poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Santorini (cz. III.)

Jest środa rano - przed nami wyjazd do Akrotiri. Historia tego miasta, jest podobna do losu  Pompei. Dałem się wciągnąć w tę opowieść, bo mnie zafascynowała. Jest prosta, zrozumiała i do mnie przemawia. Dlatego zaproponowałem, aby tam pojechać. Chciałem zobaczyć na własne oczy, jak wygląda miasto sprzed kilku tysięcy lat. Miasto które istniało, które zniknęło i które powróciło. A było to podobno tak. Tysiąc sześćset lat przed naszą erą, doszło tu do potężnego wybuchu wulkanu. Na całą wyspę w tym także na miasto Akrotiri, spadły najpierw lekkie popioły wulkaniczne - to tak jakby, domy i ulice zasypane zostały mąką, a kiedy okna i dachy znikały, jak delikatnie ugniecione ciasto, zaległy na tym wszystkim masy miękkiego pumeksu. Miasto zniknęło, ale de facto pozostało - tylko, że nikt o tym nie wiedział. Odkrył to dopiero pewien grecki archeolog - w 1967 roku. Odnalazł miasto  - trzeba  je było tylko odkopać. No i podjął się tego.

W okolicy Akrotiri.
Gdy jedni poszukiwali zaginionej Arki, inni ekscytowali się odkrywaniem śladów i dowodów istnienia cywilizacji minojskiej. Akrotiri była i jest tego świadectwem wyjątkowym. To własnie jest minojskie miasto. Odsłonięte domy miały po dwa, a nawet trzy piętra, były skanalizowane z doprowadzoną wodą. Odnaleziono w nich meble i domowe naczynia. Odkryto także piękne, kolorowe freski. Nigdzie nie znaleziono jednak ludzi. Okazało się, że tuż przed wielkim wybuchem wszyscy uciekli na Kretę. Nie uciekli jednak przed przeznaczeniem, bo i tak dogoniła ich wielka fala tsunami. Dzisiaj - Akrotiri jest udostępnione dla zwiedzających.
Akrotiri - miasto, które zniknęło z powierzchni ziemi. 
Autobus zatrzymał się, przy dużym parkingu. Po przeciwnej stronie ulicy, było wejście do muzeum. Tłoczyło się tam teraz dość sporo ludzi, więc zaproponowałem aby chwilę odczekać. Akrotiri zajmowało  tu kiedyś, ponad dwadzieścia hektarów. Dzisiaj eksponuje się pod dachem, tylko jego część. To nie jest żadna kupa kamieni, jak ktoś kiedyś próbował mi wmówić. Dobrowolnie dałem się wciągnąć, w tę fascynującą wędrówkę po zupełnie nieznanym mi świecie. Mogę teraz przejść przez próg  lub zajrzeć do środka - przez okno -  minojskiego domu. Im więcej widzę, tym bardziej rozumiem, co tu się stało. Wiem co i skąd się wzięło i jak i dlaczego sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Dobrze, że tu przyjechaliśmy - to była dobra lekcja historii.
Tawerna Nikolasa. 
Zeszliśmy łagodną drogą w dół, w stronę morza. Poczułem się lepiej, gdy orzeźwił mnie ostry powiew wiatru. Idziemy teraz - do czerwonej plaży. Chodźmy w prawo, wzdłuż brzegu - zaproponowałem. Tu - jedna za drugą - ciągną się skalne tawerny (wydrążone w miękkim pumeksie). Z ciekawości weszliśmy do knajpy Nikolasa. Wewnątrz panował przyjemny chłód i cisza. Nikogo nie było - tylko drzemiący na ławie pies, zainteresował się nami przez chwilę. Spojrzał - od niechcenia - w naszą stronę i szybko powrócił snu.
Kościół - przy ścieżce na czerwona plażę. 
Kilka minut później, byliśmy już przed kościołem świętego Mikołaja. Piękny widok - biały kościół na tle czerwonej skały. Nie mogłem się napatrzeć.
Czerwona plaża. 
Czas jednak goni, więc ruszamy dalej. Czerwona plaża jest atrakcyjna, z powodu jej ciekawego położenia i szczególnego koloru skały. Zobaczyliśmy ją nagle w dole, pod wielkim urwiskiem. Są dwa sposoby by się tam dostać: łodzią od strony morza lub ścieżką od strony skalnego występu na którym teraz staliśmy. Spokojnie więc zeszliśmy w dół. Usiedliśmy na dużym kamieniu i przez chwilę wsłuchiwaliśmy się w szum morskich fal. Zrobiło się przyjemnie. Przed nami w zatoce kołysały się dwa katamarany, a z tyłu osłaniała nas od wiatru, wysoka czerwona skalna ściana. Oto tajemnica tego uroczego miejsca.
Fira - miasto na skalnym urwisku.
Zanim doszliśmy do przystanku autobusowego, natknęliśmy się na skrzypka, który stał na skraju ścieżki, prowadzącej do czerwonej plaży. Kilka minut temu, jeszcze go tu nie było. Nie był stary, ale był zaniedbany - zarośnięty, w dużym słomkowym kapeluszu. Towarzyszyła mu mała dziewczynka, z którą przez chwilę rozmawiał po rosyjsku. Nie wzbudziłby naszego zainteresowania, gdyby nie to, że nagle jego skrzypce zagrały. Zrobił cudną, muzyczną ilustrację, do tego błękitnego morza, czerwonych skał i czystego nieba. Zatrzymaliśmy się i czekaliśmy - aż skończy. To było romantyczne, a nawet trochę wzruszające.
Restauracje i kawiarenki - mam ochotę na kawę.  
Z Akrotiri do Firy - jechaliśmy autobusem niecałe dwadzieścia minut. Początkowo planowaliśmy od razu wracać do Kamari, lecz w końcu zdecydowaliśmy zrobić inaczej. Zostajemy tu na całe popołudnie, a może nawet i na wieczór - zobaczymy.
Widok na Nea Kameni. 
Fira - ma wyjątkowy urok. Jesteśmy tu po raz kolejny - przyciąga jak magnes. Mamy sporo wolnego czasu, więc możemy pozwolić sobie na ten luksus. Kamari to świetna plaża i kąpielisko, ale kawa najlepiej smakuje nam tutaj. Tu zwycięża prostota - ona daje poczucie piękna lub złudzenie piękna. Przed nami urocza Nea Kameni, czyli tak naprawdę kupa kamieni. Jakie to wszystko czasem jest banalne.
To wszystko czeka na turystów.
Miasteczko jest niewielkie, więc znamy tu już wszystkie uliczki i ścieżki. Ostatnio zajrzeliśmy nawet, do części handlowej. Sporo tam sklepików z pamiątkami. Można wybierać  w nieskończoność - i w ciuchach i kapeluszach i w czym tam chcecie. Jest także dużo biżuterii - od tanich ładnych wisiorków, klipsów, kolczyków i bransoletek, po pełne przepychu wystawy wyrobów ze złota. Jak ktoś ma za dużo pieniędzy, to może tu sobie poszaleć.
Fira - taki sobie zakątek.
Za każdym razem - idziemy do innej restauracji. W przeciwieństwie do Kamari, tu nikt nas nie nagabuje. Wpraszamy się sami. Jedynym kryterium wyboru, jest chęć zaspokojenia własnej ciekawości. Ciągle szukamy nowych miejsc i nowych aranżacji - a jest w czym wybierać.
Tu przychodzimy czasem na kawę. 
Podziwiam zmysł i inwencję projektantów tych lokali. Restauracje i kawiarnie wiszące na klifie - to dopiero jest wyzwanie. Każda jest ładna i każda jest inna. Nie spotkaliśmy dwóch takich samych. Dlatego - tak nam się tu podoba. Wszystkie są z widokiem na kalderę i to jest ich największy atut.
Nasze ulubione miejsce.
Zawsze wybieramy stolik na uboczu, najlepiej w zacisznym miejscu. Można spokojnie porozmawiać, albo trochę pomilczeć i odpocząć od wszystkich problemów tego świata. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, kelner podał kawę i niepostrzyżenie zniknął. Lubię patrzeć na kalderę i nic nie mówić. Nikt i nic, nam teraz nie przeszkadza. Zsunąłem pod stołem sandały z nóg. Zrzuciłem wszystkie ciężary dzisiejszego dnia. Lubię takie chwile.
Drzwi do wolności. 
Spojrzałem na morze i porozrzucane na nim wyspy. Na wprost - Nea Kameni, za nią Palia Kameni, maleńka Asporo, a po prawej Thirasia. Od strony Oia - właśnie wracają statki z turystami do portu Athinios. Zaraz nadejdzie wieczór. Czas napić się wina.
Widok na kalderę. 
To był niezwykle udany dzień. Chyba rozmarzyłem się trochę, bo nie chce mi się podnieść z fotela. A może po prostu, to zwykłe lenistwo. Pobudziła mnie jednak myśl, że mogę jeszcze dzisiaj popływać w morzu. No dobrze, wracamy więc do Kamari. Kelner spojrzał na nas dyskretnie przy wyjściu i uśmiechnął się na pożegnanie.
Urocza Santorini.
Mój pomysł pływania wieczorem w morzu, nie został przyjęty dobrze. Poszedłem więc sam. Tak jak czasem człowiek ma pragnienie, na haust zimnej wody, tak ja teraz potrzebowałem krótkiej kąpieli w morzu. Wróciłem do hotelu - jak nowo narodzony. Pół godziny później, byliśmy już na promenadzie. Dużo tu ludzi, muzyki i światła. Jest gwarno - tętni wieczorne życie. Jest trochę chłodno, ale po tak gorącym dniu, to chyba nawet dobrze. Na jutro mamy już ułożony plan: najpierw luz-blues, a po południu ruszamy w głąb lądu, kończymy wieczorem w Oia.
Santorini - tajemne miejsca.
Przedpołudnie było leniwe. Na plaży tłoczno, ale bez problemu znaleźliśmy sobie dobre miejsce. Słońce grzało bez litości, a morze zachęcało do kąpieli  - więc dużo pływałem. Plan na dzisiejsze popołudnie i wieczór jest  następujący: najpierw będzie Mesa Gonia, po niej Pyrgos, później Imerovigli, a na koniec wylądujemy prawdopodobnie w Oia. 
Kościoły w Pyrgos
Z Kamari do Mesa Goni - jest zaledwie dwa i pół kilometra. Stary Grek powiedział mi, że  to jest wioska duchów. Po trzęsieniu ziemi w 1956 roku - ci mieszkańcy, którzy ocaleli -  przenieśli się na wschód i na południe wyspy. Tu pozostały -  jedynie puste domy. I większość z nich, stoi tak do dziś. Od dawna Mesa Gonia była znana - z produkcji doskonałych win. Do tej pory działa tu -  od 1836 roku Canava Roussos  oraz od 1903 roku Canava J. Argyros. Robią świetne wina.  Do wioski doprowadziła nas eukaliptusowa aleja.Wąską uliczką obok kościoła - ruszyliśmy w górę. Widok jest przygnębiający - stare opuszczone domy bez okien i drzwi, są pomarszczone, zarośnięte i wyglądają jak gdyby ktoś wydłubał im oczy i powyrywał zęby. W dzień hula tu wiatr, a noc należy do duchów. Podobno nakręca się teraz,  komercyjne zainteresowanie tym terenem.  Może ktoś  kiedyś zrobi tu interes - na starych domach lub na duchach, albo na jednym i drugim. Jednego jestem pewien - to na pewno nie będę ja. 
Pyrgos - miasteczko na wzgórzu.
Wąska, asfaltowa droga, prowadzi nas teraz do Pyrgos. To tylko cztery kilometry od Mesa Goni. Miasteczko jest malowniczo położone na wzgórzu i musi budzić ciekawość, każdego kto spojrzy w tamtą stronę. Lubię takie widoki. Widzę z daleka tarasowo wspinające się domy, w barwach bieli i ochry poprzeplatane niebieskimi plamkami kościelnych kopuł. To mnie zawsze kreci - nigdy nie odpuszczam, muszę zobaczyć to z bliska.
Oaza ciszy i spokoju. 
Pyrgos jest typowym przykładem średniowiecznej architektury: wąskich i krętych uliczek, obronnych fortyfikacji, zaułków i ukrytych przejść. W obejściach i na ulicach zauważyłem wielu miejscowych. Nauczyłem się już - odróżniać ich od przybyszy. Czasami jest przyjemnie, z takimi ludźmi pogadać. Bez pośpiechu, ruszyliśmy z miejscowego parkingu - wąską uliczką w stronę zamku. Słońce cudownie doświetla - białe ściany domów. Zrobiło się gorąco, ale tu i ówdzie można znaleźć odrobinę cienia. Wokół pełno kościołów - to niespotykane. Nigdzie dotąd nie widziałem tak wielu kościołów, na tak niewielkiej przestrzeni.
Pyrgos - jedna z wielu dzwonnic. 
W końcu dotarliśmy do weneckiego zamku, na szczycie wzniesienia. Widać, że kiedyś to była imponująca forteca. Usiadłem na kamiennym murku i oparłem się o całkiem zacienioną ścianę. Przyniosło mi to ulgę, poczułem chłód na plecach - potrzebowałem odpoczynku. Byliśmy trochę zmęczeni. Spojrzałem przed siebie i zrozumiałem, że to miejsce strategiczne - do zamku nikt nie mógł dotrzeć, niedostrzeżony z daleka. Wgląd w teren - na kilka kilometrów w głąb, jest nieograniczony we wszystkich kierunkach. Tak spojrzeliby na to wojskowi - a tłumacząc to na język turysty oznacza to tylko tyle, że panorama z tego miejsca jest przepiękna, a widoki  rewelacyjne.
Imerovigli.
Czas pożegnać Pyrgos. Jedziemy do Imerovigli. Wąskie asfaltowe drogi jak szare tasiemki, przecinają liczne uprawy winorośli. Santorini jest znana, z produkcji dobrego wina. Jest przełom maja i czerwca, więc krzewy są jeszcze zielone. Tak jest wszędzie - koło Kamari, Mesa Gonia, Exo Gonia, Pyrgos i tutaj w drodze na kalderę. W przeciwieństwie do Italii, Hiszpanii czy Francji tu krzewy płożą się po ziemi, zamiast piąć się w szpalerach. To sprawdzony sposób ochrony, przed silnymi wiatrami. Tutaj wilgoć pochodzi nie z deszczu - a z rosy, która opada na pola pod wpływem chłodnego nocnego wiatru. Deszczu tu - jak na lekarstwo.
Mała wioska nad kalderą.
Zaraz po przylocie -  usłyszałem, że najlepszym winem na Santorini jest Vin Santo. Sprawdziłem to następnego wieczoru i potwierdzam, że tak jest. Dodam tylko, że jest bardzo słodkie i czerwone  - chociaż utoczone z białych winogron. Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy -  pomyślałem sobie, że ktoś chce nabić mnie w butelkę. Jak to - czerwone z białego? A jednak  - tak jest. Otóż, zebrane białe winogrona  suszy się na słońcu -  przez prawie dwa tygodnie. Dzięki temu po odparowaniu wody pozostaje sam cukier, a kolor ulega radykalnej zmianie. I tak to właśnie -  białe przemienia się w czerwone, z odcieniami karmelu i różu.
Strażnik. 
Przy wjeździe do Imerovigli, przywitał nas pies na dachu. To chyba strażnik tego domu - wpadł mi w oko, więc zrobiłem mu zdjęcie. Dobrze wpisuje się ta scena, w opowieść o Imerovigli. To najwyżej położona wioska nad kalderą. Doskonały punkt obserwacyjny. Stąd zawsze było  widać wszystkie statki, które zbliżały się do wyspy - te zaprzyjaźnione i te złowrogie. Stąd dochodziły najszybciej - wiadomości o zbliżającej się inwazji. To jakby straż przednia - tego terytorium. Dla obrony - najpierw Grecy, a później Wenecjanie, zbudowali tu i utrzymywali - na tutejszej górze Skaros - potężną warownię. Większą siłą od ognia i miecza, okazały się jednak trzęsienia ziemi. Dzisiaj po zamku nie ma już śladu, a z wielkiej góry - pozostał jedynie charakterystyczny wierzchołek. Wygląda z daleka, jak zgrabny kapelusik, położony na skalnym występie. To ulubione miejsce wielu fotografów.
Tu kościoły i dzwonnice są wszędzie. 
Było już późne popołudnie, kiedy wjechaliśmy do Oia. Taki - zresztą- był nasz plan. Zostaniemy tu do wieczora. To podobno jedno z najbardziej urokliwych miejsc - na Santorini. Tak przynajmniej podają przewodniki. Być na Cykladach i nie zajrzeć do Oia - to byłby grzech. To nawet trochę głupio powiedzieć po latach - byłem na Santorini, ale nie byłem w Oia. Prawie tak samo jak - byłem w Krakowie, ale nie byłem na Wawelu. Kilka dni temu widziałem tę wioskę z daleka - z pokładu statku, którym płynęliśmy od strony wyspy Thirasia. Oia wyglądała pięknie. Dzisiaj jest jeszcze piękniejsza.
Oia - perła na samym cyplu wyspy. 
Na tarasie było przyjemnie i słonecznie. Idziemy w lewo czy w prawo? - zapytałem. No, nie wiem - może najpierw w prawo. Nie, nie, a może w lewo - już sama nie wiem. Tak tu cudnie, że po prostu nie wiem - odpowiedziała Ela. Wiesz co? Może sobie jednak jeszcze trochę tu postoimy, a potem pójdziemy tam - gdzie nas oczy poniosą. Co? No, może i tak - usłyszałem. Trochę się pogubiliśmy, ale to i tak było bez znaczenia. Gdzie byśmy nie poszli i tak byłoby dobrze.
Kafejka Meteor.
Po kilku minutach ruszyliśmy przed siebie - wąską uliczką. Najpierw daliśmy się ponieść fali wędrujących ludzi. Później jednak, zwyciężył rozsądek. Zapaliła mi się czerwona lampka - nigdzie nie pędź i nie daj się nikomu prowadzić. To miejsce jest tak wyjątkowe, że trzeba się nim delektować, trochę posmakować - żeby nie zapomnieć. To bajkowe miasteczko, z bajkowymi domkami na szczycie wielkiej góry, nad błękitnym morzem. Można by dzieciom do snu opowiadać - o urodzie Oia. Za kafejką Meteor, zeszliśmy w dół - w stronę wielkiego wiatraka na północnym cyplu.
Barwy bieli, ochry i błękitu. 
Co krok zapraszają nas do środka, gustowne galerie - jakby chciały przypomnieć, że to także świat artystów, malarzy i rzeźbiarzy. Wrażeń dziś dużo, a tu słońce z nieba żarem leje, więc usiedliśmy na kamiennej ławeczce z odrobiną cienia. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą kapelusze. Mimo, że mam przy sobie słoneczne okulary - nie używam ich dzisiaj. Nie chcę na to patrzeć - przez zaciemnione szkła.
To także świat malarzy i rzeźbiarzy
Wreszcie doszliśmy, do słynnego wiatraka. To wyjątkowo urzekająca sceneria. Nie przeszkadza mi nawet to, że jest tu tak wielu turystów. Szczerze mówiąc zdziwiłbym się, gdyby ich tu nie było. Nie ma jednak ani zgiełku, ani hałasu. Nie ma nawet głośnych rozmów. Ludzie mówią jakby w pół tonu - jakby byli w muzeum albo w świętym miejscu.
Oia - najpiękniejsze miasteczko na Santorini.  
To własnie z tego cypelka, ludzie oglądają te słynne zachody słońca, o których piszą wszystkie przewodniki. Podobno - jest to zjawiskowy spektakl. Mamy jeszcze z dwie godziny, zanim dzień dobiegnie końca.
Urzekająca architektura. 
Możemy więc spokojnie zwiedzać miasteczko - już czuję, że będzie to fajny spacer. Najpierw wąskimi schodkami - bez ścisku, dotarliśmy do najwyższej kondygnacji weneckiego zamku. To dobry punkt widokowy - wszystko mamy jak na dłoni. Gdy podszedłem do muru z czarnego kamienia - otworzyła się bajeczna panorama - jest na co popatrzeć. Martwię się, bo została nam tylko jedna butelka wody. Po kwadransie - ruszyliśmy dalej.
Oferta hotelowa w Oia. 
Urok tego miasteczka polega w dużej mierze na tym, że wiele hoteli i restauracji - ale nie tylko - zostało zaprojektowanych przez artystów. To prawdziwe dzieła sztuki.
Enklawy luksusu. 
Nawet ulica, którą spacerujemy jest wyjątkowa - bo zbudowana z marmuru. To jak sądzę dowód bogactwa, ale także i estetycznej wrażliwości. Tworzy się tu pewna całość - piękne są widoki na kalderę, piękne białe domy uczepione skał, niebieskie kopuły kościołów, kolorowe galerie, urocze knajpki i sklepowe wystawy, a także uliczki, które jak pajęczyna splatają to wszystko.
Wstęp wolny - sprawdziłem osobiście. 
Przy głównej alei spacerowej - jest kilka klasycystycznych budynków. Prawdopodobnie należały kiedyś, do kapitanów tutejszej floty. To byli - niezwykle majętni i wpływowi ludzie. Lubili opływać w dostatku. Otaczali się pięknymi rzeczami i budowali dla siebie luksusowe dwory lub renesansowe kamienice. Dzisiaj niektóre z tych budynków - to odrestaurowane hotele.
Chciałem tu zostać - ale tym razem nie było czasu. 
Na zboczu zaś, gdzie mieszkali kiedyś zwykli marynarze - powstały niewielkie, ekskluzywne hoteliki i restauracje. Czarują swoją urodą i zapraszają turystów. Tu kiedyś były prymitywne domy w jaskiniach. Po pewnym czasie zorientowano się, że poza atrakcyjnym położeniem, mają one jeszcze jeden walor. Pumeks w którym były wydrążone - daje w lecie przyjemny chłód, a w zimie ciepło i tworzy przyjazny mikroklimat. Stały się turystyczną atrakcją.
Główna aleja spacerowa wyłożona jest marmurem. 
Trzymając się za ręce, idziemy teraz we dwoje deptakiem po krawędzi klifu - z którego rozciąga się cudowny widok na kalderę i sąsiednie wyspy. Jesteśmy szczęśliwi. Czułem, że tak jest. Przy jednym z zejść - usiedliśmy na kamiennych schodkach. Zrobiło się przytulnie. Nie było słów, tylko milczenie - słowa do niczego nie były potrzebne. Mogliśmy tak siedzieć bez końca. To piękna chwila. Tego się nie zapomina.  
Tu panuje stan fascynacji nad pięknem. 
W dole zobaczyłem prom, który zmierza do Athinios, a Thirasia przybliżyła się jak na wyciągnięcie ręki. Czas wracać na północny cypel. Może jeszcze uda nam się zobaczyć, ładny zachód słońca? Więc chodźmy - powiedziałem. Ciepły wiatr od morza, robił się coraz silniejszy. Tu i ówdzie w oknach zapalały się światełka. Wracaliśmy tym samym deptakiem, a od kafejki Meteor - wąska ścieżka zaprowadziła nas tam, gdzie gromadził się tłum. Spektakl już się zaczynał.
I tak przyszedł zachód słońca.
To nie był najpiękniejszy zachód słońca jaki w życiu widziałem, ale to jest jedno z najpiękniejszych miejsc, z jakich zachód słońca oglądałem. Słońce nie było jaskrawoczerwone, ani pomarańczowe - było bladożółtawe. Trochę - jak niedojrzała cytryna. Ale, też ładne. Miało jednak swoją moc - malowało domy w nowych barwach. Ich białe ściany odchodziły w zapomnienie, aż do porannego świtu. Siedzieliśmy teraz wygodnie, na niewielkim tarasie. Tłum nic nie mówił - panowała cisza. Tylko jak świerszcze - cykały bez przerwy aparaty fotograficzne.
Żegnamy Oia, żegnamy Santorini. 
Rzadko przyglądam się - jak dzień przemienia się w noc. Najczęściej - był dzień, jest noc i tyle. To takie banalne. Nawet nie wiem kiedy zaczyna się prawdziwe odchodzenie dnia, a kiedy nastaje początek nocy. Więc posiedźmy tu trochę - powiedziałem szeptem. Tak rzadko mi się to zdarza. Czuję na sobie jeszcze ciepłe promienie słońca i letni wiatr. Sąsiednia wyspa powoli wygasa - już nie jest taka wyrazista, jak pół godziny temu. Jakby ktoś przykręcał knot w starej, oliwnej lampie. To takie magiczne miejsce i magiczny czas. Słońce zaczęło powoli pogrążać się w morzu. A gdy utopiło się do połowy - dzień był już tylko wspomnieniem. We wszystkich oknach wokoło - zapalały się światła.

Koniec.

1 komentarz:

  1. Ale piękne widoki, zazdroszczę! :)

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń