czwartek, 1 grudnia 2016

Skarby Dolnego Śląska - Środa Śląska i Lubiąż.


Trasa do Bieńkowa: Opole - Środa  Śląska -  Lubiąż opactwo cystersów - leśniczówka Bieńków.
Trasa powrotna: Bieńków - A4 - Legnickie Pole -  Opole.
...................................................................................................................................................................

To miało być  spotkanie z  przyjaciółmi w starej, rodzinnej leśniczówce, gdzie od lat rządzi moja siostra Beata, jej ulubione konie (Zośka i Zeus) oraz uwielbiane  psy (Czikita i Lola). Trzy dni relaksu - w ciszy i spokoju z wieczorami przy ognisku. Mała cywilizacja na styku wielkiego lasu i bezkresnych łąk, z naturalnym rytmem życia od świtu do nocy, wśród  porannych mgieł i blasku na czerwono zachodzącego słońca. Miejsce zawsze utęsknione i nie takie znowu dalekie. Dwie i pół godziny spokojnej jazdy od Opola. Tym razem jednak  było inaczej. Czas nie miał już takiego znaczenia gdy po drodze  wjechaliśmy do małego miasteczka, a potem jeszcze bardziej, gdy zobaczyliśmy nad Odrą stary klasztor. Tak nam zeszło prawie pół dnia, a do Bieńkowa wjechaliśmy dopiero późnym popołudniem.

Środa Śląska - rynek.
Wszystko zaczęło się od niewinnej rozmowy, tuż przed wyjazdem.
- Czy my kiedykolwiek byliśmy w Środzie Śląskiej - zapytała mnie nagle Ela.
- No nie, nie byliśmy - odpowiedziałem, zupełnie zaskoczony.
- No i co? - zapytała ponownie.
- No, wiesz ..... faktycznie, może to jest i dobry pomysł, bo to przecież po drodze - odparłem.  
- No,  a kiedy to  my byliśmy ostatnio w Lubiążu? - naciskała znowu.
- Chyba z  jakieś dwadzieścia lat temu - wycedziłem przez zęby.
- No i sam widzisz, a to tylko kilkanaście kilometrów dalej. No i co? - przewierciła mnie swoim świdrującym wzrokiem na wylot. No, niezłe przesłuchanie - pomyślałem. Co za dzień.
- Szczerze mówiąc, to ten Lubiąż od dawna chodził mi po głowie. Dobrze, niech tak będzie - starałem się zakończyć rozmowę w przyjaznym i zgodliwym tonie. Nareszcie zapadła cisza. Chwyciłem plecaki i ruszyliśmy do samochodu. Pogoda dawała nadzieję na piękny dzień.

W centrum miasteczka.
Do Środy Śląskiej  wjechaliśmy tuż przed dziesiątą rano. Ktoś przepowiadał deszcze, ale prognoza się nie sprawdzała. Było pięknie, ciepło i słonecznie. Doga numer 346 - od Kątów Wrocławskich, zamieniła się za skrzyżowaniem w ulicę Oławską, a ta we Wrocławską i tak  dotarliśmy do rynku w tym uroczym miasteczku. Na parkingu niedaleko ratusza, czekało na nas jedno wolne miejsce. Lubię jak los się do mnie uśmiecha, nawet w tak banalnych sprawach.
- No i co, podoba ci się tutaj? - zapytała Ela, gdy wysiedliśmy z auta.
- Tak, tak podoba, to ciekawe miejsce  - odparłem. Ciekawe i tajemnicze - przeszło mi przez myśl, gdy tylko przypomniałem sobie o słynnym skarbie. Wtedy to cała Polska mówiła o Środzie Śląskiej. To tu demony przeszłości rozbudziły któregoś dnia wielkie emocje zwykłych ludzi, którzy o mało nie wpadli w obłęd z powodu mamony. Wielki skarb - szczęście i nieszczęście tego miasta.

Ratusz.
Usiedliśmy na ceglanym murku, pod rozłożystą wierzbą na placu Wolności, na wprost starej gotyckiej dzwonnicy. Ela chciała chyba zapalić papierosa. Przycupnęliśmy obok siebie, w cieniu zwisających nad nami gałęzi i zrobiło się przyjemnie. Wziąłem łyk wody z butelki i zacząłem rozmowę. Jakoś się nie kleiło, ale ja miałem ochotę pogadać.
- Wiesz co?  wydaje mi się, że znam historię tego miasta, kiedyś trochę o tym czytałem - powiedziałem ni to do niej, ni to do siebie.
- To była znana  sprawa, o której trąbiły kiedyś telewizja i radio, pisały wszystkie gazety - ciągnąłem temat.
- To wszystko zaczęło się  chyba w maju osiemdziesiątego ósmego. Gdzieś tu niedaleko - chyba nawet na sąsiedniej ulicy -  robotnicy rozbierali starą kamienicę. To była podobno najbardziej znana melina w mieście. Gruz z rozbiórki wywożono, na wysypisko poza miasto, a tu miało być miejsce pod nowy budynek. I kiedy  plac był gotowy, zaczęto wybierać ziemię pod fundamenty. Podobno w samo południe któregoś dnia, robotnicy zobaczyli jak w wykopie  promienie słońca odbijają się od złotych i srebrnych monet. Niektórzy ludzie stracili panowanie nad sobą, górę wzięły wtedy emocje, a adrenalina skoczyła na szczyty. W oka mgnienie pojęli, że to chyba ich życiowa szansa, że to do nich uśmiechnął się los i  że nie wolno im tego przegapić. Przepychali się i garściami pakowali monety do kieszeni, a nawet wyrywali je sobie z rąk.
- Tak  właśnie zaczęła się gorączka złota w Środzie Śląskiej - podsumowałem.
- To ty dużo wiesz, gadasz prawie jak przewodnik -  pochwaliła mnie niespodziewanie Ela.
- Powiem ci tylko, że to był  dopiero początek tej całej sprawy. W mieście zawrzało, a ludzie głupieli.

Dzwonnica i kościół św. Andrzeja.
Plotka o wielkim skarbie obleciała miasto i rozbudzała coraz bardziej wyobraźnię. Tworzyła atmosferę zbiorowej ekscytacji.  No i wtedy naprawdę się zaczęło. Ludzie brali łopaty, grabie, haczki i pod osłoną nocy ruszali na poszukiwania. Skrzętnie przekopywali kawałek po kawałku pobliskie wysypisko śmieci, gdzie wywożony był gruz z rozebranej kamienicy. Nikt nad tym wszystkim nie panował. Chciwość i myśl o bogactwie brały górę nad rozsądkiem. Spiralę emocji podkręcała każda widomość o kolejnych znaleziskach. I niektórzy rzeczywiście znajdowali - złote monety, zausznice wysadzane drogocennymi kamieniami, pierścienie, klamry, złoty pas, brosze, a nawet niezwykle cenną koronę. Byli oszołomieni do tego stopnia, że nie wiedzieli co z tym robić. I w konsekwencji wpadali w swego rodzaju pułapkę, bo to co odkryli  - ze strachu ponownie -  ukrywali przed innymi. Do starej historii dopisywali nowe tajemnice, które i tak prędzej czy później wychodziły na jaw. Błędne koło. Można powiedzieć, że miasteczko zwariowało. 

Gotycka dzwonnica z połowy XV w. 
To nie była atmosfera, ani jednej chwili, ani jednego odkrycia. To nie pierwsza tego typu historia w Środzie Ślaskiej. Tu od dawien dawna mówiło się o ukrytych fortunach i o tym, że  miasto śpi na skarbach. Ludzie fascynują się tutaj tym tematem, już od lat siedemdziesiątych. To wtedy przy remoncie wieży ratuszowej, znaleziono tajemniczy metalowy walec, a w nim opieczętowane lakiem dokumenty i setki monet. Kilka lat później, podczas kopania dołów pod fundamenty nowej plebanii, natrafiono podobno także na znaczne ilości monet i biżuterię. Wszyscy nabrali jednak wtedy wody w usta i nie było w mieście odważnego, by sprawę wyjaśnić do końca. To właśnie w takiej atmosferze rodziło się określenie - "miasto skarbów i tajemnic". A życie pisało w tej sztuce, coraz to  nowe rozdziały. Na początku czerwca 1985 roku na ulicy Daszyńskiego, koparka wybierała ziemię, pod kolejne fundamenty i nagle jednego z robotników oślepił blask monet wysypanych z glinianego garnca na dnie wykopu. Leżało tam ponad trzy tysiące monet z XIV wieku - to był istny rarytas.

Figura św. Jana Nepomucena z 1729 roku. 
To co odkryto w 1988 roku w Środzie Śląskiej, szacuje się na jakieś 250 milionów złotych. Nie da się ukryć, że to może pobudzać wyobraźnię. Ale jednocześnie wiadomo, że nie odzyskano wszystkiego. Niefrasobliwość, bałagan i brak profesjonalizmu ówczesnych władz sprawiły, że wiele cennych przedmiotów zaginęło i to chyba nawet bezpowrotnie. Część z pewnością wywieziono, ale nie wykluczone, że są i takie, które nadal znajdują się tutaj, na miejscu. Krążą po mieście legendy o wielkim mieczu i pierścieniach, o złotym pasie i drogocennych kamieniach wielkości fasoli. No, cóż jak to często bywa, w każdej plotce może być jakieś ziarno prawdy, a w Środzie Śląskiej szczególnie, może nawet i duże ziarno prawdy. Życie pokaże.

Smaczki historii.
Skąd więc  tak wieki skarb, w takim małym mieście? Tajemnica tkwi w historii, a odpowiedz jest dość prosta. Skarby mogą być jedynie tam gdzie było bogactwo, a Środa Śląska była miastem ludzi przedsiębiorczych i majętnych. Lokowanie miast w XIII wieku to był po prostu biznes - i tak się to wszystko zaczęło. Zapisami prawa magdeburskiego i flamandzkiego powstał Neumarkt czyli Nowy Targ - dzisiejsza Środa Śląska, miasto, które miało przynosić dochody. I przynosiło. Tworzyli je ludzie o wyjątkowym temperamencie i zdolnościach. Neumarkt  - w tamtym czasie - stał się wzorem dla innych i był przykładem sukcesu gospodarczego. Handel i rzemiosło były jego siłą napędową. Ślady granic ówczesnego miasta można zobaczyć jeszcze dzisiaj, idąc wzdłuż zachowanych do tej pory murów miejskich.

Kościół św. Andrzeja.
Ela skończyła wreszcie palić papierosa, a ja wypiłem w tym czasie pół butelki wody - tak bezwiednie, łyk po łyku,  niby niechcący
- No to co? Może byśmy się w końcu ruszyli - zaproponowałem.
- No tak,  czas najwyższy - odparła.
Była już trochę chyba zanudzana, słuchaniem tego mojego ględzenia o skarbach - więc szybko podniosłem tyłek i ruszyłem w stronę kościoła św. Andrzeja. Ela szybko dogoniła mnie i znowu byliśmy razem. Miasteczko jest ciche i spokojne, ludzie chodzą tu za swoimi małymi sprawami i nigdzie się nie spieszą. Ostatni raz zdarzyło im się to chyba w osiemdziesiątym ósmym, gdy z łopatą latali na gruzowisko po złote monety. Teraz jest inaczej, wszystko wróciło do normy. Może ktoś kiedyś znowu krzyknie na rynku, że  "...złoto wykopali". Ale nie dzisiaj. Dzisiaj, to dzisiaj - trzeba kupić kartofli  na obiad w warzywniaku, kawałek chabaniny w mięsnym i gazetę z programem na cały tydzień. Lubię takie miasteczka, lubię nawet tych ludzi, którzy godzinami podpierają brodę na parapecie swojego okna, ćmiąc papierosy  i gapiąc się na przechodniów.

Rynek.
Wróćmy jednak do skarbu. Okazuje się, że wiadomo już jak powstał, a nawet kto i kiedy go ukrył. Wiadomo też dlaczego, tak wielka fortuna przeleżała setki lat w tajemnym miejscu. To już widomo. A jak było..................? Było to tak ................ Rzecz działa się w czternastym wieku, gdy Środa Śląska była znanym miastem targowym. Tu odbywały się, jedne z największych targów w Europie. W bogatym mieście mieszkali bogaci ludzie. Tworzyła się kasta zamożnych kupców, a także coraz bardziej wpływowych bankierów. Panem Śląska w tym czasie był król czeski Karol IV Luksemburski - człowiek żądny korony cesarskiej, a jednocześnie uwikłany w poważne kłopoty finansowe. Człowiekiem, który pomagał mu w tych sprawach był niejaki Jan ze Środy, wpływowy duchowny na Hradczanach. Obiecał królowi, że potrzebne pieniądze załatwi bez problemu u średzkich bogaczy. I tak też się stało. Oczekiwaną sumę przygotował tutejszy Żyd o nazwisku Muscho - inaczej mówiąc Mojżesz. Miała być to pożyczka, obłożona jednak pewnymi warunkami: zażądał glejtu na co najmniej trzyletnie prawo pobytu na Śląsku i zwolnienie na ten czas od podatku oraz zastawu w klejnotach. I wszyscy byliby zapewne szczęśliwi, gdyby nie nagła epidemia dżumy. Czarna śmierć zjawiła się gwałtownie, siała postrach i co najgorsze zbierała coraz bardziej obfite żniwo. Karol IV koronował się na cesarza, Jan ze Środy został cesarskim kanonikiem, a Mojżesz w panice postanowił uciekać z miasta. W nadziei jednak, że kiedyś tu powróci, cały swój majątek schował - w przygotowanej skrytce pod domem. Nie wiadomo jak potoczyły się losy tego człowieka, ale wiadomo, że nie wrócił już nigdy do Środy. Od tej pory majątek Mojżesza stał się skarbem, który czekał na swego odkrywcę i to czekał, aż sześćset pięćdziesiąt lat - właśnie do dnia 24 maja 1988roku. Taka to była historia.
 
XV - wieczny ratusz przy placu Wolności. 
Na szczęście skarb po odnalezieniu pozostawiono  tutaj - w Środzie Śląskiej.  I to jest dobra wiadomość.  Szczerze polecam - takie rzeczy widuje się rzadko. Przyjeżdżajcie więc do Środy Śląskiej  chociażby tylko po to. Klejnoty są bezcenne, no i piękne. Kiedyś próbowano je oszacować po cenach aukcyjnych - wyszło wtedy około stu milionów dolarów. Dodam tylko, że gdy kolekcja jest wypożyczana - robi się to zawsze w największej tajemnicy, z użyciem szczególnych środków bezpieczeństwa. Jest czego chronić.

To tu można zobaczyć skarb średzki.
Skarb średzki można zobaczyć w tutejszym muzeum, przy placu Wolności 3, od wtorku do piątku od 9.30 do 15.30 oraz w soboty i niedziele od 12.00 do 15.00. Są tu prezentowane średniowieczne, arcydzieła sztuki jubilerskiej: złota królewska korona, bogato zdobione zausznice, zapona z orłem oraz prawie trzy tysiące srebrnych  i 39 złotych monet.
Kościół pod wezwaniem św. Krzyża. 
Zbliżała się jedenasta w południe, gdy Eli zachciało się małej czarnej. Lokal był na rogu ulicy Świdnickiej, ale z wejściem od placu Wolności i gdy tylko przekroczyliśmy próg powitał nas przyjemny zapach świeżo zmielonej kawy i uśmiechnięta barmanka. Przyjemnie tu - pomyślałem. Ela chciała namówić mnie jeszcze na ciastkowy deser, ale stanowczo odmówiłem - to nie było w moim stylu. Sama kawa mi dzisiaj wystarczy. Było miło, ale czułem, że czas już nie jest naszym sprzymierzeńcem. Spojrzałem mimo woli na zegarek i Ela od razu połapała się w tym wszystkim, wiedziała o co chodzi. Gdy wyszliśmy znowu na rynek, było ciągle słonecznie, ale jakby trochę chłodniej. Obok apteki skręciliśmy w prawo, w ulicę Śląską i wolnym krokiem dotarliśmy do kościoła  św. Krzyża.
Ratusz i pomnik Rolanda
Czas chyba jednak wracać, musimy pomału się zbierać - odezwała się w pewnym momencie Ela. Zupełnie tak, jakby czytała w moich myślach. Do parkingu szliśmy teraz ulicą Korwina - od strony kościoła, w kierunku stylowej kamienicy na rogu placu Wolności i ulicy Wrocławskiej. Widać z tego miejsca jak w objęcia dwóch kolorowych uliczek wtulił się ratusz i pomnik Rolanda. Przypomniało mi się wtedy, że widziałem kiedyś podobny w Dubrowniku i że są w Europie miasta, kultywujące przywiązanie do tej niezwykłej postaci - dzielnego i odważnego rycerza, który poległ w walce z Saracenami. Środa Śląska właśnie jest jednym z takich miast, a postać Rolanda zawsze miała symbolizować niezależność, prawo do wolnego handlu oraz własnej jurysdykcji. I tak też było - ale w dalekiej w przeszłości. Teraz jest inaczej.
Lubiąż


Przed nami droga do Lubiąża - to tylko 21 kilometrów. Ulicą Legnicką dojechałem do drogi numer 94 i tu skręciłem w prawo, w kierunku ma Lubiń. Na szosie pusto, jedynie od czasu do czasu jakieś auto z naprzeciwka. Drogowa sielanka - spokojna jazda, zupełnie bez emocji. Za Mazurowicami kolejny zjazd w prawo i tym razem wśród łąk i strzelistych topól dojechaliśmy do mostu na Odrze. Ładne, sielskie plenery - miło popatrzeć. Zwolniłem więc i zacząłem się rozglądać - woda na rzece była niska, a słońce i nieliczne tu cumulusy odbijały się w jej spokojnym nurcie.
- To chyba już tu gdzieś niedaleko, wydaje mi się, że lewej stronie - odezwała się wtedy, milcząca, do tej pory Ela.
- Chyba tak - opowiedziałem bez przekonania, ale ona już nie ciągnęła tego tematu.

Opactwo cysterskie
Taka gmina równina, polska prowincja i jak na prowincję przystało droga była coraz gorsza. Dobrze nam się nawet milczało, gdy nagle jakoś głupio mi się wyrwało - zobacz co za paskudna droga.
- No, a jaka miałaby być? - zapytała Ela. - No jaka? - zaczęła mnie naciskać, gdy tylko zorientowała się, że zabrnąłem w ślepą uliczkę. 
- No, mogła by być chyba trochę lepsza, nie? - próbowałem kombinować.
- No nie, na prowincji nie ma lepszych dróg, są tylko drogi gorsze i dlatego prowincja jest prowincją, powinieneś to rozumieć - triumfowała z uśmiechem na twarzy. Była wyraźnie tą sytuacja rozbawiona i wtedy przed nami  pojawił się kolejny most - tym razem  na starym korycie Odry.  Po lewej stronie drogi zobaczyłem dwie wieże i czerwony dach. To dobry znak - byliśmy prawie na miejscu.
Klasztor wśród łąk


Na rozwidleniu - tuż obok starego domu - droga łagodnie położyła się w lewo, by po chwili wyprostować się znowu. Skończyły się - zasłaniające widok -  przydrożne drzewa i otworzyła wolna przestrzeń. W odległości nie większej jak dwieście metrów zobaczyłam wysoki mur, a za nim klasztorne budynki. Zjechałem więc w lewo i  powoli zaczęliśmy zbliżać się do zabudowań.

Z daleka jak Wawel
Ktoś  machał rękoma w naszą stronę, wskazując z daleka miejsce do parkowania. Nie miałem powodu by wątpić w jego dobre intencje, więc podjechałem. Wszędzie było pełno samochodów. Człowiek był uprzejmy i po ustawieniu auta na skraju parkingu wprowadził nas  - zupełnie bezinteresownie - w plan zwiedzania. Po chwili wolnym krokiem doszliśmy do bramy głównej, a stamtąd już na dziedziniec klasztoru.
Wejście główne do klasztoru


Majowy weekend, więc sporo ludzi. Tego należało się spodziewać - tak pomyślałem, spoglądając na liczne i rozgadane towarzystwo. Każdy był niby czymś zajęty, ale tak naprawdę to wszyscy czekali na przewodnika.


Od czasu do czasu jakaś grupa wychodziła od strony kaplicy, a inna znikała w wejściu do budynku głównego. Tak kręciła się karuzela zwiedzających. Kupiliśmy bilety i wraz z innymi czekaliśmy na naszą kolej. Przewodnik zjawił się po jakimś kwadransie, przedstawił się  i od razu przystąpił do rzeczy. Był miły i sprawiał wrażenie, że lubi swoją pracę. Wstęp miał zachęcający, a potem też było nie najgorzej. Chwilami wydawało mi się, że jest na lekkim rauszu, ale nie byłem tego pewien. Może to tylko złudzenie - pomyślałem.
Początek trasy dla zwiedzających
To wielki klasztor, mało jest takich na świecie. Jego barokowa fasada, od której weszliśmy na dziedziniec jest długa na 223 metry i nie ma równych sobie  w Europie. Całość jest dwa i pół razy większa od Wawelu. A tak nawiasem mówiąc, to z daleka - od drogi dojazdowej -  przypomina właśnie Wawel.
Sala książęca

Za wysokim murem, oprócz budynku klasztornego znajduje się bazylika Wniebowzięcia NMP z początków czternastego wieku, pałac opatów i nieco dalej kościół św. Jakuba. W krypcie pod gotycką bazyliką przechowywane są nagrobki Piastów Śląskich oraz mumie opatów i zakonników. W części zewnętrznej można zobaczyć kilka budynków gospodarczych sprzed wieków oraz  ładnie utrzymany park.
Wielka sala książęca jest imponująca. To 400 metrów powierzchni i dwie otwarte kondygnacje w górę - przestrzeń i  doskonała akustyka. Cacko. To jeden z najdoskonalszych zabytków śląskiego baroku. kunsztowna robota: doskonałe rzeźby Józefa Mangoldta i malowidła ścienne Christiana Bentuma. Coś niebywałego, jestem pod wrażeniem - Ela chyba też.


To zresztą doskonale miejsce by posłuchać opowieści o historii cysterskiego opactwa w Lubiążu. W pewnej chwili przewodnik zaprosił nas na środek sali, a potem rozpoczął swój spektakl: prawił interesująco, ze swadą i znajomością rzeczy, aż przyjemnie było słuchać. Niezła lekcja historii.


Przy okazji wyszło, że nie od cystersów tu się wszystko zaczęło, a od benedyktynów, którzy w połowie dwunastego wieku postawili tu kościół św. Jakuba, a potem nie wiedzieć czemu zniknęli. A że życie nie znosi próżni, to po nich przyszli cystersi z Turyngii. Sprowadził ich tu książę śląski Bolesław Wysoki.



Zakonnicy okazali się doskonałymi gospodarzyli i po pewnym czasie stali się  jednymi z większych posiadaczy ziemskich na Śląsku. Lubiąż był wtedy także ważnym ośrodkiem kultury i piśmiennictwa. To właśnie stąd pochodzą między innymi dwunastowieczne: "Roczniki lubiąskie", "Katalog biskupów wrocławskich" i  "Kronika książąt Polskich"


Po odbudowie klasztoru z wielkiego pożaru  pod koniec XV wieku, doszło wśród tutejszych zakonników do ostrego wewnętrznego konfliktu i to na taką  skalę, że w konsekwencji, w 1492 roku dobra te zostały cystersom odebrane.  


Po kilku latach jednak mnisi wrócili i przystąpili  ponownie do pracy. Wzięli się za  odbudowę i remonty wielu budynków, a jednocześnie cały kompleks ufortyfikowali. W okresie reformacji pojawiły się nowe problemy i to na taką skalę, że opactwo zaczęło podupadać i traciło powoli na znaczeniu.  Wiele złych rzeczy stało się tu  także w okresie wojny trzydziestoletniej - między innymi rozkradziono bibliotekę oraz cysterskie archiwum.


























Ważną datą dla zakonu był rok 1649, kiedy to ówczesny opat Arnold Freiberg przeprowadził wiele wewnętrznych zmian, a w konsekwencji stworzył podstawy ekonomiczne dla dalszego rozwoju opactwa. Przystąpiono wtedy do remontu na dużą skalę i objęto nim przede wszystkim kościół oraz część mieszkalną (klauzurę), powstała także szkoła klasztorna i nowe budynki gospodarcze. To był dobry okres dla cystersów z Lubiąża.
Klasztorne korytarze


Od 1660 roku zamieszkał tu i pracował na potrzeby zakonu - sprowadzony przez opata - słynny na całym Śląsku malarz barokowy Michał Willmann. Zostawił w spadku po sobie wiele obrazów i fresków. To właśnie spod jego ręki wyszła "Apoteoza Bohatera Cnót" na sklepieniu w refektarzu letnim.



Wielkie zmiany w tym czasie zachodziły w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przez szereg lat (1672 - 1681) pod kierunkiem i nadzorem Mathiasa Steina, nadawano mu  barokowy charakter. Przebudowano także  ambit,  dodając tam  pomnik opatów i barokowe kaplice z przepięknymi freskami Willmana.
Refektarz klasztorny

Kolejni opaci przejawiali coraz częściej skłonności do tworzeniem budowli i pomieszczeń reprezentacyjnych. Tak właśnie powstał w latach 1681–1699 monumentalny pałac opacki z ponad 300 salami  i z bogatym wystrojem wnętrz.



Piękna fasada kościoła, dwie wieże z barokowymi hełmami i kruchta powstały dopiero w roku 1715. Wszystko co w tym okresie robiono miało być - z założenia -   imponujące i pełne blasku. Nie szczędzono pieniędzy na nic i zatrudniano najdoskonalszych fachowców. Swoje dzieła tworzyli tu miedzy innymi: Felix Anton Scheffer, Christian Bentum i Franz Mangoldt. Opactwo piękniało z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc i  z roku na rok.



W 1733 pojawiły się  tu przepiękne  polichromie i większość fresków w letnim refektarzu. Rok później podobnie ozdobiono bibliotekę klasztorną oraz powstał plafon i wiele rzeźb w głównej sali reprezentacyjnej pałacu – Sali Książęcej. 


Ale wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć. Tak było i tutaj. Czarne chmury nad opactwem pojawiły się, gdy tylko Austriacy utracili swoje wpływy na tych terenach. To był początek końca świetności klasztoru. W roku 1810  król pruski bez ceregieli skasował zakon cystersów, przywłaszczając sobie wszystkie jego dobra. Co było do zrabowania zrabowano, co było do zniszczenia zniszczono, a na koniec w klasztorze urządzono szpital.
Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny


Zdumiewająca jest historia opactwa z czasów II wojny światowej. Wiele na to wskazuje, że produkowano tu części do rakiet V1 i V2, a według jednej z hipotez pracowali tu także niemieccy naukowcy nad skonstruowaniem tranzystora. Prace badawcze prowadzone były w podziemiach klasztoru oraz w części parterowej pałacu opatów. Z relacji świadków wynikało, że widywano tu naukowców w białych kitlach i robotników w szarych ubraniach. Stworzono tu także  obóz przejściowy dla internowanych  obywateli Luksemburga.


W czterdziesty piątym znowu wszystko się zmieniło. Niemcy odeszli, a przyszli Rosjanie. Ci ostatni z zajmowanych terenów wywozili wszystko, co tylko miało jakąkolwiek wartość, a przy okazji także niszczyli. Do roku 1948 był tu szpital psychiatryczny dla czerwonoarmistów, a później długo, długo nic  aż do 1962 roku - nie było tu w ogóle gospodarza.


Klasztor niszczał i chylił się ku kompletnej ruinie. I pewnie nie byłoby dla niego ratunku, gdyby nie grupa prawdziwych pasjonatów i miłośników historii, którzy w 1989 roku założyli "Fundację Lubiąż". Zapalili zielone światełko, które było początkiem dobrego. Wprawdzie wszystko idzie tu powoli, ale idzie i to jest najważniejsze. Mimo ograniczeń finansowych  ciągle coś się dzieje. Mam wiele szacunku i uznania dla ludzi, którzy podejmują się takich wyzwań. Wygląda na to, że to projekt nie na lata, a raczej na dziesiątki lat. No i dobrze, niech i tak będzie. Gołym okiem widać jak wiele tu zrobiono i jak dużo jeszcze jest do zrobienia. Trzeba wiedzieć, że oprócz pięknej sali książęcej, refektarza, kaplic w kościele i biblioteki wykonano tu wielką pracę dla poprawy stanu technicznego całego obiektu: wstawiono i oszklono wszystkie okna. wzmocniono konstrukcje budynku klasztornego, naprawiono więźby, a dachy pokryto nową dachówką.



Pożegnaliśmy naszego przewodnika i przeszliśmy przez bramę główną na zewnątrz - do przyległego parku. To prawdopodobnie teren dawnego zaplecza gospodarczego cysterskiego opactwa, o czym świadczyć mogą istniejące tu do tej pory budynki: browaru i piekarni, wozowni i stodoły, ale także i kancelarii klasztornej. W parku robiło się majówkowo  i piknikowo - przyjemna atmosfera. W cieniu dorodnych drzew na przystrzyżonej trawie  rozsiadali się ludzie. Pod starym  dębem siedziała już para zakochanych, a tuż za nimi biegały i szczebiotały dzieciaki. Istna  sielanka.
- Ładnie tu, tak romantycznie i lirycznie  - powiedziała w pewnej chwili poetycko nastrojona  Ela.
- Ładnie, ładnie, ale wiesz co, chyba trochę zgłodniałem, a tam chyba jest jakaś knajpka - pokazałem
  ręką przed siebie.
- Też  jestem głodna - rzuciła krótko.


Z daleka wypatrzyłam wolny stolik, a kelnerka miała nas na oku chyba już od bramy wejściowej. Gdy tylko usiedliśmy przypomniała mi się stara historia z Jacksonem.
- Ty wiesz, że w dziewięćdziesiątym siódmym był tu Michael Jackson - wyrwało mi.
- No, pamiętam.  To była niezła sensacja - wtrąciła  Ela.
- No, ale co? To on chciał to kupić, czy jak? - zapytała chwilę później.
- A diabli widzą, on też tego chyba do końca nie wiedział. Ktoś go namówił, przyjechał popatrzył i
  odjechał, to wszystko, tak sądzę  - odpowiedziałem wzruszając ramionami.
Pół godziny później byliśmy już w drodze do Bieńkowa  i wtedy zadzwoniła Beata. Od razu zrugała mnie  za brak wiadomości o zmianie naszych planów.
- Mea culpa, mea maxima culpa siostro - opowiedziałem pokornie. A ona zaczęła się śmiać. Gdy wjeżdżaliśmy na leśniczówkę niebo od lasu szarzało, konie na padoku odwróciły głowy w naszą stronę, a Czikita i Lola wybiegły z bramy na przywitanie. Byliśmy na miejscu.

cdn.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz