wtorek, 4 sierpnia 2015

Chorwacja po raz czwarty - jedziemy na Hvar (cz. III.)

Trasa dojazdu: Opole – Prudnik – Krnov – Bruntal – Ołomuniec – Brano – Mikulov - Poysdorf – Wiedeń – Graz – Maribor – Karlovac (Vukmanicki Cerovac – nocleg) – Split – Stari Grad. W sumie 1166 kilometrów.

Na wyspie: Stari Grad - Hvar – wioska Velo Grablje - Vrboska - zatoka Vela Stiniva - Jelsa - plaże w Zavala, Ivan Dolac i Sveta Nedjelja - Sucuraj.

Droga powrotna: Stari Grad – Sucuraj - Drvenik (prom) – Ljubuśki (Bośnia) – wodospady Kravica – Medjugorje - Počitelj - Blagaj – Mostar (nocleg) – Jajce – Banja Luka – Gradiśka - Keszthely nad Balatonem (nocleg) - Gyor – Bratysława – Brno – Ołomuniec - Opole. W sumie 1323 kilometry.
...................................................................................................................................................................

Na wyspie.
Dzisiaj jedziemy do Jelsy, to zaledwie dziesięć kilometrów od Starego Gradu. Po lewej stronie drogi ciągnie się rozległa równina z uprawami winorośli, lawendy i oliwek, a po prawej górskie grzbiety zasłaniające tajemnicę południowego wybrzeża. Kwadrans później byliśmy już na miejscu. W centrum - tam gdzie kończy się zatoka i zaczyna park, stoi budynek z białego marmuru z dużymi oknami i chorwacką flagą na balkonie. To miejsce naszego spotkania, stąd zaczynamy dzisiejszy spacer. Piękny jest dzisiaj poranek.

Obcinski (miejski) dom - w centrum Jelsy
Miasteczko jest ładnie położone nad błękitną zatoką wśród zielonych wzniesień, otoczone gajami oliwnymi i winnicami. Od zachodu osłania je wzgórze św. Nikola, od wschodu Hum, od południa Vrh i Gozd, a od północy Burkovo. Widać stąd doskonale wyspę Brać i w dalszej perspektywie Riwierę Makarską. Przyjemny śródziemnomorski wiatr, daje tu poczucie ciągłej świeżości, mimo ostrego słońca można lekko oddychać.


W porcie
Jelsa jest znana i odwiedzana przez wielu turystów, to atrakcyjne miejsce do wypoczynku, proponowane w ofertach wielu biur podróżny. Zatoka nad którą leży ma bardzo ciekawą linię brzegową, z malowniczymi zatoczkami i ładnymi plażami. Można tu znaleźć ciszę, spokój i ukojenie. To także doskonałe miejsce do spacerów i wycieczek rowerowych

Kościół św. Jana
Nad dachami miasteczka dominuje dzwonnica kościoła Matki Bożej Dobrego Zdrowia. Tak o niej mówią. Jest widoczna prawie z każdego miejsca. Nogi poniosły nas najpierw nabrzeżem, aż  do ostatniej dorodnej palmy, a stamtąd w prawo, do wnętrza labiryntu wąskich uliczek, z kamiennymi domami. Cieniutkie przejścia pomiędzy placami, są tu jak żyłki w ludzkim organizmie. Mam chwilami wrażenie separacji od świata zewnętrznego. To nie jest wielki labirynt, więc po chwili  - przez plac targowy -  znowu wyszliśmy na Rivę. Z falochronu spojrzałem na panoramę miasteczka, z czerwonymi dachami na tle zielonych wzgórz, podmalowanych błękitem morza i nieba. Ładnie tu- powiedziała jakoś nieśmiało i jakby bardziej do siebie - Ela. No, ładnie, ładnie - przytaknął jej Andrzej. I wtedy podszedł do nas  ten Niemiec - uśmiechnął się  i  w ogólnoświatowym, powszechnie zrozumiałym języku migowym zaproponował, że zrobi nam zdjęcie. Był miły i widać, że chętny do robienia dobrych uczynków. Fajny Niemiec. I tak została nam jedyna fotografia z tych wakacji, na której jesteśmy w komplecie.

Tu hydroplany lądują regularnie. 
Nigdzie nam się nie spieszyło, więc wolnym krokiem ruszyliśmy na drugą stronę zatoki. Tuż przy pływającej platformie z pomostem, kołysał się na niewielkiej fali hydroplan firmy European Coastal Airlines. Czegoś takiego na tutejszych wyspach, do tej pory nie widziałem. Ciekawe, skąd on się tu wziął? -  pomyślałem. Wiem, że z Jelsy można popłynąć katamaranem na Brać i do Splitu, ale nie miałem zielonego pojęcia o tym, że latają tu samoloty.

Właściciele tych domów czekają na turystów
Usiedliśmy wszyscy na kamiennym murku, na wprost główki falochronu chroniącego port przed wzburzonym morzem i czekaliśmy na spektakl z udziałem startującego hydroplanu. Liczyłem w duchu, że tak właśnie będzie. Chciałem zobaczyć, jak się wzbija i odlatuje. Tak mi się jakoś zamarzyło. Wszyscy myśleli podobnie, byłem tego pewien, chociaż nikt nic nie mówił. Siedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę, a potem przerwałem milczenie. To dobre miejsce na fajne fotki, jest niezłe światło - powiedziałem, wskazując  palcem na Irenę. Podeszła trochę niepewnie, z ogryzkiem w ręku i nie wiem dlaczego, ale jakoś nie mogła się uśmiechnąć, stanęła jednak ładnie. Za to Krystyna od razu rozpromieniała radosnym spojrzeniem i ustawiła się idealnie. Ela wsadziła rękę do kieszeni i zacisnęła usta, jakby chciała się zamknąć w sobie. Zakrztusiłem się ze śmiechu, gdy Bożena zaczęła udawać dziewicę orleańską, a Andrzej przyjął pozycję szoguna gotowego do ataku w każdej chwili. I takie zdjęcia im zrobiłem. Wtedy przy pomoście rozległ się pomruk silników. Kurcze, udało się - pomyślałem, chyba zaraz hydroplan będzie startował.

To jest dziewiętnastoosobowy Twin Otter 
Wszyscy spojrzeli jednocześnie w prawo, hydroplan powoli wykonał skręt w naszą stronę i znalazł się na właściwym torze do startu. Na niewielkiej prędkości opuszczał portowy basen. Silniki stawały się  coraz głośniejsze, zaczęły nabierać mocy, a maszyna prędkości. Wtedy u wejścia do zatoki, pojawił się wycieczkowy statek. Miałem wrażenie, że to kurs kolizyjny, że w połowie drogi muszą się zderzyć i że katastrofa jest nieunikniona. Dzielił ich dystans około pół mili, zbliżali się do siebie coraz bardziej i dopiero wtedy zrozumiałem, że mój obraz jest złudzeniem. Dotarło do mnie, że ocenianie  odległości na wodzie, to zupełnie co innego niż na lądzie. W rzeczywistości, statek trzymał się bliżej brzegu i znajdował w bezpiecznej odległości od środka zatoki. Gdy rufa statku  i ogon samolotu  znalazły się w jednej linii, hydroplan rozpoczął wznoszenie. Jego pływaki powoli odrywały się od lustra wody, a dziob unosił  coraz wyżej. Zadarty nos i opuszczony ogon odsłoniły jego wspaniałą sylwetkę. Siedzieliśmy tak nieruchomo na kamiennym murku i przyglądaliśmy się, jak wspina się  coraz wyżej i wyżej. Wznosił się płynnie, aż dotarł wreszcie nad horyzont, leciał w stronę gór Biokovo i powoli stawał się znikającym punkcikiem, a po kilku minutach był już tylko wspomnieniem.

Wszystkie statki wracają do portu
Sprawa hydroplanów na Adriatyku, nie dawała mi spokoju. Potrzebowałem informacji, bo nic na ten temat nie wiedziałem. No i w końcu doszedłem, o co tu chodzi. Jeszcze raz się okazało, że życie nie znosi próżni. Tam gdzie są potrzeby, tam zawsze można zarobić - trzeba tylko mieć pomysł i ofertę. Tak dokładnie jest i tym razem. Okazało się, że nasze dzisiejsze spotkanie to nie był przypadek, żaden zbieg okoliczności. Są to planowe, regularne loty na trasie Split - Jelsa. Na chorwackim wybrzeżu lata podobno sześć takich hydroplanów. Mają zapewnić transport z Dubrownika i Splitu na Korczulę, Hvar, Vis i Lostovo. Będą latać także w rejonie: Šibenika, Zadaru, Rijeki i Puli. Nie wyklucza się  rozszerzenia tej oferty na połączenia Chorwacji z włoskimi miastami: Brindisi, Bari, Ancona, Rimini, Ravenna, Padwa, Triest i Wenecja. Chociaż z tego co wiem, to połączenie z Anconą jest już realizowane. Latają tu świetne dziewiętnastoosobowe, kanadyjskie samoloty typu Twin Otter - maszyny cenione na całym świecie. No i właśnie takiego Twin Ottera z pływakami, oglądaliśmy dzisiaj w Jelsie. 

Cisza - nad zatoką
To był udany dzień. Do hotelu wróciliśmy późnym popołudniem - było już nieco chłodniej - a ja czułem się w miarę dobrze, ale zmęczenie brało nade mną górę. Położyłem się więc mimo woli, na zaścielonym łóżku i chyba od razu zasnąłem. Dobrze, że chociaż zdjąłem sandały. Ocknąłem się godzinę później, z jakimś dziwnym niepokojem. Niepotrzebnie tak długo spałem - miałem do siebie pretensje. Rozgrzeszyłem się jednak, dość szybko. Ela spojrzała na mnie podejrzliwie i wtedy byłem pewien, że nie zostawi mnie w spokoju. Co, pospało się troszeczkę - podśmiewała się, z kpiarską miną. No, no tak, ale zejdź ze mnie proszę - powiedziałem jakbym błagał o litość. Chyba chciała się trochę nade mną poznęcać, ale w końcu odpuściła. No dobrze, chodź lepiej pójdziemy na spacer - powiedziała dość stanowczo. Nie mogłem jej odmówić, a zresztą nie chciałem jej niczego już odmawiać. Nad brzegiem zatoki słońce niemal zaszło za wzgórza, a wiatr ustał zupełnie. Złapała mnie za mały palec u prawej ręki i tak szliśmy w milczeniu, aż do plaży.

Pitve - wioska w górach
Nowy dzień, niebo czyste jak łza, a słońce coraz silniejsze. Dzisiaj będzie inaczej, jedziemy zobaczyć inny Hvar. Droga była początkowo łagodna, ale gdy dochodziła do granicy lasu zaczynała się stromizna. Za nami, w dole została maleńka wioska Pitve. To był pomysł na wyjazd, którego się trochę bałem. Jechaliśmy na południową stronę  - do wysokich gór i nadbrzeżnych klifów. Droga wąska, ale pewna, jak na razie szło nam nieźle. I tak dotarliśmy do starego tunelu. To ważne miejsce na mapie wyspy. Za nami północna jej część, a przed nam południe. Trzeba tyko przejechać przez ten tunel.

Stary tunel - droga do Świętej  Niedzieli
Zatrzymaliśmy samochody po prawej stronie, na poboczu drogi. Było bezpiecznie i mieliśmy sporo miejsca dla siebie - odwróciłem się i spojrzałem w stronę wyspy Brać. Zobaczyłem białe spiętrzone cumulusy, a jeszcze dalej cienkie pasemko obłoków. Odwróciłem się do nich plecami i spojrzałem w wielką czarną  dziurę w porośniętej sosnami  skale. To jest bez wątpienia wjazd do tunelu Pitve. To stary i bardzo prymitywny tunel. Znałem to miejsce z opisów, a teraz tu  stoję i gapię się jak na malowane wrota z poczuciem odrobiny lęku i niepokoju. Pewnie za chwilę zapali się zielone światło - pomyślałem i trzeba będzie jechać. Czas się zbierać - powiedziałem do wszystkich.

Mroczno tu
To najważniejszy - ale nie jedyny - przejazd na południowa stronę wyspy. Wiem, że wystarczy skręt w prawo i wąska szutrowa droga wyniosłaby nas na grzbiety pobliskich gór, aby stamtąd serpentynami sprowadzić w dół do najbliższej wioski. Jestem pewien, że własnie taka droga tu jest, ale dzisiaj nie będziemy tego sprawdzać.  Tunel to tylko skrót, a dla takich ludzi jak my spora atrakcja turystyczna. Ciągle mamy czerwone światło - trzeba jeszcze czekać. Ruch w tunelu odbywa się tylko w jedną stronę - cierpliwości. Kiedyś nie było tu świateł, jeździło się więc tylko na czuja, to musiały być dopiero emocje. No, wreszcie ruszamy - jest zielone. Wewnątrz panuje ciemność, a przed nami tysiąc czterysta metrów jazdy. Mam wrażenie, że jesteśmy w ponurej, długiej i wąskiej jaskini. Nie ma tu więcej jak z dwa i pół metra szerokości, a zmieścić się może - tak na moje oko - tylko  jeden samochód. Snop światła reflektorów jest jedynym naszym przewodnikiem, chociaż przez chwilę migoczą przed nami czerwone światełka samochodu, który wjechał do tunelu pierwszy. To tubylec, wiec szybko oddala się, aż w końcu zniknął. Fascynująca, a chwilami odrobinę upiorna sceneria, jakbyśmy do piekieł jechali -  droga nierówna i trzęsąca, a ze ścian i  sklepienia wystają kawałki złowrogich skał. Wszystko w minutę się odmieniło, nawet powietrze stało się chłodne. W samochodzie zapanowała grobowa cisza, jakby nas zatkało. Dopiero w połowie drogi światełko odbite promieniem słońca z naprzeciwka, przyniosło nadzieję i ożywienie. O światełko, światełko - powiedziała Ela, jakby wróciła jej wiara, że jednak stąd się wydostaniemy. A żółta plama rosła  z każdą chwilą, aż w końcu ostry błysk słońca oślepił mnie na ułamek sekundy, byliśmy na skraju tunelu i wtedy przez moment zabolały mnie oczy.

Uprawy winorośli na południowych stokach
Przez sekundę, no może dwie - nic nie widziałem. Chwilę później ostre światło zniknęło tak szybko jak się pojawiło, a przed nami w oddali niebo zlewało się z morzem. Zielony dywan sosnowych lasów oraz winnych plantacji, z czerwonymi dachami najbliższej wioski, odsłaniał nowe oblicze wyspy. Niebo nad nami nieskazitelnie czyste, bez jednej chmurki. Jedziemy teraz ostro w dół.

Jaskinia nad zatoką w Zavali
Na pierwszym dobrze oznakowanym rozjeździe skręciłem w lewo, w stronę widocznych zabudowań. To niewielka wioska o nazwie Zavala. Robimy powoli zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w dół - pod nami domy, a jeszcze niżej błękitne morze. Około sto metrów za tablicą z nazwą miejscowości kolejny skręt, tym razem też ostro, ale w prawo. Przyszło mi do głowy, że lepiej w tym miejscu najpierw zatrzymać auto, a potem ostrożnie wykonać manewr. Ulica jest wąska, początkowo prowadzi wśród domów, a później wzdłuż dorodnych plantacji winorośli. Zgłupiałem i nie wiem za bardzo gdzie najlepiej zrobić przystanek, więc trzymam się głównej ulicy z nadzieją, że zobaczę jakiś dogodny plac do parkowania. Prowadzi mnie tylko intuicja i potrzeba ciągłego zbliżania się do morza. Jedziemy trochę na nosa, ale wszystko jest OK. No i wreszcie jest - zobaczyłem dobre miejsce, na tyłach dużego domu. To było to, czego szukaliśmy.

Dużo jest pięknych miejsc na południowym wybrzeżu
Do morza mieliśmy z pięćdziesiąt metrów. Wąskim przejściem pomiędzy parterowymi domami, zeszliśmy na skraj kamienistego brzegu. W ten sposób znaleźliśmy się w niezwykłym miejscu. Morska jaskinia, nad niewielką zatoką, dużo słońca, plaża i krystalicznie czysta woda. Dla takich ludzi jak my - to raj. Wszyscy, bez wyjątku byli zachwyceni. Zostajemy tu - powiedziała entuzjastycznie Ela. Kurcze, tu jest super - dodała po chwili. I miała rację. Jaskinia jest idealnym schronieniem dla ludzi i kilku niewielkich łodzi. Dla nas to naturalna strefa cienia, to wymarzone miejsce na wypoczynek. Wszedłem na niewielką skałę tuż obok i w oddali zobaczyłem idealnie wygięty żagiel łodzi, sunącej w stronę sąsiedniej wyspy. Spojrzałem w dół - Bożena i Andrzej byli już w wodzie, a pozostałe dziewczyny wylegiwały się na plaży. Dobrze jest, idę popływać - pomyślałem i zacząłem schodzić.

Plaża w Ivan Dolac
Chcemy dzisiaj zobaczyć trzy wioski południowego wybrzeża, więc musimy pożegnać plażę w Zavali i ruszać w dalszą drogę. Trzeba się zbierać, żeby nie zabrakło nam dnia. Taki jest plan. Żałuję, bo zostałbym tu do wieczora. Jedziemy teraz do Ivan Dolac - to tylko trzy kilometry dalej. Najpierw trzeba wrócić do rozjazdu tą sama drogą, a potem kierować się na zachód. Gdy szutrowa nawierzchnie zamieniła się w asfalt, auta wspinały się coraz sprawniej, a od żółtej tablicy informacyjnej droga była już prosta i prowadziła cały czas wzdłuż wybrzeża. Nad nami góry, pod nami morze i cudne krajobrazy w przedniej szybie samochodu. Zbocza z uprawami winorośli po prawej ręce  - są całe w słońcu, więc nie ma się co dziwić, że robi się w tu bardzo dobre wina. Przy wjeździe do wioski wyraźnie zwolniłem. Od początku rozglądam się za drogą do morza i jakiejś ładnej plaży. Jadę na wyczucie i muszę uważać żeby nie wpakować się w jakąś ślepą uliczkę, z której nie można by się wydostać. W końcu zdecydowałem, że najlepiej będzie jak skręcę w lewo, za wysokim domem, na końcu wioski. Bingo - to była dobra decyzja. Wąska uliczka prowadzi nas teraz, cały czas w dół, do morza.

Jest gdzie pływać
Parking i mały market blisko brzegu - czyli same dobre wiadomości. Kilka kroków niżej duża, ładna plaża, a nad nią stara rozłożysta sosna, co jak porządna parasolka daje dużo cienia. Chyba znowu mamy szczęście - pomyślałem To już jest kolejne urocze miejsce. Zostajemy tu. Dla mnie i dla Andrzeja najważniejsze jest pływanie, a tu plaża jest rewelacyjna. Czego, więc więcej chcieć? Po chwili obaj, płynęliśmy już w stronę otwartego morza. Uwielbiam takie chwile. Było przyjemnie na lekko kołyszącej fali i gdy odwróciłem się twarzą do wioski poczułem dziwny  niepokój. Nigdzie nie było dziewczyn - nie dawało mi to spokoju, więc postanowiłem wrócić na brzeg. W końcu nalazłem je po drugiej stronie plaży, przy stoliku w małej restauracyjce, w cieniu drzewa chlebowego. Tak, tak drzewa chlebowego, albo jak kto woli po chorwacku rogača. Rozbawione piły piwo i chichotały. Chyba nie powinienem im przeszkadzać - przeleciało mi przez myśl, to byłoby nie w porządku, niech robią co chcą.

Południowe wybrzeże wyspy Hvar
Czas biegnie szybko, a my chcemy jeszcze dzisiaj pojechać do Świętej Niedzieli (Sveta Nedjelja) - to kolejne pięć kilometrów wzdłuż wybrzeża. Połapałem tutejszą topografię i czuję się w terenie dość pewnie. Jazda sprawia mi coraz większą przyjemność. Bez problemów wyprowadziłem auta na właściwą drogę i ruszyliśmy w stronę nagich skał. Wiem też, że Andrzej radzi sobie tu doskonale i że zawsze mogę na niego liczyć - to jest ważne. Tu nie należny jeździć zbyt szybko i to nie dlatego, że jest niebezpiecznie, ale dlatego że jest pięknie. Warto napatrzyć się i delektować, a nie emocjonować przy podjazdach i na ostrych zakrętach. Po co mi  mgnienie - wspomnienie, gdy spełnia się marzenie. Czułem się wolny i szczęśliwy tym bardziej, że Ela była teraz obok mnie. Niebo jest tutaj czyste jak łza, słońce coraz silniejsze, a z drogi widać doskonale wyspy; Šćedro i Korčulę. Znam bobrze Korčulę od strony Orebicia, a teraz widzę ją od Hvaru - to inne spojrzenie. Coraz więcej wiem o dalmatyńskich wyspach, wszystko zaczyna mi się tu układać w całość.

Święta Niedziela - samotna sosna
W samochodzie panowała zupełna cisza, nie potrzebowałem żadnej muzyki. Patrzyłem uważnie na drogę i chyba się  do siebie w myślach  uśmiechałem, bo Ela zaczęła mi się przyglądać. Co ci jest - zapytała. Nic, jestem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy. A to z jakiego powodu - ciągnęła dalej. Z żadnego, są chwile kiedy jestem szczęśliwy i tyle, tak zupełnie bez powodu - odpowiedziałem. Aha, bez powodu - wiesz, że to jest fajne, tak bez powodu. No, jest. Uwielbiam z tobą rozmawiać, gdy jesteś szczęśliwy - dodała i uśmiechnęła się jak za starych dobrych czasów. Ona też chyba teraz była szczęśliwa.

Restauracja Bilo Idro
Jechaliśmy przez zielony, piniowy las, aż do wilii, która zagrodziła nam drogę. Ostry skręt w lewo przed domem i następny w prawo, odsłonił nagie wybrzeże na skraju wioski. Zobaczyłem białe skały i strzelisty klif. To wyjątkowo piękne miejsce. Bez trudu znaleźliśmy samotną sosnę na cyplu, tę o której opowiedział mi kiedyś Leszek i którą kiedyś widziałem na jakimś zdjęciu. To tu podobno odbywają się czasami popisy chłopców, którzy skaczą do wody z wysokiego murku, lub ze skały. Przechyliłem się i spojrzałem w dół, woda jest tu bardziej ciemnoniebieska niż gdzie indziej, tak ciemna, że prawie fioletowa. Nie skoczyłbym - pomyślałem. A może skoczyłbym - przeleciało mi, chwilę później przez myśl.  Sam już nie wiem.  Mimo woli spojrzałem na ponton, który  spokojnie kołysał się na środku zatoki. Dwaj ludzie szykowali się do zejścia pod wodę. Na moje zawołanie odpowiedzieli - o dziwo -  po polsku. Już wiedziałem o co chodzi - to płetwonurkowie ze Starego Gradu, z tej bazy obok, której przechłodziliśmy. Sorry, ale schodzimy w dół - powiedział jeden z nich i po chwili zniknęli w głębinach.

Sveta Nedjelja
Sveta Nedjelja jest małą wioską, położoną pod najwyższym szczytem - Sveti Nikola (626 m n.p.m). Rozsiadła się na stromym i skalistym południowym zboczu góry. Jej mieszkańcy zajmują się przede wszystkim uprawą winorośli, rybołówstwem no i turystyką. Do wioski można dojechać na dwa sposoby: z Jelsy przez tunel Pitve, tak jak my to zrobiliśmy lub z Hvaru szutrową drogą przez góry. Położenie wioski od strony otwartego morza, na południowym stoku powoduje, że nawet w najgorętsze dni czuć tu lekki orzeźwiający powiew wiatru, czego czasami brakuje w wioskach położonych od strony lądu.

Na południowej stronie
Jeden dzień na południowym wybrzeżu wyspy to za mało, to pobudzanie apetytu i w konsekwencji niedosyt. Może jedynie wystarczyć na tyle, żeby śniło się po nocach i żeby myśleć o powrocie w te strony. Zavala, Ivan Dolac i Sveta Nedjelja to miejsca, które polecam każdemu kto uwielbia: góry, morze, słońce i plaże w jednym miejscu. Powrót tutaj, chodzi mi po głowie cały czas. Kiedy? Nie wiem, ale kiedyś pewnie to zrobię. Gdy piliśmy wieczorem, na balkonie ostatni kieliszek wina ze Świętej Niedzieli widziałem, że wszyscy są zmęczeni. Mój umysł był jeszcze jasny, ale potrzebowałem odpoczynku, tak jak morze, góry i ukryte głęboko w nich wioski - potrzebowałem snu. Na koniec ustaliliśmy, że jutro każdy robi co chce - niczego nie planujemy. Spojrzałem na niebo z gwiazdami, wstałem od stolika, pożegnałem się i wyszedłem.

Ogrody Starego Gradu 
Od rana byliśmy z Elą w dobrym nastroju, ale wisiało nad nami widmo nadchodzącej nudy i tego się bałem. Tak się nie da, coś trzeba z tym zrobić - byliśmy zgodni. A jak ty się czujesz, kotku - zapytałem. Cudownie, a jak myślałeś, że będę się czuła? - odparła. Pytam, bo może byśmy się gdzieś przeszli, nie wiem czy masz ochotę? - powiedziałem z nadzieją, że sprawię jej przyjemność. Geniusz, no po porostu geniusz, jak ty na to wpadłeś - podśmiewała się trochę ze mnie. No oczywiście, że spacer jest najlepszy na wszystko. Ale nie mów nikomu - musimy być sami, będziemy tylko ty i ja. To taka nasza tajemnica. Dobrze - przytaknąłem. Idziemy  tylko we dwoje.

Moja ulubiona droga -  z równiny prosto w góry
Tak się rozkręciliśmy, że poniosło nas, aż na obrzeża miasteczka. Wyszliśmy na skraj rozległej, zielonej równiny po wschodniej stronie Starego Gradu. To są pola uprawne, które podobno niewiele zmieniły po względem kształtu od czasów greckiego panowania. To tradycyjne uprawy winorośli, lawendy i ogrody oliwne, pola często grodzone kamiennymi murami z  bramami na drewniane wrota. To jedyna taka równina na całej wyspie. Stąd spojrzenie na miasto i jego otoczenie jest zupełnie inne, niż od strony morza. To przyjazne, ładne i łagodne miejsce.

Kościółek św. Łucji
Powoli weszliśmy w Vukovarska cestę, która ciągnie nas z powrotem do miasta. Cisza tu i spokój. Okazuje się, że peryferia też mają swoje tajemnice, perełki, które historia tworzyła przez setki lat, zasłonięte przez naturę, a nawet zapomniane przez człowieka. Tak jest i tym razem. Wśród dorodnych cisów, po lewej stronie ulicy w otoczeniu plantacji winorośli zobaczyłem malutki kościółek - skromny i niepozorny. Niewiele brakowało, a przeszlibyśmy obojętnie - dalej. Ze zwykłej ciekawości otworzyłem niewielką furtkę w kamiennym murze i weszliśmy do środka. Zapachniało historią. Nad wejściem jest figura Chrystusa z piętnastego wieku, a kościółek jest cząstką spalonego przez Turków klasztoru dominikańskiego. Podobno istnieje w tym miejscu tradycja palenia ognia ofiarnego, w dniu jego patronki świętej Łucji. Dzieje się tak zawsze 13 grudnia każdego roku, a  przy okazji miejscowe dzieci obdarowywane są cukierkami w skarpecie. Informację o przeszłości tego miejsca znaleźliśmy na tablicy, przymocowanej do frontowej ściany. Taka oaza spokoju.

Peryferia miasta
O twierdzy Petra Hektorovica, wiedzieliśmy od samego początku. Świadomie zostawiliśmy ją sobie, na taki dzień - jak dzisiaj. Od kościoła świętej Łucji szliśmy wolnym krokiem w stronę miasta, z zamiarem znalezienia tego miejsca. Do celu doprowadziła nas ulica Braci Biankini. Weszliśmy od strony poczty, na rozświetlony słońcem, duży plac z pomnikiem Hektorovica po przeciwległej stronie. Budynek twierdzy nie jest imponujący i nie powala na kolana,  ale dla kogoś, kto wie co jest w środku to gratka - niezwykła atrakcja.  Świadomie lub nieświadomie, wchodzi się na ścieżkę odkrywania tajemnic historii i myśli ludzkiej, niezwykłego człowieka i poety czasu  renesansu. Warto tu wejść, nie ma co się, zastanawiać.

Uliczki Starego Gradu
Już po przekroczeniu progu dotarło do mnie, że jestem w innej niż dotąd przestrzeni, że wchodzę w nieznany i tajemniczy układ, że to wymiar mikroświata stworzony na potrzeby spokoju ludzkiej duszy. Czułem jak każdy krok, oddala mnie od cywilizacji i prowadzi ku przeszłości. Od tej pory już tylko ciekawość była moją przewodniczką.

Tvrdalj - twierdza Hektotovica
Petar Hektorović poeta, pisarz i architekt, ojciec literatury chorwackiej, żył i pracował w tym mieście na przełomie piętnastego i szesnastego wieku. Kiedyś popłynął z tutejszymi rybakami na kilkudniowe połowy koło wyspy Brać i Lostovo. Na tej kanwie powstał jego największy i najbardziej znany poemat "Połów ryb i rozmowy z rybakami". Do tej pory przetrwały także jego listy z tamtych czasów oraz oryginalne tłumaczenia literatury klasycznej. Pozostała także twierdza, zamknięta przestrzeń i specyficzny mikroświat w samym środku starego miasta. Dużo tu rożnych sentencji rytych i rzeźbionych w kamiennych płytach po łacinie i po włosku. Zaczyna się już od toalety, tuż przy wejściu - "si te nosti cur superbis" czyli "pomyśl kim jesteś i z czego możesz być dumny". Nie wiem czy to zwykły zbieg okoliczności, czy może jakieś szczególne przesłanie dla korzystających z szaletu, ale tak czy siak - podoba mi się. Dalej też jest ciekawie: na północnej ścianie stawu, zobaczyliśmy "memorare novissima" czyli "pamiętaj za czym podążasz", a na przeciwko "respice quod salvant nec opes nec gloria mundi non decor aut aetas mors quia cuncta rapit" co oznaczać może " pamiętaj, że nie zatrzymasz bogactwa, sławy, urody i młodości przed śmiercią, ona zabiera ci wszystko", zaś ze wschodniej strony "nihil occultum" w tłumaczeniu "nie mamy nic do ukrycia", no i od zachodu "connventibus virtute et genio" słowa, które w wolnym przekładzie mogą znaczyć tyle co "tworząc, połącz; cnotę i geniusz". Im dalej idziemy do wnętrza, tym więcej tu cienia i przyjemnego chłodu. Niezwykle miejsce. Tu najpierw przychodzi do człowieka zdumienie, potem zastanowienie, aż w końcu musi nadejść refleksja. I o to tu chyba chodzi. A co kogo zdumiewa, kto nad czym się zastanawia i jak głęboka jest jego refleksja to już zupełnie inna sprawa - najpewniej osobista i indywidualna.

Zakątki twierdzy
Niezwykły jest staw z rybami na dziedzińcu. W przeźroczystej mieszaninie morskiej i źródlanej wody pływają niewielkie barweny, a do lustra można podejść schodząc po kamiennych schodkach. Usiadłem na chwilę w tym miejscu i zrozumiałem, że wszystko jest poza mną: jestem teraz, jestem tu i jestem tylko ja. To azyl, a czas utracił swoją wartość, nie istnieje, zatrzymał się w miejscu. Byłem świadom, że siedzę obok własnego cienia i jest mi z tym dobrze. Genialnie wymyślił to Hektorović. Filozofia jego życia jest zamknięta w przestrzeni mikrokosmosu o wyjątkowej urodzie stworzonej dla ludzi, ptaków, ryb i roślin  - takie zresztą było jego założenie. Tworzył to wszystko także dla siebie, ale nie był egoistą, cenił przyjaźń i potrzebę niesienia pomocy innym, czego dowodem są pozostawione tu napisy "pro itinerantibus" i " pro pauperibus"  - dedykowane podróżnym i ubogim.

Zaczarowane miejsce
Harmonia w tej przestrzenie jest źródłem wszechobecnego i kojącego spokoju. Tu wszystko się łączy - panuje stan permanentnej  równowagi. Dotyczy to także niezwykłego ogrodu, gdzie drzewa, krzewy i kwiaty znaczą nie mniej niż kamienne mury. Wypełniają przestrzeń w sposób uporządkowany, ale z odrobiną chaosu. Ciasne zielone pnącza tworzą w części ogrodu baldachim, pod którym można skryć się od słońca, albo wyjść  kamiennymi schodami w stronę światła. To własnie tutaj podobno przed wiekami, odbywały się spotkania, na których Hektorović czytał swoje poematy. Być może tak było - pomyślałem, gdy spojrzałem na Elę, która stanęła przy marmurowym blacie wielkiego stołu na środku ogrodu, zerknęła na mnie spod ronda kapelusza, położyła kolorowy przewodnik przed sobą i zaczęła cichutko mówić z pamięci "Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny", a po chwili znowu...... "Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy". I tak to w magicznym ogrodzie, na dalmatyńskiej wyspie, przypomniała nam się nasza ulubiona Szymborska.  Dzięki Eli.

Kościół św. Jerolima
Niby wszyscy chodzili dzisiaj, swoimi ścieżkami: ja z Elą, Andrzej z Bożeną, Krysia z Ireną, a i tak się zeszliśmy. Pewnie tak musiało być. Na promenadzie czekał na nas nie zarezerwowany stolik i nie umówiona kawa. Zlecieliśmy się bez słowa, jak ćmy w jedno miejsce. Chyba  jednak jesteśmy na siebie skazani - przeszło mi przez myśl, gdy z daleka zobaczyłem Bożenę. To był nasz ostatni dzień w Starym Gradzie, jutro po śniadaniu wyjeżdżamy.

Stary Grad - zatoka
Pakowanie, pakowanie - nie cierpię pakowania. Dzisiaj opuszczamy wyspę. Przed wieczorem trzeba dojechać do Mostaru, a tam czeka na nas zarezerwowany hotel. Po drodze musimy jeszcze wpaść na wodospady Kravice, zajrzeć na chwilę do Medziugorie, zwiedzić stare otomańskie miasto Pocitelj i posiedzieć trochę w miejscu, gdzie rzeka Buna wypływa spod wielkiej skały. To trochę ambitny plan, ale da się zrobić na spokojnie pod warunkiem, że odpłyniemy promem około dziewiątej. Żadnego gonienia na łeb na szyję - mimo wszystko, mamy przecież jeszcze sporo czasu.

Droga do Sucuraj
Jestem kontent - pochwała dla wszystkich, od rana żadnych zgrzytów, ani biegania na ostatnią chwilę. Jest OK. Żegnamy plażę, zatokę, hotel i miłych ludzi z recepcji. Ela sprawdziła łączność na walkie-talkie i w końcu ruszamy. Mamy prawie dwie godziny, aby spokojnie przejechać sześćdziesiąt kilometrów do Sucuraj. Stąd płyniemy do Drvenika. Droga jest dobra - raz lepsza, raz gorsza, ale nie ma powodów do narzekania. Piniowe lasy ciągną się tu kilometrami, zdobiąc wznoszące się jeden obok drugiego pagórki.  Zrobiłaś zdjęcia? - spytałem Elę, gdy zobaczyłem Góry Biokowo po drugiej stronie cieśniny. Nie, nie mogłam, jedziesz za szybko, a poza tym szyby są brudne - odpowiedziała obojętnie i bez emocji.  Nie robię ci przecież z tego  żadnego zarzutu,  masz rację, brudne to brudne - odpowiedziałem. Przyszło mi jednak do głowy, że chyba niepotrzebnie pytałem, bo coś tam pstrykała, niby od niechcenia, ale pstrykała. Wreszcie pojawiła się tablica z napisem Sucuraj. Byliśmy blisko celu. Droga do portu promowego jest dobrze oznakowana, tu nie można się zgubić. Poczułem się pewniej gdy spojrzałem w lusterko i zobaczyłem, że Andrzej jedzie tuż za mną. Mamy jeszcze sporo czasu dla siebie, wszystko idzie zgodnie z planem. 


cdn. 

W czwartej (ostatniej ) części - droga powrotna, wracamy do domu.


4 komentarze:

  1. Również uwielbiam podróże, Chorwacja jest też moim ulubionym krajem ;)
    nikoliza.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie miejsca Wam się najbardziej spodobały?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pałac Hektorovica to miejsce, gdzie czas stanął w miejscu, a mimo tego, albo właśnie z tego powodu, można by tam zostać na zawsze ;)

    OdpowiedzUsuń