sobota, 4 marca 2017

Sycylia (cz.III.) Taormina i Mesyna

Dwie rzeczy ciągnęły mnie do Taorminy: chciałem zobaczyć słynny teatr grecki i pochodzić uliczkami, którymi chadzał kiedyś Iwaszkiewicz, autor mojej ulubionej Brzeziny i Panien z Wilka. Do tej pory pamiętam te jego słowa - które gdzieś tam, kiedyś przeczytałem - o cudnym miasteczku zawieszonym między niebem a morzem ..............  „Kiedy słyszę słowo Taormina oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie”* Czyż może być więc lepsza rekomendacja i powód wyjazdu do Taorminy? To chyba najlepszy ze wszystkich pretekstów jaki mogłem sobie kiedykolwiek wymyśleć. Zresztą  - Ela też jest tym pomysłem zachwycona. 

Wjazd do Taorminy




Na mapie, Taorminę zawsze znajdziemy w tym samym miejscu - pomiędzy Katanią, a Mesyną. Rozłożyła się leniwie na malowniczym zboczu Monte Tauro, z pięknym widokiem z jednej strony na Etnę, a z drugiej na błękitne wody morza Jońskiego. Z Katanii to niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Można wybrać się tu pociągiem, albo autobusem - dla chcącego nic trudnego.

Parking Lumbi





Z nadbrzeżnej Via Nazionale wjechaliśmy w wąską serpentynę, która wynosiła nas coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie dotarliśmy do parkingu Lumbi - przy Via Mario e Nicola Garipoli. Myli się ten kto sądziłby, że to koniec podróży do Taorminy. Nic bardziej błędnego. Żeby dostać się do wnętrza miasteczka trzeba przesiąść się tu w mały pomarańczowy, rozklekotany autobusik, a potem wystarczy już tylko trzymać się dobrze czegokolwiek, by przy akompaniamencie wyjącego silnika i niezapomnianych emocji, wjechać - wijącą się w górę - Viale S. Pancrazio na Piazza S. Pancrazio, tuż przy kościele o tej samej nazwie. Wszędzie Pancrazio aż dziw bierze, dlaczego to miasteczko nazywa się Taormina, a nie Pancrazio - przeszło mi przez myśl, gdy tylko autobus się zatrzymał. Kierowca perfekcyjnie cofnął i zaparkował na niewielkim placyku, otworzył rozsuwane drzwi i coś z grymasem na twarzy burknął pod nosem, tak jakby chciał powiedzieć - idźcie już sobie, no idźcie. To był nasz koniec drogi do  Taorminy, byliśmy wreszcie na  miejscu, a ja cieszyłem się jak dziecko. Gdy tylko wysiadłem, zapomniałem nawet o dziwacznym zachowaniu szofera. Ela podała mi rękę i poszliśmy przed siebie.

Viale S. Pancrazio




Spojrzałem na plan miasteczka, a potem na zegarek i już wiedziałem, że czasu na delektowanie się Taorminą to my za dużo  nie mamy. Bez sensu byłoby jednak dać się ponieść wariactwu biegania i zaliczać na siłę wszystkie atrakcje z przewodnika. Niczego nie będziemy robić - ani prędzej, ani szybciej. Mamy na wszystko cztery godziny,  no i może jeszcze jakąś niewielką rezerwę, więc zrobimy sobie z tego po prostu przyjemny spacer  -  i tyle. Po co się spinać - szkoda nerwów. Może kiedyś, kiedyś indziej przyjedziemy tu jak Iwaszkiewicz na kwitnienie migdałów i posiedzimy aż do czasu opadania  ich białych płatków. Godzinami wtedy będziemy spacerować, popijać kawkę i poznawać miejscowych. A teraz, teraz usiedliśmy  na chwilę, na kamiennym murku w cieniu, pod różowym oleandrem, wypiliśmy po kilka łyków wody i bez słowa, bez pośpiechu ruszyliśmy na zwiedzanie.


Balkony przy Corso Umberto





Nie wyważaj już dawno otwartych drzwi - pomyślałem, układając sobie w głowie, plan naszego spaceru. Wiedziałem, że najstarsza część miasta od północy i od południa zamknięta jest starymi bramami. I to był klucz do całej sprawy - w tę stronę trzeba było pójść. Spojrzałem więc w lewo i bez trudu odnalazłem - pomiędzy dwiema odrestaurowanymi kamienicami - fragment muru z przejściem zwieńczonym kamiennym łukiem. To jest właśnie Porta Messina - jedna z tych bram. Po przeciwnej stronie, długiej i cienkiej jak włoski makaron ulicy o nazwie Corso Umberto, znajduje się jej bliźniaczka Porta Catania, a w połowie drogi - przy Piazza IX Aprile - Porta di Mezzo. Plan był więc prosty, jak ta ulica, którą teraz powinniśmy byli pójść.
- Wiesz, co? Nie będziemy się chyba wygłupiać, przejdziemy się tą ulicą do samego końca, w drodze powrotnej przysiądziemy na kawkę w jakiejś miłej knajpce, a na koniec pójdziemy jeszcze do tego słynnego greckiego teatru - zaproponowałem w pewnej chwili.
Ela spojrzała na mnie ze zrozumieniem, uśmiechnęła się i kiwnęła głową na tak. Powoli wchodziliśmy w gęstniejący tłum płynący w jedną i druga stronę wąskiej ulicy. Nie było w tym jednak jeszcze nic klaustrofobicznego i w duchu miałem nadzieję, że tak się nie stanie.

Świat małych, bocznych uliczek







Z autobusu - jadąc do Taorminy - widziałem na wzgórzach małe, kolorowe domki, a naturalna zieleń, czerwone dachy i pastelowe ściany tworzyły piękne obrazy, takie co wabią i nęcą  każdego kto ciekawy jest innego świata.
- To doskonałe miejsce dla ludzi wrażliwych na piękno i sztukę, szczególnie pasjonatów fotografii i malarstwa - tak mi przeszło przez myśl.
Teraz jednak jesteśmy już tutaj, w samym sercu miasteczka  - w perspektywie face to face. To inne spojrzenie. Wszystko na wyciagnięcie i dotknięcie ręki. Idziemy, idziemy, idziemy - w dobrym kierunku, w dobrym nastroju i w słońcu przy zupełnie bezchmurnym niebie. Idziemy w nadziei na dobry dzień. W prawo od placu wspina się w górę dosyć szeroka Viale S. Pancrazio, ulica, która dzisiaj nas w ogóle nie interesuje. Za to przed nami  -  na wprost -  jest wreszcie  Porta Massina. Jesteśmy na miejscu, początku naszej drogi.

Wszędzie kwiaty





I tak znaleźliśmy się na Corso Umberto wąskiej i trochę przyciasnawej uliczce, przeznaczonej wyłącznie dla pieszych. To podobno kultowe miejsce w Taorminie - jak się już tu jest, to trzeba tu być, tak mawiają znawcy tego miejsca. To przyjemna wędrówka od bramy do bramy - od Porta Messina do odległej Porta Catania. Puki co, wokół sklepy jubilerskie z markowymi ciuchami, a to wszystko w stylowych i wiekowych kamienicach. Blichtr i komercja. To mnie męczy, nie lubię tego, ale godzę się z tym, bo nie mam innego wyjścia. Dopiero na Piazza Vittorio Emanuele poczułem szlachetnego ducha tego miasta, dopiero widok kościoła Santa Catherina i Palazzo Corvaja nadaje prawdziwy sens mojej obecności w tym miejscu. Od razu lepiej się poczułem, nareszcie jest to, czego szukam. Mury sprzed sześciu stuleci - to to, co naprawdę mnie bierze, dotykam dłonią chłodnej kamiennej ściany  i od razu wraca mi humor.  Potem opieram się o nią  plecami i czuję, że tu właśnie tu przez wieki pisała się prawdziwa historia. To jest to, o co mi chodzi.

Hafciarka na Corso Umberto






Co chwilę zadzieram głowę do góry. Nad nami ciągną się jeden za drugim -  kolorowe balkony. Najczęściej zadbane, pełne kwiatów, rzeźb i ciekawych kompozycji. Są jakby nieodzowną częścią frontowej ściany każdej stylowej kamienicy. Niczym kwiatek w butonierce przystojnego mężczyzny. Wyglądają, tak jakby ciągle stawały do konkursu - który piękniejszy. Bałem się tłumu, ale chyba niepotrzebnie, wokół słychać tylko rozmowy: ciche spokojne, szeptane, kurtuazyjne, z uśmiechem, przyjazne i okazjonalne. Ludzie idą, czasami przystają na pogaduszki, albo zagubieni o coś pytają, wędrują w jedną lub w drugą stronę. Niezwykłe fasady kamienic, kamienne schodki, boczne uliczki, sklepiki, kawiarnie, cukiernie i restauracje ze stolikami a zewnątrz - to prawdziwy obraz Corso Umberto.

Same słodkości






Ela zawsze uwielbiała poezję. Ma dobrą pamięć i czasem cytuje - a to z tego, a to z tamtego - jakieś fajne kawałki. To miłe, polubiłem to. I pewnie dlatego, jak gdzieś jedziemy - zawsze szuka poetyckich nastrojów. Czasem znajduje je, a czasami nie. Ostatnio tak było w leśniczówce Pranie, cudownym miejscu - jej ulubionego Gałczyńskiego. Zaś innym razem w drodze do Kazimierza, musieliśmy wstąpić do Czarnolasu - do dworku Kochanowskiego. Tak to już jest z tą Elą. Zawsze jest wniebowzięta, gdy odwiedza takie miejsca. Ku mojemu zdumieniu tak było i tym razem. Zaskoczyła mnie zupełnie. Gdy tylko kelner podał nam kawę i  zostawił samych przy stoliku na tarasie z pięknym widokiem na morze, ona nagle ni to do mnie, ni do siebie wyszeptała ciepłym, aksamitnym  głosem...... 
        Na urwisku prostopadłem,
Na uciętych skał marmurze,
        Ponad modrych mórz zwierciadłem
Taormina błyszczy w górze.
- Znasz to? - zapytała rozpromieniona.
- Nie, nie mam pojęcia - odpowiedziałem z rozbrajającą szczerością.
- A widzisz, nie masz pojęcia, bo wydaję ci się, że to tylko Iwaszkiewicz tu bywał, a tak wcale nie jest - dodała w tonie zjadliwego pouczenia. 
- To z Asnyka, z Asnyka mój drogi, on także znał to miejsce, a do tego zostawił po sobie piękny wiersz - powiedziała, tym razem już przyjaznym tonem. Uśmiechnęła  się i spojrzała mi  prosto w oczy.


Widok na Etnę




Byliśmy w połowie drogi, ciągle na  Corso Umberto. Tu ulica łączy się z kameralnym - i podobno najładniejszym - placem Taorminy. To Piazza IX Aprile, z małym kościółkiem Sant’Agostino i okazałym kościołem San Giuseppe, ze schodami, wieżą zegarową i niezwykłym tarasem widokowym, z którego rozciąga się panorama od wybrzeża aż po Etnę. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie było pośpiechu.  Przed nami teraz droga do Porta Catania i z powrotem do Porta Mesina, a na koniec - tak jak się umówiliśmy - do Teatro Antico.

Dawny kościół Sant Agostino










- Piękny widok, chodź popatrzymy trochę, nie ma co się spieszyć - powiedziałem jakby od niechcenia i ruszyłem w stronę barierki na skraju placu od strony morza.
Ela podała mi rękę i szliśmy tak sobie razem.  Pod nami była  tylko jedna ulica - to Via Roma, a jeszcze niżej  pionowa, skalna ściana i cudowny widok na zatokę z mrowiem białych żagli i tnących fale  łodzi motorowych, a jeszcze dalej wysunięty w głąb morza zielony cypel i kolejna zatoka z żółtą plażą. W prawo od linii brzegowej za oliwnymi gajami teren, zaczyna się najpierw łagodnie wznosić, potem piąć  coraz śmielej i wyżej i tak aż do czarnego stożka wulkanu, który  dominuje nad całą okolicą. 
- Już wiem dlaczego ludzie tu przyjeżdżają - odezwała się w pewnej chwili Ela.
- Ja też chyba wiem - dodałem. A potem przez dłuższą chwilę milczeliśmy. Tylko rozbrykane dzieciaki za naszymi plecami, wariowały bawiąc się w ganianego.  A my tak staliśmy zupełnie wyciszeni  i patrzyliśmy sobie  na Etnę.

Kościół San Giuseppe







- Idziemy, chodź idziemy, już czas  - szepnąłem Eli do ucha i odwróciłem się w stronę kościoła. Obok słynnej Wünderbar Café przeszliśmy przez bramę Porta di Mezzo, a potem obok pięciogwiazdkowego hotelu Metropole ruszyliśmy, wolnym krokiem aż do Vico Venezia i Vico Sacramento. Słońce zaczynało coraz bardziej dokuczać, więc przeszliśmy na  zacienioną stroną ulicy. Tak dobrnęliśmy w pobliże  Piazza Duomo.

Katedra św. Mikołaja










Usiedliśmy na chłodnych, kamiennych ławach przy ścianie katedry od strony ulicy. To dobre miejsce na chwilę odpoczynku. Gdy je z daleka wypatrzyłem, ławy były jeszcze puste, a teraz ku mojemu zdumieniu zapełniały się i co chwilę ktoś się ciągle dosiadał. Było mi to jednak zupełnie obojętne. Na moment  przymknąłem powieki i zapomniałem o całym bożym świecie. Dopiero gdy Ela szturchnęła mnie pod żebra, poderwałem się raptownie zupełnie zdezorientowany.
- Ty, no nie bądź taki raptus, wyluzuj trochę, żartowałam - zaczęła chichotać. Zgłupiałem, bo chyba wyrwała mnie z jakiegoś snu. Tak, tak to był sen, po prostu zasnąłem. I nawet jeszcze wtedy, gdy kontem oka zobaczyłem dużą fontannę na środku placu rozświetlonego gorącym słońcem, nie  byłem pewien - czy to może jeszcze jakieś mary, czy już bardziej jawa.  Pomyślałem, że tu chyba tylko Ela jest realna. I to jedynie dawało mi wiarę, że wszystko jest ze mną w porządku.
- No sorki, sorki, nie chciałam cię wystraszyć - zaczęła się przymilać. Spojrzałem na nią z góry i wtedy zacząłem powoli wracać do rzeczywistości.
- No dobrze, już dobrze, chodźmy już - odpowiedziałem. Wstała i poszliśmy w stronę kamienicy, w której była apteka.
- Niezłe miejsce do robienia  zdjęć -  zagadnęła w pewnej chwili.
- No tak, chyba niezłe - odpowiedziałem zdawkowo.
Usiedliśmy obok fontanny, a ja natychmiast zacząłem bawić się aparatem. Katedra doskonale mieściła się w kadrze, było dużo dobrego słońca, więc zrobiłem  kilka zdjęć. Ta trójnawowa świątynia z ciekawą kamienną fasadą i rozetą nad głównym portalem, pochodzi z prawdopodobnie końca trzynastego wieku. Pstryknąłem jeszcze raz czy dwa i zorientowałam się, że na placu zbiera  się coraz więcej ludzi, że w  ciszę wkrada się coraz większy zgiełk. Trzeba już chyba stąd  iść - pomyślałem. I poszliśmy.


Przy Corso Umberto






Kwadrans później byliśmy już na Via Sesto Pompeo, tuż za Porta Catania. Nasza droga - w tej części miasta -  skończyła się, czas wracać. Teraz idziemy, więc  na Via Teatro Greco. To   ulica, która poprowadzi nas w głąb odleglej historii - aż do  czasów starożytnej Grecji. Póki co, przyglądam się ludziom i jakoś wydaje mi się, że umiem już odróżniać miejscowych od przybyszy. Lubię ludzi, lubię na nich patrzeć, a czasami  nawet zgadywać - kim są. I pewnie dlatego znowu przypomniał mi się Iwaszkiewicz, który zawsze miał dużo  czasu na długie spacery, pogawędki, przygodne rozmowy i ciągle nowe znajomości. To tego właśnie najbardziej mu zazdroszczę. No, ale pewnie jego czas był spokojny i leniwy, a nasz niestety zupełnie inaczej - ciągle pospieszny. Błądzić i błąkać się beztrosko wśród wąskich uliczek, to takie skryte, moje marzenie.
Teatr Grecki


Z Corso Umberto, tuż przy Piazza Vittorio Emanuele, skręciliśmy w prawo - w stronę teatru greckiego. To najbardziej znany i najstarszy zabytek Taorminy i jeden z najsłynniejszych na Sycylii. Wykuty w skale w epoce helleńskiej, a następnie przebudowany przez Rzymian i dostosowany także do walk gladiatorów. Położony wysoko, bo około 250 metrów nad poziomem morza sprawia, że panorama rozciągająca się z widowni i stanowiąca jednocześnie naturalną scenerię teatru, zaliczana jest do najpiękniejszych w Europie. W ten sposób, tłem dla spektakli stają się  fragmenty Morza Jońskiego, wysoka pod samo niebo Etna, a także okoliczne domy i wzgórza. Spektakle wieczorne i nocne bywają chwilami okraszone błyskiem ognia, z krateru wciąż żywego wulkanu.







Ela jest rozpromieniona i zachwycona, bo widzi teatr żywy, wymyślony  - jak to powiedziała - chyba przez geniusza. Teatr fenomenalny i zjawiskowy.  Usytuowany w cudownym miejscu - pomiędzy prześliczną zatoką,  a groźnym wulkanem. Stworzony ponad dwa tysiące lat temu, ciągle tu jest. I to też jest fenomen.  Teatr jest duży, w średnicy spokojnie na ponad sto metrów i jak sadzę może  pomieścić kilka, albo nawet  i kilkanaście  tysięcy ludzi. Wyniesiona wysoko widownia z murami w kształcie półokręgu, przenosi nas od razu w antyczne czasy. Nie jest tu dzisiaj tłoczno, więc mamy sporo swobody. Przeszliśmy najpierw po doskonale zachowanej koronie, wzdłuż murów okalających widownię, a potem wolnym krokiem zaczęliśmy schodzić środkowymi schodami w stronę proscenium. Przed nami, na wprost wielka Etna. Minęliśmy drewniane ławy, a potem rzędy kamiennych stopni, aż w końcu doszliśmy na sam dół, do konstrukcji z czasów zupełnie najnowszych, na której zamontowano z pół tysiąca białych, plastikowych krzesełek. Usiadłem, a Ela zaraz tuż obok mnie. Można by tak siedzieć tu bez końca, ale my daliśmy sobie jedynie kwadrans. Kwadrans w ciszy i spokoju. Tylko tyle i aż tyle.

Panorama z murów teatru




Żal żegnać się z tym miejscem, ale cóż nie ma rady, dzień powoli dobiega końca, a przed nami jeszcze kawał drogi. Tak to już jest, wszystko ma swój początek i swój koniec. Trzeba się zbierać.
- Wątpię, żebyśmy mogli jeszcze dzisiaj zatrzymać się w Mesynie, to chyba bez sensu - powiedziałem do Eli, spoglądając ostatni raz na wielki wulkan.
- No, chyba bez sensu - przytaknęła
- To co, idziemy? - zapytałem. - Chodź, idziemy - odpowiedziała.


Na placu Pankracego


Zupełnie bez pośpiechu wróciliśmy z powrotem na Via Teatro Greco i pośród sklepików z pamiątkami, szliśmy do znanego nam już miejsca przy Porta Messina. O dziwo ulica była wolna od tłoku. Sprzedawcy bez szczególnej nachalności, zapraszali nas do siebie jedynie uśmiechem. Więc tak szliśmy przed siebie zupełnie beztrosko i na całkowitym luzie. To był miły i przyjemny spacer. Nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się na placu Pankracego. A to znaczy tylko tyle, że nasz spacer po Taorminie dobiegł końca.

Drogi na Sycylii



Za pierwszym zakrętem, przy zjeździe z górnej części miasta, zobaczyłem cudowną panoramę. Pod nami błyszczały wody morza Jońskiego, zamknięte od strony lądu  niezwykle piękną zatoką z żółtymi plażami. Widok zapierał dech w piersiach. Ostrożnie zjeżdżaliśmy w stronę autostrady, a drogowskazy prowadziły nas wprost do rozjazdu Catania - Messina. Byłem coraz  spokojniejszy, wszystko szło jak należy. Po kwadransie Ela lekko zaczęła przysypiać. Obudziła się dopiero koło Mesyny.

Cieśnina Mesyńska






Wiedziałem, że nie możemy się tu dzisiaj zatrzymać i że ze zwiedzania będą nici. Nic na to nie poradzę, po prostu mamy  zbyt mało czasu. To mnie jednak jakoś nie przeraziło. Pomyślałem, że  i tak tu wrócimy, tylko  innego dnia. Mamy przecież doskonałe połączenie kolejowe z Cefalu. Byliśmy wczoraj na dworcu i sprawdziliśmy rozkład jazdy. Ela natychmiast mi przytaknęła i od razu poprawiły nam się humory. Jest wiec dobrze - pomyślałem.

Bliżej Mesyna, dalej Reggio di Calabria





Skoro jesteśmy jednak koło Mesyny, to może warto choć przez chwilę spojrzeć na cieśninę - przeszło mi przez myśl. Przecież zawsze chciałem zobaczyć włoskiego buta. To od dawna było moje marzenie. Od kiedy tylko po raz pierwszy - a było to w dzieciństwie - zobaczyłem na mapie tę koślawą girę przyrzekłem sobie, że kiedyś tam pojadę, żeby sprawdzić - jak to jest. No to co, raz kozie śmierć - coś trzeba z tym zrobić. Decyzja zapadła w jednej chwili - odwrotu już nie ma. Na wysokości mesyńskiego portu autostrada odbija w lewo i zanim wbije się tunelem w wielka górę, po jej prawej stronie jest dogodny zjazd, na dość duży parking. Stąd widać miasto, cieśninę i przeciwległy brzeg jak na dłoni. Doskonałe miejsce. Tu Sycylia, a tam już Kalabria. Przed nami, w dole pomalowana na niebiesko przestrzeń trzech kilometrów pomiędzy dwoma zielonymi brzegami. Widzę nareszcie czubek włoskiego buta. Doczekałem się.


* - Jarosław Iwaszkiewicz

cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz