czwartek, 31 lipca 2014

Madera (cz. I.)

Lot z Warszawy do Santa Cruz - 5 godzin. Nasza baza - Machico. Kolejny dzień - wyprawa dokoła wyspy (wypożyczyłem Nissana Micrę - 30 euro/dzień) - Machico - Funchal (bez zwiedzania - to osobny temat raczej na cały dzień) - Camara de Lobos - wieki klif Cabo Girao - Ribeira Brava - Ponta do Sol - Ponta do Pargo - Porto Monitz - wracamy do Machico północnym wybrzeżem - przez S. Vicente - Ponta Delgada - Solar de Boaventura  -  Arco De S. Jorge. 
...................................................................................................................................................................

Dokoła wyspy.

To był ostatni tydzień maja, pogoda u nas była piękna, a my wybieraliśmy się w daleką podróż. Samolot z Warszawy wystartował punktualnie. Po pięciu godzinach, zbliżaliśmy się do Madery. Najpierw zobaczyłem z okna samolotu, nagie skały i pagórki wschodniego półwyspu Ponta de Sao Lourenco, a po chwili zieloną wyspę. Była urzekająca - jak z pięknego folderu. Samolot przesuwał się wzdłuż wybrzeża, równolegle do krawędzi lotniska podpartego na palach. Poczułem lekkie mrowienie. Wiedziałem, że jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie. Nie wątpiłem jednak nawet przez chwilę, że wszystko pójdzie dobrze. Pilot położył maszynę na prawe skrzydło i zaczęliśmy po łuku schodzić do lądowania. To był spokojnie wykonany manewr nawrotu i ustawienia się na wprost płyty lotniska. Po kilku minutach, samolot wolno kołował w stronę terminalu. Byliśmy na miejscu.

Lotnisko na Maderze.
Madera stoi jak wielki zielony statek, na kotwicy, wśród fal oceanu, prawie tysiąc kilometrów od Lizbony i pięćset od Maroka. Długa na pięćdziesiąt siedem kilometrów, a szeroka - w najgrubszym miejscu - na dwadzieścia dwa. Mówią o niej, zielona wyspa lub wyspa wiecznej wiosny, bo panuje tu łagodny i niezwykle przyjazny klimat. Człowiek zawsze w takim środowisku, czuje się dobrze. W lecie temperatury nie przekraczają 25°C, a w zimie rzadko spadają poniżej 20.

Wnętrze wyspy. 
Stałem zafascynowany, na poboczu wąskiej górskiej drogi w tym morzu zieleni i ze zwykłej ciekawości szukałem śladów cywilizacji. A jednocześnie przypomniała mi się bajka z dzieciństwa, która zawsze zaczynała się od słów - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami. Istnieją w nas chyba takie mityczne krainy, które są  częścią nas i naszego  dzieciństwa. Tak to sobie kiedyś wyobrażałem. To jest właśnie moja scena pod tytułem ,,za siedmioma górami za siedmioma rzekami". Znalazłem ją tu - na Maderze. Co jeszcze interesującego można tu znaleźć ? Za każdym zakrętem, coraz piękniejsze widoki. Wokół wyspy nie ma szelfu, a jej wulkaniczne ściany opadają gwałtownie na sześć kilometrów. Wody są tu niezwykle czyste. Dlatego blisko brzegu, można czasami wypatrzeć ławicę delfinów, a nawet wieloryba. Najlepszy punkt obserwacyjny to Cabo Girao - 580-metrowy klif, jeden z najwyższych na świecie. Widać stąd poszarpaną, skalistą linię brzegową, a w dole uprawne pola. Tu nigdy nie powinniśmy się martwić, gdy coś się dzieje na niebie. Tu cztery pory roku, zdarzyć się mogą każdego dnia. Trzeba także wiedzieć, że Madera jest wyspą górzystą. Spora część obszaru znajduje się na wysokości  1300 – 1600 metrów, a najwyższym szczytem jest Pico Ruivo, który sięga  na 1862 m n.p.m. Zbocza gór zarówno od południowej jak i północnej strony, porozcinane są wąskimi i głębokimi dolinami, schodzącymi do wybrzeża. Jestem zachwycony tą scenerią. Byłem w górach, byłem w chmurach, byłem w siódmym niebie.

Poranki na naszym balkonie.
Zamieszkaliśmy w hotelu Dom Pedro Baia w Machico, małym miasteczku, wśród zielonych wzgórz, nad zatoką. Za wielką skałą, w odległości pięciu kilometrów, jest lotnisko w Santa Cruz, a jeszcze dwadzieścia kilometrów dalej, stolica wyspy - Funchal. W centrum Machico odkryliśmy kawałek historii - stare kamienice i kościoły, brukowane dawno uliczki i place zacienione wielkimi platanami. Nasz hotel stoi, tuż nad oceanem - blisko stąd do piaszczystej plaży. Od pierwszego dnia, poczuliśmy się tu dobrze. Obsługa hotelu jest mila - to naturalnie uśmiechnięci i uprzejmi ludzie. Dostaliśmy pokój, z widokiem na ocean i półwysep Ponta de Sao Lourenco. Ten pokój to nasza wielka wygrana. Każdego ranka, gdy dzień się budził ze snu, zza skał, powoli wyłaniało się słońce. To był zjawiskowy spektakl. Siadaliśmy więc zawsze na balkonie, z wczesnoporanną kawą i w ciszy, uczestniczyliśmy w niezwykłym powitaniu dnia. To piękne i niezapomniane chwile. Gdybym wcześniej wiedział, że są takie wschody słońca, dopłaciłbym pewnie do tego pokoju.

Ruszamy w podróż wypożyczonym samochwałem.
Dostaliśmy sporo ciekawych propozycji, zwiedzania wyspy. Postanowiliśmy jednak, że zrobimy to na własną rękę. Poprosiłem o pomoc w recepcji hotelu i następnego dnia o dziewiątej rano, spotkałem się z przedstawicielem wypożyczalni samochodów. Za trzydzieści euro za dzień, mieliśmy do swojej dyspozycji - bez najmniejszych problemów - Nissana Micrę. Godzinę później byliśmy już w drodze. Oczywiście do takiego indywidualnego zwiedzania, trzeba dobrze się przygotować. Zawsze, jednak jest sporo znaków zapytania.

Przed nami Cabo Girao. 
Zorientowałem się, że drogi są tu bardzo wygodne i bezpieczne, ale i takie, gdzie jazda wiąże się z pewnym ryzykiem. Postanowiłem więc od razu, że objedziemy wyspę w prawo, a nie w lewo. Co to znaczy? To jedna z moich elementarnych zasad bezpieczeństwa, w takich miejscach. Zawsze jadę tak, aby po prawej ręce mieć zbocze góry (czyli, pewny grunt), a nie przepaść. Dlatego ruszymy najpierw w stronę Santa Cruz na południu, a nie Porto da Cruz na północy.

Rybacka wioska - Camara de Lobos. 
Dzisiaj, świadomie pomijamy Funchal. To jest temat na cały dzień, więc zrobimy go kiedy indziej. Naszym założeniem na teraz, jest objechanie wyspy dookoła. Pogoda jest piękna, a ruch na drodze niewielki. Jedziemy do Camara de Lobos. To rybacka wioska, malowniczo położona nad niewielką zatoką. Bez problemu wjechaliśmy do centrum. Słońce, było cały czas z nami. Tu życie toczy się leniwie. Tu niewiele się spaceruje, tu się ogląda, albo jeszcze lepiej - przygląda, bo tu wszystko jest na wyciągnięcie reki. To w tej wiosce, przebywał przez kilka dni w styczniu 1950 roku, były angielski premier Winston Churchill. Zachwycał się widokiem zatoki, małych domków, wąskich uliczek i rybackich łodzi na brzegu. Jest takie miejsce na tarasie, gdzie rozstawiał swoje sztalugi i z pasją malował. Nikt mu tego nie zapomni, pięknie wpisał się w historię tej małej wioski. I wszyscy, są tu z tego dumni.

Suszenie dorsza. 
Tak jak za czasów Churchilla, tak i dzisiaj w zatoczce są warsztaty szkutnicze, a na brzegu odpoczywają wyciągnięte z oceanu rybackie łodzie. W tej scenerii, niczym świeżo rozwieszone pranie, suszą się - na delikatnej, drewnianej konstrukcji - rozpłatane dorsze. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Okazuje się, że jest to stara praktyka - tak konserwowano ryby przed wiekami. Były najpierw moczone w morskiej wodzie, a później suszone na słońcu i tak powstawały ich twarde kawałki, które można było przechowywać całymi miesiącami. Zawsze przed gotowaniem, należało je jednak wypłukać w słodkiej wodzie.

Wielki klif - Cabo Girao. 
Na chwilę usiedliśmy na ławeczce , vis-a-vis wielkiego klifu. Niepostrzeżenie  przy naszych nogach, rozłożył się leniwie stary pies. Spojrzał na nas jednym okiem - jakby chciał zapytać, czy można? Ziewnął i natychmiast zasnął. Zrobiło się sielsko.  Zostałbym tu na zawsze - pomyślałem. Ławeczka, my, stary pies i ten  widok na ocean i wielką górą. Musieliśmy jechać, a ja - nie wiedzieć czemu - przeciągałem tę chwilę. Szkoda - nic dwa razy się nie zdarza - trzeba jednak  ruszać. Pies nie był wytworem mojej wyobraźni, był prawdziwy i jak stary przyjaciel, merdając ogonem odprowadził nas do samochodu. Nieprawdą jest tylko to, że na pożegnanie pomachał do nas łapą. Câmara de Lobos to jedna  z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejscowości na całej Maderze. W tę scenerię wpisuje się  oczywiście, wieki klif Cabo Girao. Taki obraz zabieramy ze sobą. Tym razem, droga prowadzi nas do Ribeira Brava. Słońce nas nie opuszcza  i szczęście nas nie opuszcza. Nie ma korków, nie ma tłoku - jest bardzo fajnie. W pobliżu hotelu Bravamar, niedaleko postoju taksówek znaleźliśmy wolny  stolik  - zostajemy więc na kawę. Ribeira Brava to miasto wyjątkowe, wielokrotnie ciężko doświadczone przez naturę. Raz oburza się na nie rzeka, a innym razem przeciwko miastu zwraca  się ocean. Nie dziwią więc wielkie falochrony, które mają bronić go przed żywiołem. W drodze do Ponta do Sol, zatrzymali  nas robotnicy drogowi. Nie do końca zrozumiałem  - o co im chodzi. Tak, czy inaczej, nie byłem  z tego zadowolony. To nam opóźnia podróż i psuje nasze plany. Dobrze, że nie słyszeli tego,  co o nich pomyślałem. Zauważyłem jednak po chwil, jak przed nami - może dwieście, może trzysta metrów -   na drogę spadają z góry duże kamienie. Odżegnałem się wtedy od wszystkich złych myśli, przeprosiłem w duchu robotników i pokornie postanowiłem czekać na jakieś lepsze wiadomości. Po pół godzinie jechaliśmy dalej - humory nam się poprawiły. I tak dotarliśmy do Ponta do Pargo - najdalej wysuniętego na zachód punktu Madery. Dalej jest już tylko Ameryka. To samotnia z morską latarnią. Chcieliśmy odpocząć, więc wjechałem na parking w pobliżu niewielkiej herbaciarni - rozsiedliśmy się wygodnie na  tarasie. Przed nami klify spadały wprost do oceanu. Słońce na chwilę się schowało i niebo zrobiło się ołowiane. Odwróciłem się w stronę morza. Zobaczyłem otwartą przestrzeń, zobaczyłem też  moc natury i jej prawdziwe oblicze. Było na co patrzeć. Dopiliśmy herbatę i ruszyliśmy w stronę Porto Monitz - przed nami kolejne dwadzieścia kilometrów.  

Porto Monitz - kąpiel wśród skał. 
Wreszcie, znaleźliśmy się na północnym wybrzeżu wyspy. Na ostatnich kilometrach drogi do Porto Monitz, stroma serpentyna sprowadziła nas do miasteczka. Wąska droga z białymi słupkami dawała, mimo wszystko poczucie bezpieczeństwa. Porto Monitz to taka romantyczna enklawa, bardzo atrakcyjnie położona. Z jednej strony sterczące ku niebu klify, a z drugiej wielkie oceaniczne fale walące z całą siłą o skały. Powoli przetoczyliśmy się przez duże rondo i po chwili staliśmy na parkingu - na wprost restauracji Cachalote. Gdy tylko zatrzasnąłem drzwi naszej Micry i spojrzałem w stronę wielkiej żółtej skały wystającej z oceanu wiedziałem, że jesteśmy u celu. To jest to miejsce, o którym kiedyś myślałem. Chcę być tak blisko oceanu, jak tylko się da. To spełnienie mojego marzenia. Wessało nas tu na dwie godziny. Wiatr gnał chmury wysoko po niebie, wielkie fale pękały pod nami rozbijając się na skałach, a głos oceanu z każdym uderzeniem był coraz mocniejszy. To niezwykłe miejsce - świat mi dotąd nieznany. Mam respekt wobec natury, ale czułem się mimo wszystko bezpiecznie, pływając wśród poszarpanych, lawowych skał. To były niezapomniane chwile.

Madera - północne wybrzeże. 
Szkoda było rozstawać się z Porto Monitz, lecz mamy przed sobą kawał drogi i musimy jechać. Rzeczywiście - północne wybrzeże, jest inne od południowego. Nieco mniej tu słońca, góry przybrzeżne wyglądają chwilami groźnie. Krajobraz jednak fascynuje i urzeka. Spoglądając w dal, czujesz zachętę do odkrywania nieznanego. Przed tobą jakby była wielka tajemnica, do której pragniesz i chcesz podążać. Jestem ciągle skoncentrowany za kierownicą - po lewej ręce mam granatowy wzburzony ocean, a po prawej, skały i zielone wąwozy. Przyszedł jednak czas, że oswoiłem się z tymi warunkami, czułem się teraz pewniej. Jechaliśmy nowoczesnymi tunelami, ale także i takimi, co były brukowane kocimi łbami, z lejącą się wodą z góry. Półgodzinną przerwę zrobiliśmy sobie w S. Vicente. Za Ponta Delgada znowu przyszło słońce i nowe doświadczenie. Od Solar de Boaventura wyspa zaczęła zapraszać nas do środka, do swojego wnętrza. Oglądaliśmy fascynujący świat zielonych dolin oblanych słońcem i zagubionych w nich malutkich wiosek. Jechaliśmy - wąskimi drogami - raz w górę, innym razem w dół. I tak było pięknie i tak było pięknie. Za zakrętem zatrzymałem auto, wziąłem aparat fotograficzny i zrobiłem kilka zdjęć. Na koniec - przed Arco De S. Jorge, musieliśmy pokonać jeszcze jeden archaiczny tunel - aż strach.

Widok na Machico. 


Do Machico wjechaliśmy późnym wieczorem, od strony Porto Da Cruz. W hotelu - recepcjonistka zza kontuaru przywitała nas uprzejmym uśmiechem. Odpowiedziałem tym samym i zmęczony poszedłem do pokoju. Przed nami jutro wyjazd do Canical i na Ponta de Sao Lourenco - półwysep św. Wawrzyńca.


cdn.



6 komentarzy:

  1. Fajna relacja, chce się tam jechać. Na Madeirze jeszcze nie byłam, ale jest w planach. :) Ze swojej strony polecam Teneryfę - równie niesamowita... Pozdrowienia! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. czekam na kolejną część :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam i na Maderze i na Teneryfie :-) Obie wyspy są boskie !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. - Kris S - Przepięknie opowiedziałeś i poparłeś zdjęciami.Chociaż wiem,że nie będę na Maderze,podróżowanie z Tobą,Wami jest przyjemnością. Masz talent. Pisz. Będę czytać,zapewne nie tylko ja, Twoje książki.Łzy zalewają oczy i policzki.Wzruszenie mnie ogarnęło. Urzekające są zakątki Ziemi. Dziękuję za wędrówkę. Pozdrawiam. Glob.Gdańsk.

    OdpowiedzUsuń
  5. Po przeczytaniu Twojego posta poczułam się jakbym zwiedzała Maderę, a przecież cały czas siedzę na mojej kanapie :). Czekam na więcej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń