sobota, 15 sierpnia 2015

Chorwacja po raz czwarty - jedziemy na Hvar (cz. II.)

Trasa dojazdu: Opole – Prudnik – Krnov – Bruntal – Ołomuniec – Brano – Mikulov - Poysdorf – Wiedeń – Graz – Maribor – Karlovac (Vukmanicki Cerovac – nocleg) – Split – Stari Grad.W sumie 1166 kilometrów.

Na wyspie: Stari Grad - Hvar – wioska Velo Grablje - Vrboska - zatoka Vela Stiniva - Jelsa - plaże w Zavala, Ivan Dolac i Sveta Nedjelja - Sucuraj.

Droga powrotna: Stari Grad – Sucuraj - Drvenik (prom) – Ljubuśki (Bośnia) – wodospady Kravica – Medjugorje - Počitelj - Blagaj – Mostar (nocleg) – Jajce – Banja Luka – Gradiśka - Keszthely nad Balatonem (nocleg) - Gyor – Bratysława – Brno – Ołomuniec - Opole. W sumie 1323 kilometry. 
...................................................................................................................................................................

Na wyspie.
Budził się dzień, nasz pierwszy dzień na wyspie, w pokoju panowała cisza, otworzyłem oczy i przez chwilę gapiłem się bezmyślnie w sufit. Na dworze jaśniało, a firanka w uchylonych drzwiach delikatnie drżała. Wstałem tak, żeby nie obudzić Eli i wyszedłem boso na balkon - poranny chłód sprawiał mi przyjemność. Oparłem się o balustradę i spojrzałem najdalej jak tylko mogłem. Chmury zalegały zbocza gór po przeciwnej stronie zatoki i nic nie wskazywało na to, że wstało słońce, ale dzień nadchodził. To było pewne. Pomyślałem jednak, że nic mnie dzisiaj nie zatrzyma - chcę popływać i zobaczyć jak budzi się tutaj ranek nad brzegiem morza. Kilka minut później szedłem wśród kwitnących na biało oleandrów, w stronę kamienistej plaży. Do brzegu było blisko. Usiadłem na krawędzi wielkiej kamiennej płyty, położyłem obok siebie ręcznik i spojrzałem na zatokę. Woda była jak lustro, spokojna, przeźroczysta i gładka, chmury stały się jakby lżejsze i podniosły się wyżej. Nie było na co czekać - zszedłem po metalowej drabince do wody, zanurzyłem się i odpłynąłem w stronę łodzi, która stała na kotwicy jakieś dwieście metrów od brzegu. Woda była przyjemna i orzeźwiająca. Dużym kołem opłynąłem zaspaną łajbę i spokojnie zacząłem nawrót. Wtedy pojawiły się pierwsze promienie słońca, przyszły od wschodu i zaczęły złocić okoliczne grzbiety. Szary kolor odchodził w zapomnienie. Płynąłem w błękitnej zatoce, otoczonej łagodnymi wzgórzami.Tak zaczął się mój pierwszy dzień na lawendowej wyspie.

Zatoka w okolicy Starego Gradu
Hvar kusił nas od dawna. Długa i ciekawa historia tej wyspy oraz piękno natury, przyciągają tu ludzi z całego świata. Pomysł ciągle odkładany - w końcu - doszedł do skutku. Z rozmysłem zrobiliśmy  to na początku czerwca, bo nie ma się co przywiązywać do oklepanych pomysłów na wakacje; że tylko lipiec albo sierpień. Zawsze z rezerwą podchodziłem do gorączki środka lata i tłumów, które w szczycie sezonu potrafią zadeptać wszystko. Jakoś tak, wolę spokój i umiarkowanie, a czerwiec to daje. Teraz też pachną piniowe lasy i lawendowe pola, świeci słońce i kwitną oleandry, a morze też jest błękitne, czyste i ciepłe. Tylko nie ma tłumów.

Stary Grad
Wyspa jest długa i wąska, ciągnie się przez sześćdziesiąt osiem kilometrów, a jej kręgosłupem jest droga numer 116, biegnąca od cypelka w  Sucuraj, aż do centrum stolicy wyspy na drugim jej krańcu. Od południa obmywają ją wody kanału Neretwańskiego i Korczulańskiego, a od północy Hvarskiego. Leży pomiędzy wyspami Brać, a Korczulą. Na Hvarze nie rzek, ani jezior, a najwyższa góra Sveti Nikola sięga 626 m n.p.m. Na pewno warte zwiedzania są miasteczka: Jelsa, Vrboska, Stary Grad, no i oczywiście Hvar. Wyspa ma krajobrazowo dwa oblicza: po północnej stronie wybrzeża - tu gdzie mieszkamy - charakterystyczne są  porośnięte lasami półwyspy i malownicze zatoki, natomiast południowy brzeg jest stromy i skalisty - bardzo piękny i ciekawy. Hvar jest także znany z krętych i niebezpiecznych dróg. Wyspa jest atrakcyjna turystycznie, ponieważ słońce świeci tu na okrągło. To magnes, który wabi ludzi. Dziś spełnia się moje kolejne marzenie, obudziłem się na Hvarze.


W porcie
Hotel, w którym zamieszkaliśmy jest zupełnie niezły i całkiem przyjemny. To dobre miejsce. Zaraz po śniadaniu zeszliśmy się pod wielką palmą, tuż przy ścieżce prowadzącej do Starego Gradu. Do centrum miasteczka jest stąd niedaleko - jakieś osiemset metrów. Dróżka  prowadzi cały czas nad brzegiem morza, wśród dorodnych drzew sosnowego lasu. Wody zatoki wcisnęły się tu głęboko między zielone wzgórza, aż do miejsca gdzie ludzie przed wiekami założyli pierwszą osadę. Najpierw byli tu podobno Grecy z wyspy Pharos, po nich  przybyli Rzymianie, później nastał czas wpływów weneckich, swoje piętno odcisnął także Napoleona, a po nim Austriacy. Stary Grad doświadczył w swojej przeszłości wielu prób ognia, ale i odradzał się jak Feniks z popiołów. Tak się stało - chociażby - podczas tureckiej nawały, kiedy to miasto zostało całkowicie zniszczone. Potem jednak podniosło się z ruin, nabierało sił i co najważniejsze coraz większego znaczenia. Taka to historia, tego miejsca - oczywiście, w bardzo wielkim skrócie.

Ratusz
Współczesność to zupełnie inny wymiar, choć związki z historią są trwałe i podkreślają w sposób szczególny charakter tego miejsca. Dzisiaj o popularności wyspy i Starego Gradu, decydują przede wszystkim walory turystyczne. Miasto ma wiele do zaoferowania - przede wszystkim pewną i wspaniałą pogodę - to bankowo, położenie w pięknej okolicy, ciekawe zabytki i jest jednocześnie doskonałą bazą wypadową do zwiedzania pozostałej części wyspy. Wielkim atutem jest port promowy i regularne połączenie ze Splitem. Przed nami przyjemny, poranny spacer - idziemy do Starego Gradu. 


Na ścieżce było pusto, tylko my i głosy dzieci bawiących się na pobliskich plażach. Zupełnie niespodziewanie, pojawił się polski akcent. W pierwszym budynku po prawej, tuż nad wysokim brzegiem zobaczyłem kilka samochodów z krakowską rejestracją. Przypomniało mi się, że chyba gdzieś, kiedyś czytałem o polskiej szkole nurkowania na Hvarze. To właśnie to - ośrodek szkoleniowy Nautica. Ciekawość zaprowadziła nas na taras, ale nikogo nie zastaliśmy, żywej duszy - jedynie kombinezony rozwieszone na wieszakach. Ruszyliśmy, więc powoli w stronę miasta. Tylko Bożena się ociągała - jakby chciała z kimś pogadać.

Stare domy - stare miasto
Kilka kroków dalej, ścieżka odchodziła w lewo, a w dole odsłoniła się niewielka zatoka z ładną plażą podzieloną na pół, między cieniem piniowego lasu, a natarczywym słońcem wciskającym się z wysokiego nieba. Linia cienia i słońca była wyraźna. Kusiło mnie, żeby tam zejść. Chętnie bym tu został, ale dzisiaj chcemy poznawać miasto, więc nie ma co kombinować. Bożena dogoniła nas koło kościoła świętego Jerolima. To dawne wejście do Starego Gradu. Kiedyś żeglarze przechodzili w tym miejscu kwarantannę. Wisiał tu ciężki i długi łańcuch. Był rozpięty nad wodą pomiędzy dwoma budynkami i zatrzymywał każdego przypadkowego przybysza. Tak miasto wtedy się chroniło. Dzisiaj w tym piętnastowiecznym kościółku mieści się galeria, a w budynku obok restauracja Eremitaż - z napisem "Questa e casa per li viandanti" ( to dom dla wędrowców).

Detal na fasadzie kościoła św. Jerolima
Gdy odchodziliśmy od świętego Jerolima usłyszałem, że ktoś mnie woła. Odwróciłem się i zobaczyłam kobietę, która kiwała ręką w moją stronę. Byłem zdumiony, ale wróciłem. Zapytała skąd jestem, przyjaźnie się uśmiechnęła i powiedziała, że pokaże mi coś wyjątkowego. Podeszliśmy do kościółka od frontu, uniosła rękę i wskazała nad drzwiami wejściowymi, średniowieczny relief przedstawiający świętego z lwami na pustyni i łacińską inskrypcję. Potem przeszliśmy do ściany od strony morza i tam zobaczyłem niszę z piętnastowieczną figurką Madonny - opiekunką żeglarzy. Lubię takie spotkania z ludźmi i z historią. Hvala lijepa - powiedziałem na odchodne. Molim - odpowiedziała i uśmiechnęła się na pożegnanie.


Centrum Starego Gradu
Miasteczko nie jest duże, ma  około dwa tysiące mieszkańców. Jest ranek. O tej porze jest jeszcze puste i senne, jakby delektowało się swoim lenistwem, a my oczywiście razem z nim. Nigdzie nam się przecież nie spieszy, a tu życie dopiero się zaczyna. Andrzej z Bożeną przyglądają się ofertom sprzedawców win, Ela jak zwykle z ciekawości i zawodowego przyzwyczajenia zajrzała do apteki, a Irena z Krystyną kręcą się wokół własnej osi, w poszukiwaniu promieni słonecznych i odrobiny wiatru we włosy. Taka sielanka. Znudzony właściciel straganu z warzywami - w koszulce z napisem "Italia" - zapomniał widać o bożym świecie i bez opamiętania pogrążył się w pisaniu esemesa, a jego czerwone pomidory i żółte papryki zachwalały się od tej pory same. Taka sielanka. Tuż obok bazaru mieści się biuro informacji turystycznej. I to jest dobra wiadomość, dla nas wiadomość dnia  - tym bardziej, że znaleźliśmy tu przewodnik w języku polskim. Super. Kiedyś nie można było w Chorwacji znaleźć najmniejszej wzmianki po polsku, a tu proszę - bez problemu dostałem gratis przewodnik i to z dokładną mapką miasta i okolicy. Czyli, nie jest tak źle, jak piszą i mówią niektórzy. Jestem optymistą.

Kościół św. Stefana
Zwiedzanie zaczęliśmy od placu św. Stefana - kiedyś, najważniejszego miejsca w miasteczku. Dzisiaj już jest inaczej, puls życia przeniósł się teraz na Rivę. Za dzwonnicą, tuż przy kościele zastaliśmy jedynie chłopców grających w piłkę. Nieopatrznie przerwaliśmy im wykonywanie rzutów karnych, w drzwi wejściowe dawnej katedry. Weszliśmy im wyraźnie w paradę, jak nieproszeni goście. Ale oni wiedzieli, że i tak, za chwilę nas  tu nie będzie, więc pokornie podpierali ścianę sąsiedniego domu, obserwując każdy nasz krok. To było ich podwórko i ich terytorium - tolerowali nas  z godnością. Kilka chwil później - już w wąskiej uliczce -  usłyszałem jak piłka ze zdwojoną siłą, odbiła się od solidnego muru kościoła św. Stefana. Chłopcy znowu grali, a my doszliśmy w tym czasie  do placu Skor, czyli miejsca gdzie kiedyś była stocznia, gdzie budowano łodzie i statki. Plac wygląda trochę jak antyczna scena teatralna. Ze wszystkich stron otaczają go kamienice, z ładnymi okienkami na poddaszach i z wysokimi tarasami, do których prowadzą kamienne schody. Układ ulic, też się nie zmienił tu chyba od stuleci. No i sporo w miasteczku kościołów. Oprócz św. Jerolima i św. Stefana - swoje zacne miejsce mają tu także: św. Roch, św. Mikołaj, św. Jan i św. Łucja, jest także klasztor dominikański. Historię miasta wraz z ciekawymi zbiorami, można poznać w muzeum, w pałacu Biankini - niedaleko promenady.

Plaża niedaleko hotelu Arkada
Wracaliśmy tą sama drogą, wszystkim spieszało się na plażę. Nikt się nie przyznawał, ale chyba tak było. To moja wersja. Słońce stało wysoko i dawało nam się we znaki, chociaż trochę chroniły nas drzewa piniowego lasu. Baza płetwonurków wciąż była zamknięta, a gdy dotarliśmy do kwitnących na biało i różowo oleandrów, tempo marszu jakby zrobiło się spokojniejsze, jakby wróciła wiara, a może nawet i przekonanie, że nikt nam plaży nie ukradł.

Moje ulubione miejsce
Mieszkamy w zacisznym miejscu. Tu zatoka rozciągnięta na kilka kilometrów, aż do Starego Gradu. - pełna jest cypli i atrakcyjnych zakątków z plażami. Wody są spokojne i o wiele cieplejsze niż na otwartym morzu, plaże: piaszczyste, żwirowe, kamieniste i betonowe. Niektóre są oswojone, a inne zupełnie dzikie. Te oswojone są powszechnie znane i najczęściej oblegane - mają też swoje nazwy, choćby: Lanterna, Maslinica, Banj, Paklena, Zavala, Baba czy też Zukova. Dzikie plaże też są już odkryte - ale wypuszcza się tam niewielu - mają w sobie coś odludnie tajemniczego, to wodne uroczyska, które znają i na które chodzą tylko nieliczni.

Pożegnanie dnia nad zatoką
Dzień się kończył. Słońce skrywało się powoli za drzewa, różowe światło przebijało przez gęste liście palmy, wyszedłem więc nad zatokę, ciekawy spektaklu pożegnania dnia. Pomarańczowa tarcza powoli schodziła ku zachodowi, ciągnąc za sobą długi warkocz pożółkłych promieni w poprzek spokojnej zatoki. Wreszcie połowa słońca schowała się za wzgórze, a kolory odchodziły z  nad wody i wokół roztaczał się półmrok, zwiastun nadchodzącej nocy. Było ciepło. Wzgórza pociemniały, a domy na przeciwległym brzegu powoli ginęły w mroku. Jakieś pół mili w prawo ode mnie, kołysała się spokojnie łódź na kotwicy. Dzień dobiegał końca, zatoka zasypiała.

Samotnicy 
Tym razem, w godzinę po śniadaniu - byliśmy już w górach. To był mój pomysł i świadomy wybór. Jechaliśmy starą drogą do Hvaru. Z okna samochodu, widać było w oddali zalesione wzgórza, przyglądaliśmy się okolicy. Są dwie drogi - stara i nowa. Coś mnie skusiło, żeby wybrać tę pierwszą. Chciałem zobaczyć, ile trudu trzeba było włożyć - żeby przebić się przed wiekami, przez te góry. To trakt łączący dwa największe miasta wyspy, tędy wędrowali kiedyś ludzie i ciągnęły transporty w jedną i druga stronę. Nie ukrywam, że spodziewałem się, że droga jest trudniejsza i ciekawsza. To mnie najbardziej pociągało.

Wnętrze wyspy
Wiedziałem, że Hvar jest znany z niebezpiecznych i krętych dróg. Jest nawet podobno powiedzenie, które do tego nawiązuje i w myśl,  którego Chorwaci w przypływie gniewu potrafią powiedzieć do adwersarza "obyś zginął na drogach Hvaru". Tak, więc już na dzień dobry jest sporo adrenaliny, ale mój dobrze rozwinięty instynkt troski o własny tyłek był gwarancją, że nie wpakujemy się w żadne kłopoty. Poczytałem trochę  i zobaczyłem wszystko co się dało, na temat tego szlaku, a dopiero potem podjąłem decyzję. To jest  piękna, widokowa trasa, no i wiem, że jest bezpieczna - co do tego nie mam wątpliwości.

Stara droga ze Starego Gradu do Hvaru 

Droga liczy nieco ponad dwadzieścia kilometrów i prowadzi przez maleńkie wioseczki - Selca i Brusje. Z odnalezieniem właściwego zjazdu w tym kierunku, nie ma problemu. Przy drodze numer 116 koło Starego Gradu - kilkaset metrów od promowego portu - w kierunku Jelsy, jest skrzyżowanie z dobrym oznakowaniem. Jedziemy na Brusje, powoli wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Malownicze krajobrazy zachwycić mogą tu każdego. Przy Selcy jest kilka ostrych zakrętów i podjazdów, ale nie ma  zagrożeń. Jest trochę wąsko i tyle. Jednak auta z naprzeciwka, na niewielkiej prędkości mogą spokojnie się tu mijać. Widoki są coraz ładniejsze i  zapierają dech w piersiach. Tylko Ela co chwila mnie strofuje - patrz przed siebie, no patrz przed siebie, proszę nie rozglądaj się, bo jeszcze gdzie wpadniemy. Okay - odparłem, bądź spokojna, powtórzyłem kilka razy, aż wreszcie ucichła. Droga była teraz prosta, ale pięła się coraz bardziej po górę. W samochodzie zapanowała zupełna cisza.

Spojrzenie na zatokę i Stary Grad
Dwa kilometry dalej zatoka została za nami, już jej nie widziałem, nie było jej nawet w lusterku. Byliśmy teraz na grzbiecie wzniesienia. Przyszła ulga, ale tylko na chwilę. Po lewej, w dolinie - pokazały się czerwone dachy, prześlicznie położonej wioski. To Velo Grablje - podobno wieś w części opuszczona. Zjazd do niej jest wąski i stromy, ale chciałem tam być. Na asfaltowej drodze zrobiliśmy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i ostrożnie posuwaliśmy się do przodu i w dół. Droga była wąska jak nigdzie dotąd, mieścił się tylko jeden samochód. Czułem, że wszystko mam pod kontrolą, a mimo to jazd był ekscytujący, serpentyna prowadziła nas w dolinę i do na wpół wymarłej wioski. Zatrzymałem się niedaleko kościoła, a Andrzej tuż za mną. Cisza, cisza jest tu wszędzie. Cześć domów opuszczona, dawno nie tknięte ludzką ręką; ale nie wszystkie.  Delikatnie uchylone okiennice, czyste firanki i kwiaty na parapetach; to zwiastuje życie. Jest kościół i jest cmentarz i przygarbiony starzec, który w swoim kamiennym malutkim ogródku, podlewa pomidory - jeden po drugim -  tak, jak by cedził kropelki wody z obawy, że nie dla wszystkich wystarczy. To kwintesencja życia w Velo Grableje. Woda to życie. Zapewne dlatego tak wielu stąd odeszło, ale nie wszyscy. To wyjatkowo piękne miejsce przepełnione - w południowym słońcu - aromatem lawendy. Dobrze, że tu przyjechaliśmy, takich miejsc się nie zapomina.

Velo Grablje - wioska w górach
Czas wracać. Podjazd do głównej drogi jest stromy, ale idzie nam nieźle. Zerknąłem w lusterko, żeby sprawdzić co z drugim autem - Andrzej radził sobie doskonale, byłem więc spokojniejszy. Kilometr dalej i wyżej, za dwoma zakrętami, Ela ogłosiła przez walkie-talkie, obowiązkowy przystanek. Dobry pomysł, bo to świetny punkt widokowy. Zatrzymałem samochód  na poboczu, przy kamiennej kapliczce. Panorama sięga stąd przez zatokę, po południowe stoki gór na wyspie Brać i jeszcze dalej, aż po Makarską. O, kurcze, jak tu pięknie - westchnęła Irena, wysiadając z auta. Wszyscy byliśmy oczarowani. Po pierwszych ochach i achach, rozsiedliśmy się  na ciepłym od słońca, kamiennym murku. Wyspa, miasto i zatoka leżały teraz u naszych stóp, można by tak siedzieć i patrzeć bez końca.

Zamek Spanjola
Do Hvaru wjechaliśmy od strony wioski Brusje. Zgodnie z planem skręciłem ostro w prawo i zaczęliśmy się wspinać w stronę zamku Spanjola. Chciałem najpierw na wszystko spojrzeć z góry, tym bardziej, że bastion dominuje nad miastem i jest świetnym punktem widokowym. Jak na dłoni widać stąd miasto, port i Wyspy Piekielne.

Hvar
Byłem w Trogirze, w Splicie i w Dubrowniku, a teraz jesteśmy w Hvarze na wyspie Hvar. Patrzę z góry i widzę następną adriatycką perłę, żywe muzeum. Pod murami potężnego zamku, leży piękne miasto. Hvar zachwyca. Można stąd zajrzeć prawie w każde podwórko, na place i ulice, zobaczyć najstarszy w Europie teatr, renesansowe kamienice, hotele i biskupie pałace, spojrzeć na rynek z katedrą św. Stjepana, na klasztor Franciszkanów, na Rive z dorodnymi palmami i wykwintnymi restauracjami, na kołyszące się w porcie kolorowe łodzie oraz na wszędobylskich ludzi, którzy przybywają tu z całego świata.  Widać  wszystko z góry - jak na dłoni. Wyjątkowo piękny obraz.

Katedra św. Stjepana
Zjazd z górnego zamku zajął nam zaledwie pięć minut, a miejsca parkingowe przy ulicy Dolac jakby na nas czekały. Na rynek weszliśmy od strony katedry św. Stjepana. Ruch był niewielki, a my nie byliśmy jeszcze zmęczeni. To była dobra okazja na małą sesję zdjęciową. Sporo tu renesansu - dobra sceneria i dużo światła. Promienie słońca roztrzaskują się o wyszlifowane przez wieki kamienne bloki, którymi wyłożony jest cały dziedziniec. To ślad po ludziach, którzy chodzą tędy od setek lat. Zupełnie tak samo, jak na Stradunie w Dubrowniku.

Hotel Palace
Pod ścianą arsenału są kamienne ławy, jeszcze nie nagrzane słońcem, a więc dają trochę chłodu. Połapaliśmy się w tym szybko i zrobiliśmy tu nasz pierwszy przystanek. To był dobry pomysł, tym bardziej, że jest tu jeszcze sporo cienia. Ela dala mi kanapkę, a ja jej butelkę wody. Na placu było coraz więcej ludzi i robiło się tłoczno. Jakby, jakaś fala ich tu nagle przygnała - pomyślałem. Przed chwilą, przecież tu nikogo nie było. A zresztą, co mnie to w końcu obchodzi? Zamknąłem oczy i wyłączyłem się na chwilę. Wszystkich - na ławie -  ogarnął błogostan. Czułem się jak w siódmym niebie, chyba trochę przysypiałem.

Architektura miasta
Ten kwadrans lenistwa dobrze nam zrobił, ale czas ruszać. Na promenadzie panował spory ruch, ludzie przemieszczali się gremialnie w jedną i drugą stronę, a tuż obok kołysały się przycumowane łodzie i jachty. Południe było blisko, zrobiło się  gorąco, gwarnie i kolorowo. Spojrzałem w stronę morza i zrozumiałem, skąd biorą się przybysze, którzy tak niedawno zalali  plac św. Stjepana. Koło Wysp Piekielnych stał wielki wycieczkowiec, od którego co chwilę odbijały pomarańczowe łodzie z pasażerami, a na końcu Rivy, na jej cyplu, wyłaniali się z morza  uśmiechnięci skośnoocy turyści. Tajemnica się wyjaśniła. To byli oni - goście z drugiego końca świata.

Takie jachty też tu cumują
Nabrzeżem doszliśmy do klasztoru Franciszkanów i postanowiliśmy wracać do centrum. Zatrzymałem się na chwilę, przy najprzystojniejszej spośród wszystkich łodzi o imieniu Joy Me i spojrzałem na wiszący nad miastem zamek Spanjola. Stara jak świat forteca i super nowoczesny jacht. Tu w pięknym Hvarze spotykają się dwa światy: z jednej strony świat przeszły, z drugiej współczesnych kosmicznych technologii, epoki - materialnych dowodów czasów minionych i przykładów technologicznego postępu współczesnej cywilizacji. Fascynujące. Ja rozmyślałem, a proza życia - tuż obok mnie - pisała  swój zupełnie odmienny i do tego banalny  scenariusz. Wszyscy byli  zmęczeni i łapczywie spoglądali na fotele nabrzeżnych restauracji. Jeść się chce i pić się chce - powiedziała bez ceregieli Bożenka, a wy tu zamęczyć nas chyba chcecie - dodała pół żartem, pół serio. Nie było więc wyboru - chwilę później siedzieliśmy już pod wielką palmą. To dobre miejsce. Rozsiadłem się wygodnie, w oczekiwaniu na należne mi espresso i szklankę wody. Wszystko załatwiła Ela - dobra dziewczyna, zna mnie na wylot, wprost czyta w moich myślach. Nic więcej do szczęścia teraz nie potrzebowałem.

Kolorowe balkony
Doszliśmy wreszcie do parkingu. Otworzyłem drzwi samochodu i uderzył mnie podmuch gorącego powietrza, jakbym stał obok rozgrzanego pieca, w aucie było duszno i gorąco. Powinniśmy trochę poczekać, samochody stały tu od kilku godzin, a słońce zrobiło swoje - zaproponowałem.  Musimy tu jeszcze kiedyś wrócić - powiedziałem tak, żeby wszyscy usłyszeli. I najlepiej będzie jak przyjedziemy - któregoś dnia - późnym wieczorem tak, żeby zobaczyć miasto nocą. Zrobiliśmy kiedyś taki numer w Splicie i w Trogirze - było super. Nie oczekiwałem, żadnej odpowiedzi, to był temat do przemyślenia. Była za to zgoda, że do Starego Gradu wracamy tą samą drogą. Panoramę zielonej doliny, wielkiej zatoki i miasta z czerwonymi dachami w dole, będziemy oglądać teraz z góry w przedniej szybie samochodu - jak w najlepszym kinie. Przez kilka kilometrów zjazdu - od wioski Brusje - będą tylko piękne widoki. Uczta.

Lawenda - koło Vela Grablje
Jak ten czas leci, to już trzeci dzień szwendania się po Hvarze. Tym razem na celowniku jest Vrboska - maleńkie miasteczko, oddalone od Starego Gradu o osiem kilometrów. Objechaliśmy je z lewej strony i do centrum dostaliśmy się od północy, prostą ulicą biegnącą od skrzyżowania w dół, aż do kamiennego mostu. Tu rozsadek kazał mi skręcić, na niewielki  plac - po prawej stronie. To dobre miejsce, aby zostawić samochody. Pomyślałem, że mogło być gorzej, ale los nam ciągle jakoś sprzyja i jest dla nas łaskawy, to dobry początek dnia. Tym razem nie jest tak gorąco jak wczoraj, ale też nie jest chłodno - jest w sam raz.

Vrboska - centrum
Przytulna mała, nieco senna miejscowość. Na co dzień żyje tu, nie więcej jak pięćset osób. Kiedyś  to była typowa rybacka wioska, ale  dzisiaj najważniejsi są turyści. Tutaj wszystko dzieje się tu powoli, ludzie nigdzie się nie spieszą. Nawet w centrum jest niespiesznie i flegmatycznie: czasem tylko przetoczy się auto, albo przemknie skuter i to wszystko. Vrboska znana jest wśród turystów z ładnych plaż, czystego powietrza i krystalicznie przejrzystego morza. Położona jest nad wąską i głęboką zatoką, otoczoną sosnowymi lasami. Jest też schronieniem dla setek jachtów i łodzi. To przytulne miejsce na ziemi. Wokół sporo ładnych willi z apartamentami do wynajęcia, co krok widać szyldy: apartment, sobe, zimmer i camere. To wymarzone miejsce na udane wakacje - ciche, spokojne i urocze miasteczko.
Przez środek biegnie sztuczny kanał, stanowiący przedłużenie naturalnej zatoki. Jego koniec wybiega, aż po ostatnie domostwa od zachodniej strony. Jest lustrem, w którym można zobaczyć kamienne domy, mosty, sklepiki, knajpki, nadbrzeżne palmy, auta i ludzi. Odbity obraz i drugie dno. 

Największą atrakcją Vrboski, jest maleńka wysepka z palmą  - na środku zatoki. Ten obrazek można zobaczyć, w najlepszych folderach turystycznych - znanych biur podróży. Sesję zdjęciową w tym miejscu, postanowiliśmy zostawić sobie jednak na deser. Teraz ruszamy wolno w prawo, nabrzeżem wzdłuż kanału w stronę promenady i mariny.
Kamienny most
Spojrzałem na Elę i nie wiem dlaczego pomyślałem, że chyba ma pragnienie. Chcesz się czegoś napić?  - zapytałem w dobrej wierze. Nie, to znaczy tak, chcę się napić, ale tutejszego wina. Co, wina, jakiego wina? Ty mi mówisz, że  o dziesiątej rano chcesz się napić tutejszego wina? No chyba głupi jesteś - odpowiedziała rozbawiona. Okay, może i jestem, ale czegoś tu nie rozumiem - odparłem. Ja nie chcę pić, pomyślałam jedynie, że może byśmy kupili jakieś hvarskie wino na wieczór. Kamień spadł mi z serca. Tak, tak, tak  - włączyła się w rozmowę Bożena. Tu własnie jest taki mały market, w zasadzie markecik to może byśmy weszli  - zaproponowała, pośpiesznie, jakby bała się, że  temat się zdewaluuje. Czułem po kościach, że były w zmowie. No, no - pomyślałem, chyba nie mam tu nic do gadania. Dziewczyny zniknęły, za drzwiami sklepu.
Ufortyfikowany kościół z szesnastego wieku. 
Spacer wzdłuż mariny wypełnionej jachtami, skończyliśmy w sosnowym lesie nad brzegiem zatoki. Przez jej środek, w stronę otwartego morza sunęła niewielka, rybacka łódka, z siwym starcem na rufie. Siedział bokiem, trzymał pewnie ster w prawej ręce i spoglądał w naszą stronę. Krypa oddalała się powoli, a terkot jej lichego silnika robił się coraz słabszy, aż wreszcie zupełnie ustał. Zapanowała kompletna cisza, a my rozsiedliśmy się beztrosko na kamiennej plaży. Nikt nam nie przeszkadzał, aż do chwili, gdy znowu pojawiły się łódki. Jedna wyłoniła się zza cypla i bezszelestnie zmierzała do portu, a druga trzymała kurs przeciwny - z zatoki na Makarską. Nic jednak nie burzyło naszej idylli i harmonii otoczenia. Wypoczywaliśmy, a na naszym terytorium - panowała totalna sielanka. Czytałem gdzieś, kiedyś, że w przeszłości woda podnosiła się tu nawet o dwa metry, a kanał w centrum - nad którym byliśmy rano - miał łagodzić skutki wysokiej fali wzburzonego morza. Być może tak było i być może to zagrożenie jest dalej realne. Nie jestem jednak tego pewien. Vrboska ma wiele tajemnic i wiele dowodów bogatej historii. Wracając podeszliśmy do kościoła Maryi Panny, który wygląda jak prawdziwa forteca. Okazuje się, że w okresie najazdów tureckich w szesnastym wieku, tutejsi mieszkańcy próbowali bronić się fortyfikując istniejące świątynie. Zupełnie tak, jak w Częstochowie  za czasów potopu szwedzkiego - tak mi się jakoś skojarzyło. 
Samotna palma na środku zatoki
Wypoczęci, usmiechnięci i z plecakiem pełnym tutejszego wina, wyruszamy dalej. To nie koniec dzisiejszej wędrówki.  Drogowskazy pokazują, że na północ od miasteczka można znaleźć campy i plaże dla nudystów, ale my jesteśmy tekstylni - więc oferta nie dla nas -  bierzemy zupełnie inny kurs. Jedziemy na odludzie, do zacisznej zatoki Vela Stiniva. Przed wyjazdem uprzedziłem Andrzeja na osobności, że dojazd na miejsce może być karkołomny, ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Wróciliśmy na - dobrze już zananą nam -  drogę numer 116 i omijając bokiem Jelsę, dojechaliśmy do wioski Zastraźisce. Przy pierwszych zabudowaniach, skręciliśmy w lewo. Od tego miejsca droga była już wąska, bez poboczy, a jazda wymagała większej ostrożności. Jednak opony trzymały się doskonale nawierzchni. Teren porośnięty drzewkami oliwnymi, dalej przechodził w młody piniowy las. Byliśmy coraz bliżej zatoki.

Droga numer 116 - najważniejsza droga na wyspie
Miałem poczucie bezpieczeństwa i pewność, że nic nam nie grozi, chociaż wiele się zmieniło, od zjazdu z drogi numer 116. Kilkaset metrów dalej, z lewej strony odsłaniał się coraz głębszy wąwóz, a ja się zastanawiałem, czy tu - na tej dróżce - zmieszczą się dwa samochody, no i co robić gdy z naprzeciwka pojawi się auto? Natrętna myśl. Na wszystko miałem gotową odpowiedź - jedź powoli i uważnie. Gdyby coś - zatrzymam się najwyżej do mijanki. Czułem po kościach, że za chwilę będzie stromy zjazd. No i zjawił się szybciej niż pomyślałem - ostry skręt o sto osiemdziesiąt stopni, gwałtownie w dół i za chwilę jeszcze raz to samo, ale tym razem w prawo. Pod nami stroma ściana. Ela spojrzała na mnie tylko raz i od razu wiedziałem, o co chciała zapytać. Tak, tak wszystko będzie dobrze, na bank będzie dobrze - powiedziałem cicho, ale stanowczo i poklepałem ja po kolanie. Jesteś pewny? - zapytała. Tak jestem pewny - odparłem.  I to ją chyba uspokoiło. Wreszcie zobaczyłem przed sobą - w ostrym słońcu - wysokie skały nad brzegiem morza. Byliśmy blisko. W dole, na tle błękitnej zatoki  czerwieniły się  dachy nielicznych domów.

Vela Stiniva
Vela Staniva to takie miejsce, o którym wielu ludzi marzy, tylko nieliczni wiedzą, że naprawdę istnieje. To oaza ciszy i spokoju. Jeśli jesteś zmęczony życiem - masz dość sąsiadów, współpracowników, podwładnych i przełożonych, nie chce ci się gadać z teściem ani z teściową, męczą cię dzieci, mąż lub żona, wkurza ojciec albo matka, irytuje zgiełk ulicy, nie możesz już oglądać telewizji i do obłędu doprowadzają cię kretyńskie reklamy oraz wkurwiają politycy - to przyjedź właśnie tu. Nie szukaj psychoterapeuty, bo nie ma takiej potrzeby - weź po prostu swoje najlepsze książki, rzuć wszystko i przyjedź właśnie tu - nad przepiękną zatokę Vela Siniva. Oto cała moja rekomendacja.

Hvar - wieczorem
Wieczorem wróciliśmy do rozmowy o Hvarze i o tym, że warto wybrać się tam nocą. Miasto jest tak piękne, że przy księżycu i pod gwiazdami może być tylko piękniejsze. Rano wybraliśmy się na plażę, a późnym popołudniem wszyscy już żyli tylko wyjazdem. Ela na godzinę zamknęła się łazience, a potem wskoczyła w elegancką sukienkę. Byłem po wrażeniem. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy wsiadaliśmy do samochodów w Starym Gradzie. Kilka minut później, minęliśmy przystań promową i byliśmy już na drodze numer 116 - stąd do celu zostało niecałe dwadzieścia kilometrów.

Za chwilę przyjdzie noc
Gdy dojeżdżaliśmy, miasto okrywał już półmrok, powoli nadchodziło pożegnanie dnia i początek nocy. Bez pośpiechu weszliśmy na Pjaca i wtedy już ciemniało, a wokół rozświetlały się lampiony. Na miastem czuwał bastion Spanjola, pomalowany światłem iluminacji. Wokół - w wąskich uliczkach i na promenadzie rozświetlały się restauracje i tawerny, w których ciągle przybywało gości, a kelnerzy dyskretnie snuli się między stolikami. Wokół czuć dolatujący zapach kuchni i grillowanych na powietrzu ryb. Nasz wieczorny spacer dobiegł powoli do końca. Trudno było jednak znaleźć miejsca, w pierwszym rzędzie knajpianych stolików. Nie martwiło mnie to jednak w ogóle. Uwielbiam takie miasta nocą - do tej pory wspominam Trogir i Split. Teraz główny plac, stawał się sceną teatru pod gołym niebem. Poczułem się jakbym miał za chwilę usłyszeć gong, przed pierwszym aktem jakiegoś spektaklu. To była gra światła i mroku, gwaru i szmerów w zakamarkach i odległej ciszy w zakątkach antycznej scenografii. Miejsca znalazły się same i to szybciej niż myślałem. Uśmiechnięty kelner zaprosił nas na fotele niedaleko wieży z zegarem i hotelu Palace - do stolika z widokiem na katedrę św. Szczepana. Nad nami gwiazdy, a wokół pełno ludzi i morze wina, które zastanie wypite tej nocy. To wędrowcy – tacy sami jak my - którzy szwendają się po wybrzeżu, miastach i wyspach Chorwacji, w poszukiwaniu miejsc niezwykłych. Jedno jest pewne - prędzej czy później  i tak każdy musi tu trafić. O północy skończyliśmy biesiadowanie – czas wracać do Starego Gradu, było miło, ale się skończyło. Jutro jedziemy do Jelsy.


cdn.
W trzeciej części - od Jelsy do Sucuraj.


2 komentarze:

  1. Hvar byłam tam raz będąc w Chorwacji, niestety byłam tylko trzy dni, a konkretniej noce, więc czuję lekki niedosyt. Wyspa kojarzy mi się w większości z lawendą, nigdzie w Chorwacji jej tyle nie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale krajobrazy, ciezko oczy oderwac, najchetniej zanurzylabym sie w wodzie w wodzie z Twojego ulubionego zdjecia.

    OdpowiedzUsuń