sobota, 6 grudnia 2014

Opolszczyzna (cz.II.). Moszna - najpiękniejszy zamek w Polsce.

Zamek w Mosznej - 40 kilometrów na południe od Opola.
..................................................................................................................................................................
Z zamku w Rogowie Opolskim wyruszyliśmy kwadrans po dziesiątej. Do Mosznej mamy stąd około dwudziestu kilometrów. Najpierw bez pośpiechu, parkową dróżką dojechaliśmy do wąskiej asfaltówki na Gwoździce, a dwa kilometry dalej - za wsią - wpięliśmy się ponownie w drogę numer 45. I tak dociągnęliśmy, do dużego ronda koło Krapkowic. Tu pierwszym zjazdem w prawo, ruszyliśmy - na Steblów i dalej na Dobrą. To właściwy kierunek. Wiem, że w Dobrej jest neogotycki zamek - z dziewiętnastego wieku. To ciekawy temat i dobry pretekst żeby się tam zatrzymać - choćby na chwilę. Dogadaliśmy się w tej sprawie - bez słowa. Na prowizorycznej bramie przed zamkiem - najważniejsza była jednak duża kłódka. Zorientowałem się, że trwa tu permanentny remont, a teren wokół zamku jest niedostępny. Szkoda. Przez duże oczka w ogrodzeniowej siatce, zobaczyłem imponującą fasadę neogotyckiej rezydencji. Dla tej jednej chwili, też warto było tu przyjechać. 
Zamek w Mosznej.
Już za wsią Zielina  - ponad koronami drzew, po prawej stronie drogi  - można zobaczyć strzeliste końce zamkowych wież. To znak, że jesteśmy blisko celu, ale i to, że budowla  jest imponująca. Dojazd jest dobrze oznakowany -  nie można tu więc zbłądzić. Przyznaję, że nie jestem tu pierwszy raz. Zawsze jadę do zamku z wielką przyjemnością. Dzisiaj jest piękny dzień - to majowe przedpołudnie. Moszna jest urocza latem, śliczna jesienią, cudowna zimą,  ale najpiękniejsza jest w maju, gdy słońce jest jeszcze miękkie, wiatr delikatny, a zieleń najbardziej soczysta. Najlepiej zamku wypatrywać, idąc pieszo od strony kościoła lub od alei dębowej. Najpierw zobaczymy, fragmenty strzelistych wież i kawałki czerwonego dachu. Później będą się powoli ukazywać - piaskowe mury. A to wszystko zacznie się z czasem układać  - jak kolorowe puzzle - w bajkowy obraz.  Nie wolno więc się spieszyć. Czas gra na naszą korzyści - jesteśmy w wyjątkowo  uroczym miejscu. Im wolniejszy jest spacer - tym lepiej. Nigdzie więcej w Polsce, czegoś takiego nie zobaczycie. Jeżeli chcecie nacieszyć się tym widokiem - po prostu zwolnijcie. Tym bardziej, że po prawej stronie odsłaniać się zacznie malowniczy staw - a na nim kilka łódek i białe łabędzie. Nieopodal dwa stare, dorodne dęby - tworzą ponętną strefę cienia. To dobre miejsce - na krótki odpoczynek. Spoglądam stąd na zamek, oświetlony wiosennym słońcem. Mimo sporej perspektywy, widzę każdy jego szczegół. Jest dobre światło. Zawsze gdy tu przejeżdżam, przyglądam mu się uważnie. Ma jakąś siłę i moc przyciągania ludzi  i ma swoich fanów. 
Bajkowa sceneria.
Powszechnie mówi się i pisze, o tej budowli  - jako o zamku. Nic na to nie poradzę, ale ja widzę tu pałac - po prostu pałac. Tak na moje oko, to nie ma tu, żadnych elementów warownych ani fortecznych. Nie zamierzam jednak burzyć zamkowego porządku i niech tak już pozostanie. Chociaż mogę się tylko domyślać, że pewne fragmenty - wschodniego skrzydła - nawiązują właśnie do średniowiecznych zamków. Myślę tu przede wszystkim o strzelistych wieżach. Nie ma się jednak co mądrzyć - trzymajmy się raz przyjętej wersji. Zamek to zamek i koniec. Miejsce jest wyjątkowo piękne. Od starych dębów idziemy do bramy wejściowej, w towarzystwie kwitnących na żółto i pomarańczowo azalii, a po prawej stronie rozścielony jest dywan z zielonej soczystej trawy, przeplatany białymi stokrotkami. Wśród tych wiosennych kolorów, na środku rozległej polany stoi właśnie bajkowy zamek. Jest zjawiskowy - rzuca swój urok, fascynuje i budzi podobno także kontrowersje.
Majowe azalie.
To jego eklektyzm, jest przyczynkiem do kwestionowania, w wielu fachowych opiniach i opracowaniach, pozycji w rankingu zamków w Polsce. Że to niby nie klasyka, że liczy się jedynie gotyk, barok czy renesans. A tu taki miszmasz. A figa z makiem - mnie się podoba i tyle. Według mnie jego urok polega na tym, że fajnie wpisuje się w ludzkie marzenia, a czasem nawet i sny - o pięknych zamkach na krańcu świata. Czasem coś staje się urzeczywistnieniem naszych oczekiwań - i tym razem właśnie tak to jest. Nie musimy jechać na antypody, bo ten wyśniony zamek jest właśnie tu - w Mosznej, niedaleko Opola. Taka historia zdarzyła się także kiedyś na południu Niemiec, gdzie król Ludwik II Bawarski, natchniony podróżami i muzyką Ryszarda Wagnera - zbudował bajkowy zamek Neu­schwan­ste­in. Dzisiaj jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Niemiec. Zwiedza go każdego roku - grubo ponad milion turystów z całego świata. Wiem - bo byłem i widziałem na własne oczy. Wszyscy zachwycają się jego romantycznym eklektyzmem. Zarazili się tym widokiem, nawet twórcy filmów Disneya. W 1896 roku, a więc w dziesięć lat po zakończeniu budowy Neu­schwan­ste­in, rozpoczęto projektowanie innego bajkowego zamku - tym razem właśnie w Mosznej. Dostrzegam oczywiście różnice - pomiędzy tymi dwoma zamkami - ale widzę także, wiele cech wspólnych. Tamten wspaniale prezentuje się  na wysokiej skale, a ten zachwyca swoją urodą  na rozległej pięknej polanie. Myślę, że oba są godne siebie. Mam nawet przekonanie, że wizja bajkowego zamku, mogła tu przywędrować właśnie z Bawarii. Pomysł budowy zamku w Mosznej, powstał - latem 1896 roku - w głowie  bogatego przemysłowca i  tutejszego właściciela dóbr ziemskich Franza Huberta von Thiele–Winckler.     
Neogotycka część zamku w Mosznej.
Szczerze mówiąc - hrabia nie miał wielkiego wyboru, bo budować i tak musiał. Na początku czerwca tego roku, spłonęła jego rodowa rezydencja. Był to ładny barokowy pałac. Problem polegał jedynie na tym - gdzie budować i jaką wizję przyjąć. Dosyć powszechne stało się w tym czasie - budownictwo w stylu neogotyckim. Tak zrobił na przykład, hrabia Herman von Seherr - Thos z pobliskiej Dobrej. Tam, w miejsce barokowego pałacu postawił, imponującą neogotycką rezydencję. Tę  - w której jeszcze dwie godziny temu byliśmy. W jej projektowanie i realizację - zaangażował nawet znanych mistrzów z Berlina. Właściciel Mosznej nie chciał powielać czegoś, co było wtedy w modzie, a tym bardziej co już istniało i to pod bokiem. Potrzebował czegoś zupełnie nowego i innego. Miał wizję i pieniądze, a także zobowiązania. Te zobowiązania to było poczucie długu wdzięczności - wobec cesarza Niemiec i króla Prus Wilhelma II. Rok wcześniej - z rąk  właśnie tego władcy - otrzymał tytuł hrabiowski. Franz stawiał więc sobie za punkt honoru, zaproszenie cesarza do swoich dóbr. Wymagało to jednak czasu i cierpliwości. Najpierw zdecydował, że pozostałości barokowego pałacu zostaną odbudowane. Wkomponował je w środkową część całego kompleksu. Od wschodniej strony nakazał stawiać strzeliste wieże i kaplicę w stylu neogotyckim, a części zachodniej nadał charakter neorenesansowy. Na przestrzeni kilkunastu lat, powstawała imponująca rezydencja. Drugiej takiej - ani na Śląsku, ani w tej części Europy znaleźć nie można było. Jej wnętrze skrywa podobno 365 pomieszczeń, a szczególnej urody nadaje jej 99 wież i wieżyczek. Tak powstał zamek - z bajki. Mógł zbudować go jedynie człowiek, który miał siłę, wolę, i umiejętność - przenoszenia marzeń do świata realnego. Życie pokazało że zbudował go,  nie tylko dla siebie. Dzisiaj przyjeżdża tu tysiące turystów .
Widok od strony tarasu.
W holu głównym panowało spore zamieszanie - ludzie gromadzili się wokół przewodnika, więc przeszliśmy wąskim korytarzem do kawiarni. W kąciku obok starej jak świat gdańskiej skrzyni, znaleźliśmy sobie spokojne miejsce. Zamówiłem dwie kawy - nigdzie nam się dzisiaj nie spieszyło. Mieliśmy stąd dobry widok, na wielki kominek i drzwi prowadzące do jadalni. Ruch był dzisiaj spory, zrobiło się gwarno. Jedni wchodzili, inni wychodzili. Lubię patrzeć na tych co wchodzą, na ich chwilowe zagubienie i czasami dziecinną bezradność w poszukiwaniu wolnego miejsca przy stoliku. Od początku jestem pod wrażeniem drewnianej zabudowy, tego pomieszczenia. Nie znam się za bardzo na tym rzemiośle, ale przyjmuję za dobrą monetę opowieści o tym, że użyto tu dużo drewna cedrowego i sandałowego. Miałem kiedyś w ręku fotografię tego miejsca -  z przed stu lat. To dowód, że niewiele tutaj się zmieniło. No, może oprócz tego dziwnego malowidła nad kominkiem. Lubię takie miejsca w których niewiele się zmienia. Lubię oryginały. Zamek po wojnie został w części rozgrabiony,  ale nie zniszczony.  Tak mu się jakoś trochę - poszczęściło. Nigdy nie popadł w ruinę - zawsze miał jakiegoś gospodarza. Jaki by on nie był - ale zawsze był. Dom w którym krząta się choćby jedna istota zawsze żyje, dom w którym hula tylko wiatr - powoli umiera. Zamek w Mosznej nigdy nie umarł. No i dobrze. 
Wnętrza zamku.
Dopiero gdy zobaczyłem zbliżającą się kelnerkę, przypomniałem sobie, że przecież zamówiliśmy kawę. Gwar jakby ustał. Ktoś powiedział, że przewodnik już czeka i część osób  - gremialnie - w jednej chwili odpłynęła. Niektórzy w pośpiechu, dopijali resztki kawy. Zrobiło się swobodnie. Pomyślałem, że to świetna okazja, aby trochę pochodzić i przyjrzeć się detalom. Kawiarnia jest obszerna i do tego dwupoziomowa. Jest na co popatrzeć. W świetnym stanie jest arkadowy krużganek  i kasetonowy sufit,  a także filary oraz schody. To piękna, misterna  robota rzemieślników i artystów sprzed ponad stu lat. Franz Hubert von Thiele –Winckler, prowadził na co dzień rozliczne interesy, a tym samym spotykał się - z wieloma ludzi.  To właśnie tutaj  - w tym pomieszczeniu - goście byli przyjmowani i oczekiwali na spotkanie z hrabią. To taka wytworna poczekalnia - przed audiencją. A może byśmy tak na chwilę, weszli do oranżerii? Zapytałem od niechcenia. Jakoś nigdy przedtem tam nie byłem - dodałem. No, to jest argument, jeżeli nie byłeś no to chodźmy - powiedziała Ela. To oczywiście nie był dobry argument, bo przedtem ustalaliśmy, zupełnie coś innego. Mój pomysł jednak spotkał się - z wyjątkową wyrozumiałością. Chciałem - ale postanowiłem w duchu, że nie będę się tłumaczył.  I tak po chwili byliśmy już w jadalni - innej drogi do oranżerii nie ma.
Zamkowa kawiarnia.
Tutaj wszędzie dominuje biel. Fragmenty ścian pokryte są białymi i beżowymi okładzinami marmurowymi, a dekoracje wykonane z białego stiuku. To ciekawe zestawienie. Beż ma ciepło z brązu i chłód z bieli. W zależności od otoczenia, może przyjmować tony ciepłe lub chłodne. Może być postrzegany jako tonizujący i konserwatywny. Tak własnie jest w jadalni. Stąd już tylko krok do oranżerii. To przejście bez widocznej granicy, przez pięknie zdobione szklane drzwi. Pośrodku rozsiadła się fontanna, a wokół panuje - zielona przestrzeń bananowców, papirusów i palm. Przyszło mi do głowy, że to miejsce wyjątkowe - takiego podwójnego przeniesienia w odrealnione światy. W świecie bajkowego zamku, pojawiają się egzotyczne rośliny z dalekich krajów. Czyż można to było lepiej wymyślić?
Zamek w Mosznej - jadalnia.
Tym razem - w sieni było pusto. Przewodnicy zabrali swoje grupy i poszli na szlak. My - dzisiaj chodzimy samopas. Na wprost jest wyjście na taras i do parku, a po lewej i prawej stronie holu - schody wspinają się na zamkowe pokoje. Tak można trafić do myśliwskiej komnaty, do sali pod pawiem oraz do biblioteki i sali drewnianej, tam też znajdują się apartamenty - złoty i czarny. Można też tędy, dojść do neogotyckiej kaplicy. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale część ciekawych pomieszczeń nie jest udostępniana zwiedzającym. Tylko nieliczni i to w wyjątkowych sytuacjach, mogą wejść na wieżę lub zajrzeć do krypty grobowej. A już na pewno mało kto wie, że w podziemiach jest tunel, który łączy zachodnią i wschodnią część zamku. Został zbudowany przede wszystkim po to, by dostarczać jedzenie z kuchni, na salony. W uchylonych drzwiach sieni - zobaczyłem parkową aleję. Weszliśmy na rozległy kamienny taras - oświetlony majowym słońcem. Cała ta przestrzeń ozdobiona jest balustradą, którą z lewej i z prawej strony pilnują dwa śpiące lwy. To z tego miejsca dokładnie widać - jak rozplanowany jest zamek. Zszedłem kilka stopni w dół i odwróciłem się z ciekawości. Pojąłem, że jestem w wyjątkowym miejscu. Nie trzeba nic mówić, trzeba tyko patrzeć. To akademicka lekcja z historii architektury. Każdy osioł - połapie się, o co tu chodzi. Na wprost zachowała się - barokowa fasada. Po lewej ręce neogotyckie skrzydło, a po prawej część neorenesansowa. Można dokładnie się przyjrzeć i zobaczyć - co i z czym się je. Diabeł jednak tkwi w szczegółach i choćby dlatego warto spojrzeć - na przykład - na płaskorzeźby. To świetna robota i świetne tematy - wyryte w kamieniu. Zobaczymy ludzi, rośliny i zwierzęta. Wiesz co? Posiedzimy tu trochę - powiedziała nagle Ela. Dobrze, posiedźmy - odpowiedziałem. Nie lubię niepotrzebnie, komplikować sobie życia, więc zgadzam się dzisiaj na wszystko. Słońce stało wysoko, ale nie było zbyt dokuczliwe. Ile ten Franz miał lat - jak zbudował to wszystko? - zapytała, popijając wodę z małej, plastikowej butelki. Daj się napić - to ci powiem. Najpierw powiedz - to ci dam. Ale, na pewno? No, tak. Z tego co czytałem, to był około czterdziestki jak zaczął odbudowywać tę spaloną część, a skończył tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Miał wtedy jakieś pięćdziesiąt siedem lat. No to trochę się ciągnęło - powiedziała z grymasem zdziwienia. No tak, ale zobacz ile na to trzeba było kasy - odparłem. Coś mi się wydaje, że nie mógł tego wszystkiego postawić od razu. Wiem, że najpierw dobudowywał te wysokie wieże z lewej i kaplicę, a dopiero na samym końcu część od zachodniej strony. To się tak wydaje, ale postawienie takiego zamku - nie jest takie proste. Teraz buduje się zupełnie inaczej. No, chyba masz rację - powiedziała miłym głosem. Nie chyba, a na pewno - pomyślałem. Zachowałem to jednak, tylko dla siebie.
Barokowy środek, neogotyckie i neorenesansowe ramiona. 
W 1911 roku - spełniło się marzenie, Franza Huberta von Thiele–Winckler. Zaszczycił go wtedy swoją wizytą, cesarz Niemiec Wilhelm II. Spotkanie w Mosznej było na tyle udane, że władca przyjechał tu ponownie w następnym roku. Najważniejszym celem tych odwiedzin, zawsze były polowania. Przyjęcie zaproszenia i dwie wizyty Wilhelma II, miały dla właściciela Mosznej kolosalne znaczenie. Umacniały jego pozycję w kręgach arystokracji, wpływały na prestiż jego samego i jego rodziny, a także znaczenie tej posiadłości. Zaś dla Wilhelma II - było to tylko kolejne z wielu polowań, w których uczestniczył każdego roku. Chociaż trzeba przyznać, że potrafił docenić wysiłki ze strony gospodarza oraz uroki okolicy i piękno rezydencji. Powiedzieć, że cesarz był miłośnikiem polowań lub, że było to jego hobby - to stanowczo za mało. Wilhelm II - był fanatykiem łowiectwa. Sporą część życia spędzał właśnie wśród myśliwych. Miejscem, które uwielbiał były Prakwice koło Sztumu na Pomorzu. Cesarz podobno był świetnym strzelcem - mimo niedowładu lewej ręki. Ta ułomność jednak nigdy nie zniechęcała go do strzelania. Najczęściej robił to z wolnej - prawej ręki lub z ramienia łowczego.Tam gdzie zdobywał największe trofea, stawiano kamienne obeliski z wyrytą informacją na ten temat. Lubił także polować w okolicach Pszczyny - szczególnie gdy chodziło o żubry. Często korzystał z zaproszeń - niemieckich arystokratów. Pretekstem do tych wizyt zawsze były polowania. Przed przyjazdem do Mosznej, był na łowach w Żyrowej niedaleko Góry św. Anny oraz w Kliczkowie. Dowodem na poparcie tezy o jego uwielbieniu dla łowiectwa niech będzie fakt, że swoją przyszłą żonę - księżniczkę Augustę Wiktorię, poznał własnie podczas jednego z takich polowań w Przemkowie.
Neogotyckie skrzydło.
To były wizyty jesienne - kiedy już liście dorodnych dębów i lip przebarwiały się w brązowo-złote odcienie. Pierwszy raz Wilhelm II przyjechał tu pod koniec września, a w następnym roku w połowie listopada. Na pięknie udekorowanej stacyjce nieopodal bramy gladiatorów, zawsze witał go w odświętnym, myśliwskim stroju - Franz Hubert von Thiele–Winckler. Potem, obaj w wytwornym powozie, jechali długą i prostą aleją aż na dziedziniec zamku. Zachowały się relacje, które mówią, że po obydwu stronach drogi, stały wówczas szkolne dzieci wraz z nauczycielami, tworząc wiwatujący szpaler. Od tej pory wszystko w zamku, podporządkowane było tylko polowaniu. W tym celu - na przykład - wybudowano niewielki drewniany budynek, w którym cesarz jadał śniadania. Od wspólnego posiłku wszystko się tu  zaczynało. Tak tworzył się rytuał. To już była część spektaklu - jeszcze ta cicha i spokojna, której jedynie towarzyszyły konwersacje przy stole. Ale o dziewiątej rano - cisza odchodziła w przeszłość. W jednej chwili rozbrzmiały trąbki i rogi. Sygnaliści grali na powitanie, a przed zamkiem gromadzili się powoli bohaterowie i statyści tego spektaklu. Był to także festiwal myśliwskiej mody - ubiorów i najnowszych modeli broni. Najpierw ciszę wypełniał zgiełk głośnych rozmów, a potem myśliwi wraz ze swoimi pomocnikami ruszali, w stronę wcześniej przygotowanych stanowisk strzeleckich. Niektórzy byli objuczeni - dużą ilością amunicji. Wraz z odchodzącymi - na polanę powracała cisza, przerywana od czasu do czasu, ujadaniem co bardziej zajadłych psów. Dopiero po sygnałach dla naganki, dało się słyszeć dochodzące z rożnych stron pojedyncze strzały, które zlewały się chwilami w kanonady. Po każdym polowaniu - wieczorem - cesarz i hrabia wychodzili na balkon i w świetle palących się pochodni, dokonywali odbioru pokotu upolowanej dziczyzny. Sprawozdanie - w ich obecności - odczytywał zawsze donośnym głosem, miejscowy łowczy. Tak dzień polowania dobiegał końca. Informacje na temat tych wydarzeń można znaleźć, w - zachowanej - rękopiśmiennej kronice polowań.
Duży basen z fontannami - widok z tarasu.
Siedzieliśmy z Elą na kamiennych schodach - na wprost dużego basenu z fontannami. Na tarasie było przyjemnie i słonecznie. Alejkami wzdłuż równo przyciętego żywopłotu, spacerowali ludzie, ale nie było zbyt tłoczno. Niektórzy rozsiadali się na trawie - w cieniu drzew, a inni poszli w głąb parku. Sielanka. Może by się tak wreszcie  ruszyć - przyszło mi do głowy. Chodźmy pod dęba, co? - zaproponowałem. Pod którego dęba? - zapytała Ela. Tego, po prawej - widzisz go? Taki  rozłożysty. No widzę - to chodźmy. Jakby dla zabawy jeszcze na chwilę przysiadła, na grzbiecie kamiennego lwa, więc zrobiłem jej zdjęcie i ruszyliśmy na polanę. Ten dąb, jest oazą dobrego cienia - pomyślałem. Można bez trudu sięgnąć jego długich gałęzi. Przyjemnie tu - powiedziała Ela i położyła się na trawie. Przypomniało mi się jak paliłaś papierosa na zielonym wzgórku, w St James's Park w Londynie - szepnąłem jej do ucha. A pamiętasz jak szliśmy przez Green Park - tam też wszędzie ludzie siedzieli albo leżeli na  trawie. Co cię tak napadło? - zapytała.  Nic - przypomniały mi się po prostu, stare dobre czasy. Tak się poczułem dzisiaj - jak właśnie wtedy. Aha, no tak - stare dobre czasy. Wiesz co? - może pójdziemy później tą lipową aleją. Dobrze, pójdziemy - odparłem i położyłem się na wznak. Zamknąłem oczy i poczułem się,  jakby ktoś teraz - tylko dla mnie -  spełnił moje marzenia z dzieciństwa. 
Aleja lipowa. 
Rezydencja otoczona jest rozległym - stuhektarowym  parkiem. To doskonałe miejsce do długich spacerów. Jest początek maja, wszystko wokół budzi się do życia, a my niechcący wprosiliśmy się na ptasi koncert - zewsząd słychać świergot i trele ptaków. To urocze miejsce. Malowniczo wyglądają aleje, wzdłuż których rosną dorodne drzewa, krzewy oraz kolorowo kwitną azalie.

Park w który weszliśmy nie ma konkretnych granic, to park krajobrazowy. Wielka polana, na której stoi zamek i przyległe aleje łączą się z pobliskimi łąkami, polami i lasem.To wzajemne przenikanie otwartych przestrzeni z leśną gęstwiną. Zostawiamy więc za sobą zamek z fontannami i idziemy lipową aleją przed siebie. Wbrew pozorom to nie jest najlepsze miejsce, do rozpoczęcia spaceru. Dobrze byłoby zacząć od bramy z gladiatorami. To jest jakieś osiemset metrów stąd, przy zjeździe z asfaltowej drogi biegnącej z Krapkowic do Prudnika. Tam zaczyna się prosta jak strzelił aleja, która biegnie, aż do cokołu dawnego pomnika Huberta von Thiele - Winckler,  to jest z drugiej strony zamku, tu gdzie teraz jesteśmy. Do wielkich rezydencji, powinien  zawsze prowadzić  długi i piękny dojazd. Widziałem wiele takich projektów  we Francji, Anglii czy też Szkocji - i tak właśnie jest tutaj. Od bramy głównej do dziedzińca, biegnie trakt obsadzony w sześć rzędów czerwonymi dębami, a dalej w cztery rzędy wysadzany kasztanowcami. Z drugiej zaś  strony zamku - aż do pomnika, można dojść starą lipową aleją. Brama i pomnik to jej  dwa skrajne punkty. To najważniejsza droga i jednocześnie piękny trakt prowadzący kiedyś do zamkowego dziedzińca i dalej w głąb pozostałej części parku. Warto o tym pamiętać, bo to klucz do zrozumienia istoty całego projektu. To wymarzone miejsce do spacerów wiosną, latem, jesienią i zimą. Aleję lipową upodobaliśmy sobie najbardziej i tu rozpoczęliśmy nasz dzisiejszy spacer - no cóż, tak wyszło.  Nieco na wschód od miejsca gdzie teraz jesteśmy jest staw z malowniczą wysepką, na którą można wejść po mostku zbudowanym w  chińskim stylu. 
Park w Mosznej - kanały i stawy.
Wzdłuż kanałów rosną piękne  rododendrony. Azalie w większości obsypane są już kwiatami, a na różaneczniki przyjdzie jeszcze poczekać jakieś dwa lub trzy tygodnie. Szkoda, że nie ma tu teraz łodzi - jak sto lat temu. Zachowały się za to, ładne mostki, którymi można z dużą łatwością zejść z głównej alei i przejść w głąb parku w każdą stronę. Oczywiście przez dziesięciolecia, wokół rezydencji następowały liczne zmiany. Czasem były one zamierzone, a innym razem korekty wprowadzała sama natura. Takiego ciekawego przemeblowania dokonano tu na przykład w 1909 roku. W miejscu gdzie dzisiaj jest duży basen z fontannami, znajdował się wtedy podjazd prowadzący pod zamkowe wejście, a nieopodal istniał niewielki renesansowy ogród włoski. Natura zaś rządziła się wtedy, gdy na zamku nie było gospodarza. Dotyczy to na pewno okresu powojennego,  przez co najmniej kilkanaście, jeżeli nie więcej lat. 
Wzdłuż lipowej alei.
Słońce uparcie przebija się przez korony starych drzew, a jego promienie odbijają się od lustra wody przydrożnych kanałów. To wyjatkowo malownicza sceneria. Kanały to kolejna atrakcja tej posiadłości. Tu nie ma przypadków - trzeba tylko dokładnie się przyjrzeć. To kolejne spełnienie marzeń człowieka - z wielką wyobraźnią. Wśród tych starych drzew znajdziemy bez trudu, drogę wodną prowadząca po okolicznych stawach, które połączone ze sobą pozwalały z łodzi podziwiać ten piękny park. To fenomenalne rozwiązanie. Wreszcie powoli doszliśmy do miejsca, gdzie kiedyś stał pomnik Huberta von Thiele - Winckler. To koniec alei lipowej. Stąd leśna dróżka wyprowadziła nas na rozległą łąkę, upstrzoną w żółte mniszki i białe stokrotki. Słońce na bezchmurnym niebie przechylało się powoli ku zachodowi, a w oddali pod ścianą lasu, pomiędzy światłem i cieniem, zobaczyłem czterech młodych jeźdźców. Konie parskały co chwilę i szły stępa jeden za drugim. Przystanęliśmy by przyjrzeć im się -  ze zwykłej ciekawości. Oddalały się, aż wreszcie zniknęły wśród drzew. To tu, spójrz na to wzniesienie po prawej - powiedziałem do Eli. To jest ten cmentarz o którym ci mówiłem - rodzinny cmentarz właścicieli zamku. Między dębami, przez żelazną furtkę weszliśmy do środka. Kwadrans później, byliśmy - jeszcze dalej od zamku. Czas wracać - pomyślałem i spojrzałem na Elę. Czas wracać powiedziała - jakby czytała w moich myślach. 
Widok na zamek od strony stadniny. 
Odeszliśmy dość daleko - ale to dobrze. Zapomniałem o całym bożym świecie i jego i moich problemach. Może czasem dobrze jest odłożyć niezałatwione sprawy i niedokończone rozmowy, zatrzymać się na chwilę, usiąść na majowej łące koło bajecznie pięknego zamku i  popatrzeć przez chwilę jak motyl kołysze się w słońcu. Dziś jestem pewien, że tak jest lepiej.  Wracamy krętą drogą wśród łąk. Nad wierzchołkami drzew -  widać dachy i strzeliste wieże.  Teraz zamek wygląda jak wielki,  galeon z rozwiniętymi czerwonymi żaglami - zakotwiczony na spokojnym, zielonym morzu. Kiedyś znowu tu wrócimy. Za chwilę ruszamy w dalsza drogę - przed nami wejście na Kopę Biskupią.

cdn.


3 komentarze:

  1. Byłam w tym zamku na majówkę w tym roku. Piękny, chyba najwspanialszy w Polsce! Można zwiedzić pałac i jeszcze fajnie spędzić czas na łonie natury w parku, wypożyczyć kajak... Fajny pomysł na 1 dniowy wypad.

    OdpowiedzUsuń
  2. marzę o obejrzeniu tego miejsca i o zanocowaniu w nim:) od wielu wielu lat, może wreszcie kiedyś się uda:)

    OdpowiedzUsuń