czwartek, 1 grudnia 2016

Skarby Dolnego Śląska - Legnickie Pole

Trzy dni w Bieńkowie, wracamy do Opola -  po drodze Legnickie Pole.
.................................................................................................................................................................
          Był poniedziałek rano i słońce już od kilku minut zaglądało ukradkiem do pokoju. Otworzyłem oczy i pomyślałem, że trzeba będzie chyba zaraz wstawać. Męczyła mnie myśl o nieuchronności wygrzebania się z ciepłego łóżka. Ela spała jeszcze w najlepsze, a ja nie zamierzałem jej budzić. Przez chwilę nasłuchiwałem w nadziei, że dotrą do mnie jakieś oznaki domowego życia - gdzieś tam, przynajmniej od strony kuchni. Ale nic takiego się nie stało. W domu panowała kompletna cisza. Delikatnie więc odchyliłem kołdrę i tak jak stałem w piżamie i na bosaka wyszedłem tylnymi drzwiami do ogrodu. Trawa była delikatna i mokra, a stąpanie po niej sprawiało mi coraz większą przyjemność. Wydawało mi się, że jestem w ogrodzie sam. Tak jednak nie było.
Leśniczówka Bieńków - Czikita






           Najpierw od strony warzywniaka wyszła Lola, a zaraz za nią Czikita - ulubione psy mojej siostry. Zamerdały przyjaźnie ogonami i podeszły na wyciągnięcie ręki. Przykucnąłem, a one zbliżyły się jeszcze bardziej i zaczęły przymilnie się łasić. Gdy po chwili wolnym krokiem ruszyłem w stronę starej, ogrodowej studni szły razem ze mną, noga w nogę - jak stare przyjaciółki. Doszliśmy do końca drewnianego płotu, skąd dobrze widać Emilową kapliczkę i wystający kawałek przygarbionego domu Julii. Po lewej stronie na padoku stały spokojnie nasze konie; Zośka i Zeus ( nazywany tu także przez niektórych Fisiem). Najpierw z zaciekawieniem spojrzały w naszą stronę, a potem odwróciły się i wolno ruszyły w kierunku lasu. - Przecież same tu nie przyszły - przemknęło mi przez myśl. Ktoś musiał je wcześniej wyprowadzić, a to znaczyło, że zaspana dotąd leśniczówka powoli wybudzała się ze snu. Otworzyłem furtkę i za budynkiem gospodarczym skręciłem w lewo. Obszedłem dom wokoło i wtedy właśnie, po raz pierwszy - tego ranka - pomyślałem o śniadaniu. Byłem głodny.
Zośka i Zeus (zwany także Fisiem)








           Gwizdek czajnika usłyszałem już w sieni. I to był dobry znak, tym bardziej, że od strony kuchni dobiegały strzępy porannej rozmowy. Gdy chwilę później wychodziłem z łazienki, przez pokoje przeleciało głośne wołanie do wspólnego śniadania. To darła się Beata - dobry duch tego domu.
- Dwa razy powtarzać nie będę - zakończyła stanowczo swój krótki komunikat. I znowu na chwilę zapanowała cisza. Gdy uchyliłem kuchenne drzwi Ela siedziała już przy stole.
- No nareszcie jesteś - powiedziała tak, jakby nie mogła się na mnie doczekać. To było miłe. Ostatni przyszedł Paweł i byliśmy już w komplecie. Beata wrzuciła na patelnię kilka jajek, a ja poczułem się jak za starych dobrych czasów.
- No cóż, nie ma zmiłuj się, trzy dni zleciały jak z bata strzelił, trzeba wyjeżdżać - wtrąciłem gdy jajecznica wylądowała na moim talerzu.
- Chyba nie obraziłeś się na jajecznicę - zażartowała jak zwykle uśmiechnięta Beata. Wszyscy parsknęli śmiechem i zabrali się do jedzenia. Pół godziny później wrzucałem ostatnie bagaże do auta, a Ela tonęła w pożegnalnych uściskach mojej siostry.
          Gdy wyjechałem samochodem z podwórka, konie podeszły jakby na pożegnanie do ogrodzenia, a Czikita i Lola biegły za autem aż do Emilowego płotu. Przy wielkim drewnianym krzyżu, który stoi koło Bolkowego domu skręciłem w prawo i ruszyliśmy w stronę Polkowic. Dzień był pogodny, podobnie jak w piątek. Tym razem też nas nic nie goniło, mieliśmy dużo czasu. Pilnowałem drogi, a Ela za Lubiniem jakby zaczęła przysypiać. Ocknęła się dopiero przy zjeździe na autostradę, wtedy gdy potężny huk pędzących tirów nieomal wyrwał ją z fotela. - Dobrze, już dobrze nic się nie stało, wszystko jest w porządku - starałem się ją uspokoić, wjechaliśmy na A4, tu często tak się zdarza. Dość szybko oprzytomniała i wróciła do równowagi. Dwie wielkie ciężarówki przeleciały obok nas jak komety i po chwili znowu zapanował spokój - droga opustoszała. Ani z przodu, ani z tyłu nie było już żadnych samochodów. I to właśnie wtedy po prawej stronie ukazała się tablica z napisem Legnickie Pole. 
Przy placu Henryka Pobożnego







- Zobacz, zobacz może byśmy tu zjechali, to może być ciekawe miejsce - ekscytowała się niespodziewanie Ela. Do zjazdu było około pół kilometra, a czas biegł szybko. Nie zdążyłem jej nawet odpowiedzieć. Przeszło mi tylko przez myśl, że to może być dobry pomysł. Wrzuciłem kierunkowskaz w prawo i płynnie zacząłem zjeżdżać.
Muzeum Bitwy Legnickiej



Dawny kościół pw. Świętej Trójcy





Minąłem przydrożny parking i ulicą Świętej Jadwigi dojechaliśmy do placu - vis-a-wis Muzeum Bitwy Legnickiej. To dawny kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy, miejsce owiane legendą i związaną ze śmiercią księcia Henryka II Pobożnego - tego, który zginął w bitwie z Tatarami w roku 1241.





Wieś była schludna, uporządkowana i już na pierwszy rzut oka robiła dobre wrażenie, tym bardziej, że sporo tu ciekawych dowodów zamierzchłej historii. Wysiadłem więc z auta i niechcący trzasnąłem drzwiami tak mocno, że Ela, spojrzała na mnie z wyrzutem. Po chwili jednak wypogodniała i kiwnęła do mnie ręką, pokazując wymyślony przez nią kierunek marszu. W porzo - pomyślałem i powlokłem się za nią jak zbity pies, któremu przed chwilą okazano łaskę. No, ale tak, czy siak humor mi się poprawił i mogliśmy wreszcie iść na spacer.
Bazylika w Legnickim Polu






            Barokowy kościół pod wezwaniem św. Jadwigi w Legnickim Polu - od 2014 roku bazylika - z dawnym klasztorem Benedyktynów wybija się na pierwszy plan. Nie można jej nie zauważyć. Na pewno, w każdym przyjezdnym wzbudza ciekawość i zainteresowanie. Nie inaczej było z nami. To jednak nie wszystko, co warte jest tu obejrzenia. Przetrwało tu do tej pory sporo ciekawych i dobrze zachowanych domów z pierwszej i drugiej polowy dziewiętnastego wieku. Tworzą one klimat i przestrzeń małego miasteczka z tamtych czasów. Ten ciekawy obraz wiarygodnie i realistycznie wypełniają dawne obiekty: starej szkoły, domu na ul. Benedyktynów 2 i 2a, domu na św. Jadwigi 4, budynku gospodarczego (obecnego przedszkola), dawnej filtrowni, koszar z okresu 1838-1841, dawnego domu komendanta i chociażby dziewiętnastowiecznego lazaretu. Jest tu ponadto sędziwy park z połowy osiemnastego wieku, a także śliczna aleja lipowa, zadbane krzewy, klomby i dobrze utrzymane trawniki. Ciekawe miejsce na sesję zdjęciową albo nawet i na plan filmowy. Ela była zachwycona.
Portal z orientalnymi figurami.







Jest tu ładnie i ciekawie, tym bardziej, że to wszystko nam się dzieje się w otoczeniu soczystej, majowej zieleni, muskanej delikatnie promieniami południowego słońca.







           I kto by pomyślał, że znaleźliśmy się tu zupełnie przypadkiem, a tak właśnie było. Ciekawy przypadek, żeby przypadkiem zatrzymać się w tak niezwykłym miejscu. Bo to właśnie tutaj 9 kwietnia 1241 roku (pomiędzy dzisiejszymi wsiami Legnickie Pole i Koskowice) doszło do słynnej bitwy z Tatarami. No więc miejsce jest - tak czy siak – niezwykłe i na trwałe przecież wpisane w historię Polski. To tutaj Henryk II Pobożny na czele zjednoczonego rycerstwa: Małopolski, Śląska, Wielkopolski, chorągwi czesko-węgierskich, a także hufców zakonnych Krzyżaków, Joannitów i Templariuszy stanął naprzeciw mongolskiej nawale. Wprawdzie przegrał, ale Tatarów powstrzymał od dalszego marszu na zachód. I pewnie taka jest jego zasługa. Mała czy duża, nie mnie oceniać. Wiem tylko, że miejsce w historii ma pewne i nie należy o tym zapominać. Dobrze, że tu przyjechaliśmy, wprawdzie przypadkiem – ale jednak.
Legnickie Pole- pomnik historii.










          Nieraz jadąc autostradą A4 widziałem z daleka dwie smukłe, wystające ponad korony drzew kościelne wieże i nieraz korciło mnie, żeby tam zajrzeć. Zawsze jednak jakoś brakowało czasu. Tym razem stało się inaczej - no i dobrze.

Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz