni, pojawiły się nawet pewne obawy i lęki, no a później już tylko ciekawość i sympatia dla tych malutkich sprytnych jaszczurek. To jest kolejny stopień zbliżenia z Maderą - poznawanie jej tajemnic. Miejsce jest na tyle ciekawe, że można by tu spędzić nawet cały dzień, tym bardziej, że znalazłem łagodne zejście do piaszczystej plaży.

Madera - piękne miejsce na ziemi. 
W drodze, mijaliśmy skały o niespotykanych kształtach i barwach zastygłej kolorowej lawy - od czerni bazaltu, przez rozmaite odcienie żółci, pomarańczy, brązu i popieli oraz czerwieni i purpury. Byliśmy tu już cztery godziny, aż w końcu zaschło mi w gardle. Usiedliśmy na chwilę, na kamieniu - to osobliwe miejsce, pomyślałem. Zamknąłem na chwilę oczy i ciągle widziałem wielkie skały, zanurzone w błękitnym morzu. To nie sen. A kiedy potem wolno jechaliśmy, w stronę oceanu myślałem jedynie o tym - jaki piękny jest ten kawałek świata.

Ruszamy w głąb wyspy. 
Dzień jest długi, mamy jeszcze sporo czasu. Wytyczamy więc sobie nowy cel - jedziemy w rejon najwyższych szczytów Madery. Prawdopodobnie bez problemu dostaniemy się samochodem, w okolice Pico do Arieiro - na wysokość około tysiąca ośmiuset metrów. Zostawiliśmy za sobą spaloną ziemię, półwyspu świętego Wawrzyńca i drogą numer 101 kierujemy się, w stronę Porto da Cruz. Wjechaliśmy w krainę zieleni. Po jednym z zakrętów wyłoniła się w przed nami, wielka spłaszczona, samotna góra.

Tu Madera jest zielona. 
To - Penha de Aguia, czyli Orla Skała. Można oglądać ją z rożnych miejsc i zawsze wygląda imponująco. Szczególnie pięknie, prezentuje się w promieniach słońca. Jest to potężna wulkaniczna skała, wyniesiona z morza na 590 metrów - kiedyś była siedliskiem orłów. Teraz nad Ribeira Seca, można przyglądać się tańczącym tu w powietrzu myszołowom. Za Moinhos - kamiennym mostem przejechaliśmy, na drugą stronę rzeki i koło maleńkiej restauracyjki skręciliśmy w lewo, w drogę, na Ribeiro Frio. Teraz wspinamy się cały czas pod górę - pogodę mamy doskonałą.

Przed nami Orla Skała. 
Przed nami piękna dolina, otoczona zielonymi wzgórzami. W miejscowości Cruzinhas jedziemy w dół, a góry wyrastają nad naszymi głowami. I znowu serpentyną - w górę. Mimo wszystko, czuję się za kierownicą bezpiecznie. Nie zawsze, ale często - po prawej ręce mam skalne ściany, a po lewej białe słupki, które przynajmniej dają wrażenie, że nie zlecimy w przepaść.  Znaki o spadających kamieniach, przypominają jednak ciągle o niebezpieczeństwie. Jedziemy wolno, nigdzie nam się przecież nie spieszy. Co jakiś czas, mijamy małe wioski z ich zadbanymi domami i ogródkami. Jesteśmy coraz wyżej, a słońce jest coraz bardziej natarczywe - łamie zieleń w górach i w dolinie, w przeróżne odcienie. Widoki są piękne - aż kręci się w głowie.

Wioska w górach. 
Podjazd staje się coraz bardziej stromy - wjechaliśmy w obszar chroniony - Parque Natural do Ribeiro Frio. To niezwykle urocze miejsce, ukryte w dolinie leżącej wśród pierwotnych lasów. Zieleń jest tu bardzo intensywna, a słońce dzisiaj tak ostre, że asfalt wygląda chwilami jak lodowa płyta. Po drodze spotykamy żółte taksówki z turystami. To jeden z tutejszych sposobów zwiedzania wyspy. Wreszcie dojechaliśmy do Ribeiro Frio. Rzut oka na pierwszą przydrożną restaurację i jest szybka decyzja - zostajemy tu. Nasz stolik, okazał się dobrym punktem widokowym - mieliśmy stąd wgląd w wielką dolinę zalaną słońcem. Dość szybko podano kawę i mogliśmy zapomnieć o bożym świecie. Teraz wszyscy jesteśmy odprężeni. Sennie tu i spokojnie. Tak, jak spokojny jest ten kot - który śpi - na dachu werandy i snujący się po ulicy, parchaty kundel. Nie mogliśmy tu siedzieć, jednak wiecznie. Po kwadransie - przekręcałem kluczyk w stacyjne naszej Micry. Droga, serpentynami prowadzi nas ciągle w górę - jedziemy wyżej i jeszcze wyżej. Tu i ówdzie widzę w dole, dachy pojedynczych domów, które błyszczą w słońcu jak czerwone koraliki na zielonym suknie.

Wnętrze Madery.
Przy drodze oraz częściej, pojawiają się iglaste drzewa - zmienia się otoczenie. Wspinamy się wąską asfaltową drogą, a ja niespokojnie rozglądam się za zjazdem w kierunku Pico do Arieiro. Mój niepokój, jest jednak chyba całkowicie nieuzasadniony - droga jest tak dobrze oznakowana, że nie można tu popełnić żadnego błędu. Skręciliśmy wreszcie w prawo i wspinając się przez kolejne kilka kilometrów dotarliśmy, pod sam szczyt tej wielkiej góry. Na ostatnim odcinku towarzyszyła nam jednak mgła. Pojawiała się i znikała. Gdy gwałtownie przychodziła, utrudniała mi prowadzenie auta, a gdy równie szybko odchodziła, odsłaniała piękne panoramy. Na końcu drogi - pod samym szczytem - jest duży parking i restauracja. Kilkadziesiąt metrów wyżej - idąc po schodkach - można znaleźć białą tablicę z napisem ,,PICO DO ARIEIRO ALTITUDE 1810 METROS". Tak zdobywa się Pico do Arieiro - to proste. No, a czy jest w tym jakiś urok - no jest. Wyspa jest mała, nasz hotel stoi nad samym oceanem, a my teraz jesteśmy na wysokości tysiąca ośmiuset metrów. Do miejsca gdzie moczymy nogi w oceanie, jest stąd tylko 22 kilometry. To trochę tak, jakby na peryferiach Gdańska stał Kasprowy albo Giewont. Pico do Arieiro jest trzecim co do wielkości szczytem Madery. Stąd rozpoczyna się trasa na najwyższy szczyt w tym paśmie - Pico Ruivo - 1861 m n.p.m. Do takiej wędrówki, jednak trzeba być dobrze przygotowanym. Mimo, że jest tam wiele zabezpieczeń, to niektóre podejścia i zejścia wymagają dużej sprawności fizycznej i kondycji, a przede wszystkim odporności w pokonywaniu znacznych wysokości.

Wracamy z gór w doliny. 
Tym razem mieliśmy pecha - szczęście nas opuściło. Wprawdzie nie mieliśmy aż tak ambitnych planów, by wybierać się na Pico Ruivo, ale kilka punktów widokowych chcieliśmy zaliczyć. Pokonała nas mgła. Jak złośnica, odsłoniła najpierw na chwilkę scenę, pokazała kilka bajecznych widoków i zabrała resztki nadziei. Usidliła nas na dobre. Po godzinie wyczekiwania, cierpliwość nam się skończyła. To była mleczna aura, czuliśmy się trochę jak w niebie. Coś nam zabrała i coś nam dała. Nasz plan, teraz jest prosty. Jest już na tyle późno, że wracamy do domu. Chcemy z tej wielkiej góry zjechać, najprostszą drogą do Machico. Mam dobrą mapę, więc sobie poradzę. Jedziemy w kierunku Santo Antonio da Serra. W ten sposób wjedziemy do Machico, od strony lotniska w Santa Cruz. Zjazd zaczynamy w gęstej mgle, źle mi się prowadzi, więc trzeba uważać. Po dziesięciu minutach nastała jasność - mgła została za nami, a właściwie nad nami. Przed nami za to, ładne krajobrazy, a przy okazji trafiliśmy na wielkie pole golfowe (Clube de Golfe do Santo da Serra). I tak dojechaliśmy do Machico, jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi.

Wjazd do Machico -  od strony sSnta Cruz. 
Po dzisiejszej porannej lekcji parkowania, ustawiłam naszą Micrę przed hotelem, tak aby nikt nie mógł ją zablokować. Jose stał przy swojej żółtej taksówce i przyglądał się z uśmiechem,  moim manewrom. Jak było? - zapytał, gdy podszedłem - przywitaliśmy się po raz drugi dzisiaj. Madera to piękna wyspa odparłem mu, najuprzejmiej jak tylko mogłem. O, tak, tak - powiedział. Wiedział, że jestem zmęczony.

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz