piątek, 14 listopada 2014

Opolszczyzna (cz.III.). Biskupia Kopa.



Jarnołtówek - 70 kilometrów na południe od Opola, u podnóża Biskupiej Kopy.
...................................................................................................................................................................

                Mamy za sobą dzisiaj dwa zamki: jeden w Rogowie, a drugi w Mosznej. Przed nami został ostatni etap weekendowej wycieczki. Jutro po śniadaniu chcemy pójść w góry i wejść na Biskupią Kopę. Jeszcze dzisiaj jednak zatrzymamy się na chwilę w Prudniku, a wieczorem planuję wspólne ognisko w Jarnołtówku. Taki jest nasz plan. Drogi są tu dobre, pogoda dopisuje, humory też, więc wszystko idzie nam jak z płatka. To ładne tereny; pola, wioski i lasy. Jadę więc wolno, a nawet poniżej tego co mówią przepisy. Lubię popatrzeć na ten wiejski porządek Opolszczyzny, ładne domy i kolorowe ogródki - tutaj tak właśnie jest.

Droga za Ligotą Pruszkowską -  w stronę Prudnika.
            Ruszamy spod zamku w Musznej - kierunek Prudnik. Najpierw trochę jednak pokręcimy się po okolicy - wśród łąk i lasów, z dala od głównych dróg - na granicy Borów Niemodlińskich. Z głośników sączy się cichutko, kawałek za kawałkiem Amy Winehouse. Zrobiło się sielankowo. Otworzyłem wszystkie okna w samochodzie i do środka wpadał ciepły wiatr. Wjechaliśmy w pewnej chwili - całkiem wolno - z bocznej drogi, w piękną dębową i szeroką aleję. Korony starych, wielkich drzew pozamykały się nad nami i wtedy popłynęliśmy wraz z Amy i z tym wiatrem - w długim, zielonym, niekończącym się tunelu. Nikogo na drodze nie było - więc przyśpieszyłem. Jechaliśmy coraz szybciej i szybciej. Widziałem nad asfaltem ciepłe rozedrgane powietrze i czekałem kiedy samochód zacznie się unosić, ale tak się nie stało. To było tylko marzenie. W lusterku ciągle nikogo nie było, ale z przodu pokazał się mały czerwony punkcik – zacząłem więc zwalniać. Dębowa aleja była już za nami. Po lewej las, po prawej las, a przed nami jak strzelił - droga na południe - prosto do Prudnika. Jesteśmy coraz bliżej Opawskich Gór.

Jesteśmy na obrzeżach Borów Niemodlińskich
              Od Chrzelic ciągną się już tylko rzepakowe i pszeniczne pola. Jak okiem sięgnąć to przestrzeń otwarta, jedynie od południa widać wznoszące się pasmo wzgórz. Drogi są coraz lepsze i coraz częściej jedzie się tu jak po stole. Jest chyba nawet lepiej niż w Czechach. Wiele w tych stronach ostatnio się zmieniło. Białą minęliśmy nową obwodnicą i chwilę później wjechałem do Doboszowic - zostało nam nie więcej jak 7 kilometrów do celu. Dziesięć minut później, z wielkiego ronda próbujemy wepchnąć się do centrum Prudnika. Idzie dobrze, ruch na ulicach niewielki, oznakowanie też niezłe, więc bez trudu dojechaliśmy do placu Zamkowego. To już blisko rynku.

Ratusz w Prudniku.
              Prudnik to powiatowe, dwudziestotysięczne miasto z historycznym początkiem w połowie trzynastego wieku i z dwiema nazwami w przeszłości: jako lokowane na prawie niemieckim to Neustadt czyli Nowe Miasto i aż do siedemnastego wieku zamiennie Prudnik. No i żeby było jeszcze ciekawiej, to na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku – używano Neustadt in Oberschlesien. Najstarszym zabytkiem jest tu ocalały fragment średniowiecznego zamku z drugiej połowy XIII wieku tzw. wieża Woka. Właśnie w tym miejscu, wszystko wzięło swój początek. Miasto rozwijało się i upadało, dotykane przez plagi choroby, kataklizmy i wojny; zawsze jednak podnosiło się. Teraz jest to ciche i spokojne, trochę zapomniane miasteczko na pograniczu Polski i Czech.
          Do rynku doprowadziła nas ulica Zamkowa i jej barokowe kamieniczki. Jest krótka, więc szybko doszliśmy do placu z ratuszem. Ratusz stał tu podobno od zawsze, ale ten obecny – na który teraz patrzę - pochodzi z osiemnastego wieku. Wysoki na trzy piętra oraz poddasze, ładnie prezentuje się wraz z wysoką na ponad sześćdziesiąt metrów wieżą. Przytuleni do siebie, stoją tu jak dobrze dobrana para. A tuż obok - jak to często na Śląsku, w Czech i w Austrii bywa – znajduje się imponująca kolumna maryjna poświęcona ofiarom dżumy. Z drugiej strony placu weszliśmy wprost, na barokową figurę św. Jana Nepomucena. Fajna jest i przyciąga oko. Na dole są dwa aniołki: jeden z nich trzyma w ręce język, a drugi palec na ustach. Chodzi więc zapewne o tajemnicę (spowiedzi). Jest i herb Prudnika oraz ciekawa scena zrzucenia św. Jana do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. No i co by tu nie mówić, okazuje się, że to jest naprawdę ciekawe miasto.

Prudnicki rynek.
                Nasz spacer po rynku skończyliśmy na ławeczce, obok fontanny. Zdjąłem plecak, usiadłem i rozprostowałem nogi. Podniosłem stopy lekko do góry, spojrzałem na czubki własnych butów i pomyślałem, że to nie jest chyba taka zwykła fontanna. Wyjąłem z plecaka przewodnik i po chwili wiedziałem już wszystko. To barokowe cudo z 1695 roku z rzeźbą atlantów dźwigających muszlę i dwugłowym orłem z wielką koroną Habsburgów. Żadne miasto na świecie, nie powstydziło by się chyba takiego eksponatu.

Góry Opawskie. 
            Z Prudnika do Jarnołtówka jest tylko dwanaście kilometrów - za chwilę ruszamy w drogę. Wjechałem w ulicę Kościuszki i problem wyjazdu z miasta stał się nagle rozwiązany. To klasyczna wylotówka. Trzy kilometry dalej, na końcu Łąki Prudnickiej jest dobrze oznakowany zjazd na Pokrzywną – to właśnie jest nasz kierunek. No i na horyzoncie pojawiły się wreszcie pierwsze, pięknie oświetlone słońcem górskie grzbiety. Jedziemy wzdłuż Złotego Potoku, a przed nami coraz bliżej pasmo Gór Opawskich. To najdalej na wschód wysunięta część Sudetów. Najważniejsza jest tu oczywiście Biskupia Kopa, cel wielu wędrowców w tym także tych, którzy robią koronę gór polskich. Każdy ma swoje priorytety i oczywiście robi to co lubi. Dla nas to ma być relaks i oderwanie od codzienności. Będziemy wędrować i zdobywać, zdobywać i wędrować, aż nam się znudzi i wtedy wrócimy do domu. Na razie jednak wszystko przed nami.

Dolina Złotego Potoku - jedziemy przez Pokrzywną do Jarnołtówka. 
            Za wiaduktem kolejowym skręciłem w lewo, a potem w prawo i wtedy ukazała się tablica z napisem Pokrzywna. Byliśmy blisko. Zwolniłem i odtąd spacerowym tempem wjechaliśmy w teren zabudowany. Byliśmy w dolinie Złotego Potoku. To ładne miejsce. Po lewej stronie było kąpielisko, a nieco dalej zwykłe domy i pensjonaty. Na początku pokazała się Willa Daglesia, a przy wyjeździe żegnał nas hotelik w stylu tyrolskim, albo szwajcarskim - sam nie wiem. Wiele osób zatrzymuje się właśnie tutaj, ale nie my. My jedziemy dalej, do Jarnołtówka – to tam mamy nocleg.
          Było już późne popołudnie, gdy stanęliśmy przed domem. Adres się zgadzał, ale wszystko pozostałe budziło tylko mój niepokój. Kompletna cisza, żywej duszy, nawet pies nie ujadał. Ruszyłem furtkę i wtedy w drzwiach stanęła uśmiechnięta kobieta. – Kamień z serca – pomyślałem. Podparła się najpierw pod boki, a potem kiwnęła ręką w moją stronę. To była nasza gospodyni.

Jarnołtówek - kościół św. Bartłomieja.
             Pół godziny później byłem po kąpieli i przebrany w czyste rzeczy, usiadłem w wiklinowym fotelu na werandzie. Był jeszcze czas do kolacji, więc otworzyłem kryminał, który wrzuciłem dziś rano do plecaka. Bez pośpiechu znalazłem właściwą stronę i z przyjemnością, w jednej chwili przeniosłem się w mroczne zakątki jakiegoś francuskiego miasteczka. Zaczytałem się i dopiero głos Eli wyrwał mnie z tamtego świata.
- Chodź, idziemy na kolację - powiedziała zza pleców, przechylając się przez moje lewe ramię.
- Wścibiła nos w książkę i dodała – a, to kryminałki się czyta.
- A, co nie wolno? - zapytałem.
- No, dobrze, dobrze chodźmy już - odparła.
Kolację zjedliśmy przy dużym stole, na środku ogrodu. Uwielbiam takie chwile: ten wspólny stół, tę ciszę i słońce, ten cień rozłożystej jabłoni i gdy ktoś mnie pyta - czy jeszcze napiję się kawy. Lubię gadanie o niczym, żarty, wspominki i wieczorne ognisko.
            Dzień pomału dobiegał końca. Wciąż jeszcze świeciło słońce, ale czuło się, że nadciąga wiatr, a po nim być może nawet deszcz. To niczego dobrego nie wróżyło. Niedługo już będzie ciemno - pomyślałem. W ustawione na ognisku szczapy, dmuchnął wiatr i wzniecił mocno płomień. Powoli zapadał zmrok, a ja po raz pierwszy tego dnia poczułem się zmęczony i pomyślałem o łóżku. Szukałem coraz bardziej pretekstu, by bez zgrzytu opuścić towarzystwo. W końcu jednak przyznałem się publicznie, do słabości i bez ceregieli odszedłem od stołu. Zmęczenie brało górę, a sen zaczynał mnie morzyć.

Jarnołtówek.
           W środku nocy obudziła mnie silna ulewa. Lało jak z cebra. Na tarasie światła były pogaszone; byłem pewny, że wszyscy już śpią. Musiałem jednak wstać, żeby domknąć uchylone okno. Pomruki burzy z daleka nie dawały mi ciągle spokoju. Co to jutro będzie? – przeszło mi nagle przez myśl. Żeby tylko nie padało. Postałem jaszcze chwilę, a potem wróciłem do ciepłego łóżka.

Rano następnego dnia ruszyliśmy na trasę. 
            Gdy obudziłem się dom tętnił już porannym życiem. Byłem – niewiele, ale jednak- spóźniony. Z korytarza dochodziła rozmowa, a z sąsiedniego pokoju cicha muzyka. U mnie zasłony były już odciągnięte, a łóżko zalane światłem porannego słońca. Po Eli nie było śladu, a nocna burza odeszła w zapomnienie. Dla pewności wyszedłem na taras, żeby sprawdzić, czy się nie mylę. Chciałem upewnić się, że to prawda. Do reszty wybudził mnie delikatny, orzeźwiający wiatr i krótki spacer na boso po mokrej trawie. Ważne, że ogrodzie nie było jeszcze nikogo. Czyli nie jest ze mną, aż tak źle – szukałem w myślach usprawiedliwienia. Chwilę później byłem już w łazience. Próbowałem dogonić zgubiony czas, ale na śniadanie i tak przyszedłem ostatni. Pół godziny później na stole w ogrodzie, rozłożyłem mapę tego terenu i gdy wszyscy się zeszli, pokazałem co nas dzisiaj czeka. Zaraz ruszamy w góry z zamiarem dojścia do schroniska, a potem wejścia na wieżę po czeskiej stronie.

Droga Amalii nad Anusią. 
              Wejście na szczyt, zdobycie szczytu to akurat tutaj gruba przesada. To co robimy to raczej górska wędrówka, a może nawet bardziej spacer po górach. Chociaż trzeba pamiętać, że gór nigdy nie wolno lekceważyć. I tego się trzymamy. Dzisiaj jest nas sześcioro: Natalia z Beniaminem , Bożena z Andrzejem no i ja z Elą. Jesteśmy na żółtym szlaku. To najłatwiejsza trasa jaką mogliśmy sobie wybrać, no ale cóż – to była wspólna decyzja. Nie będę się przecież wymądrzał, tym bardziej, że nie specjalizujemy się w profesjonalnym łażeniu po górach. Robimy jedynie to co, leży w zasięgu naszych możliwości – i tyle. Tym razem czeka na nas Biskupia Kopa - wejdziemy na 890 m n.p.m. To jest góra pogranicza. I tak tu już jest od wieków: najpierw dzieliła biskupstwa wrocławskie i ołomunieckie, później Habsburgów i Hohenzollernów, przed wojną Czechosłowację i Niemcy, a współcześnie Czechy i Polskę. Może warto więc przy tej okazji zapamiętać, że: Biskupia Kopa po czesku to Biskupská kupa, a po niemiecku Bischofskoppe.

Idziemy żółtym szlakiem - tutaj droga łagodnie się wspina. 
            Teraz już jednak Biskupia Kopa bardziej łączy niż dzieli. Od 2007 roku można tu swobodnie, bez przeszkód i obaw przechodzić na czeską stronę w Zlate Hory. Ale jeszcze wcale nie tak dawno, służby graniczne brały roztargnionych i bogu ducha winnych turystów do "niewoli". Ludzie byli legitymowani, zawracani, a niekiedy także i zatrzymywani. Chciałeś sobie człowieku pochodzić po górach, wejść na wieżę widokową i popatrzeć na okolicę, a tu zza krzaków wychodzili mundurowi i przygoda się kończyła, zaczynały nerwy i szukanie sposobów - jak wyrwać się z tej matni. Nawet lokalne gazety, ekscytowały się wtedy takimi historiami - pamiętam.

Wychodzimy z bukowego lasu.
          Wszystko dobrze się zaczęło, słońce znowu jest nad nami, a wczorajsze pomruki burzy już nic nie znaczą. Nie chcę nawet o tym pamiętać. Minęliśmy ośrodek "Ziemowit" i dobrze wydeptaną ścieżką weszliśmy do lasu. Żółta tablica na żółtym szlaku mówi, że jesteśmy na drodze Amalii nad Anusią, a do schroniska mamy stąd zaledwie godzinę i kwadrans. Czyli same dobre widomości. Droga łagodnie wznosi się ku górze i nie jest męcząca.

W świerkowym lesie
             Z dorodnego bukowego lasu weszliśmy pośród strzeliste świerki. Wydaje się jakby sięgały do samego nieba a - wokół nas - razem ze słońcem, tworzyły iluzoryczną grę światła wpadającego do pokoju przez szczeliny niedomkniętej okiennej żaluzji. Pełno tu rozbłysków i refleksów i sporo cienia, a także rozedrganego ciepłem powietrza. To magia wielkiego lasu w cudownie pogodny dzień.

Wyrąb w górach.
      Od pół godziny jesteśmy sami. Nikogo nie ma tylko my i ….. cisza. Czasem świergot ptaków, szum drzew, gałęzi i drżenie listków. Nikt nic nie mówi, idziemy w milczeniu: równo miarowo, spokojne, jak byśmy byli częścią natury. To miłe uczucie, jest pięknie.

Na ścieżce Langego
          Obejrzałem się i ku mojemu zdumieniu zobaczyłem wreszcie człowieka. Był młody i zbliżał się do nas na górskim rowerze. Jechał płynnie i jakby bez wysiłku, a przy mijaniu pozdrowił krótkim machnięciem ręki i miłym uśmiechem. Chwilę później zniknął nam za zakrętem. Jak zjawa; pojawił się i przepadł. To wtedy wypatrzyłem daleko przed nami, po prawej stronie drewniany szałas – doskonale miejsce do odpoczynku. Pokazałem go ręką Andrzejowi, a on tylko kiwnął głowa.

Na rozstaju dróg - a teraz ostro pod górkę. 
          Czułem, że przerwa w marszu jest nam potrzebna. Szliśmy w ciszy, a teraz w ciszy tu sobie posiedzimy – tak mi przyszło do głowy. Najpierw jednak – z tego wszystkiego - zrobiło się zamieszacie, a spokój wrócił dopiero jak każdy znalazł sobie wygodne miejsce. Siedzieliśmy na stoku, w szałasie z widokiem na ścieżkę. I wtedy z daleka, od strony Jarnołtówka zaczęły dobiegać ludzkie głosy. Ktoś wreszcie się do nas zbliżał. Najpierw przeszła pod nami rozgadana rodzina (ojciec, matka i dwoje dzieci), za nimi milcząca para zakochanych i dwie zasapane przyjaciółki emerytki, a po nich gromadka rozbawionych licealistów (takich bliżej matury). Zlustrowałem ich wszystkich, po kolei, tak ze zwykłej ciekawości, a potem odprowadziłem wzrokiem i znowu koło naszego szałasu zrobiło się cicho.

Na podejściu do schroniska.
- Czas wreszcie ruszać - zakomenderował nagle Andrzej. Bez szemrania wszyscy wstali i po chwili znaleźliśmy się ponownie na ścieżce, doszliśmy do małej kamiennej kapliczki, a tam przy wyrębie i na rozstaju dróg wybraliśmy podejście ścieżką Langego. Do schroniska mięliśmy stąd tylko trzydzieści minut.

Schronisko pod Biskupią Kopą. 
           Nie zawsze chyba świeci tu słońce, pomyślałem na widok połamanych drzew. To nie żarty przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłem zawieszony na świerku obraz Matki Boskiej. Nie robi się takich rzeczy bez przyczyny. - Tu chyba musiał kiedyś rozegrać się jakiś dramat – pomyślanem. Góry dają radość i przyjemność, ale pełne są także ludzkich tragedii. Góry to góry i tyle - tu nie ma żadnej filozofii, tu są tylko twarde reguły i nic więcej. Jeśli ktoś tego nie rozumie – przegrywa. Ja to wiem. Szliśmy dalej. Na stromym podejściu pojawiły się najpierw drewniane schody, a potem schronisko. Ulżyło mi. To nasz kolejny przystanek. Na ostatnim odcinku dostaliśmy trochę w kość i właśnie dlatego zostaniemy tu nieco dłużej. Wszyscy zrzucili plecaki i rozsiedli się przy stoliku na tarasie. Zmówiłem herbaty, a resztę mieliśmy w plecakach.

Pełna informacja - tu nie można się zgubić.   
            Schronisko na Biskupiej Kopie to ciekawe miejsce. Przecina się tu kilka szlaków, jest uroczo położone, no i ma interesującą historię. Jego początek sięga lat dwudziestych minionego stulecia. Był to najpierw pojedynczy barak z dobudowaną werandą oraz jadalnią. Wtedy było tu około trzydziestu miejsc noclegowych. Po latach jednak okazało się, że potrzebny są coraz większe, tym bardziej, że chodzenie po górach w tym regionie stało się modne, a na szlakach pojawiało się coraz więcej turystów. Po rozbudowie znalazło się tu miejsce na: mieszkanie zarządcy, pomieszczenia kuchenne i dziewięć pokoi, a w dużej sali noclegowej, mogło wtedy pomieścić się około osiemdziesięciu osób na materacach. Kolejna rozbudowa, tym razem tuż przed wybuchem wojny to dodatkowa: sala dzienna, następne trzy pokoje sypialne, umywalnie i toalety. Wszystko było ogrzewane piecami i oświetlane lampami gazowymi. To było - jak na owe czasy - duże schronisko.

Schronisko pod Biskupią Kopą ma bogatą  historię. 
           Po wojnie zabudowania dość długo świeciły pustkami, ponieważ chodzenie po górach w strefach nadgranicznych było mocno ograniczone. Później bywało rożnie - raz było zamknięte, innym razem otwarte i tak aż do czasu, gdy życie stało się tu bardziej normalne. Teraz jest tu pięćdziesiąt miejsc noclegowych w pokojach dwu i wieloosobowych, jest też sala restauracyjna na ponad sześćdziesiąt osób i bufet w którym można zamówić coś do picia i zjedzenia.

Żegnamy schronisko - znowu w drogę. 
           Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy kanapki i wtedy ogarnęło nas lenistwo. Powinniśmy już iść, czas naglił, a my ciągle siedzieliśmy. Nikomu nie chciało się wstać, ani tym bardziej zrobić pierwszego kroku; tak choćby dla przykładu. – nikomu. Dosłownie nikomu. Andrzej zaczął nawet przysypiać, a jego przymknięte powieki, równy, miarowy oddech były znakiem, że chyba się od nas oddala. Musiałem więc w to wkroczyć, choć sam nie byłem wolny od grzechy. Też mi się mnie chciało, też byłem leniwy. No, ale cóż - mus to mus. Ktoś powinien nad tym zapanować. Przed nami dwadzieścia minut marszu na szczyt. Ostatnie spojrzenie na schronisko i wreszcie ……. idziemy.

Podejście pod szczyt. 
            Najpierw łagodnie, a potem zaczęło się ostre podejście. Co krok otwierają się ładne panoramy. Pięknie tu. - Dobrze, że mam solidne buty – pomyślałem, spoglądając na ostrą stromiznę usłaną kamieniami. Szliśmy teraz wzdłuż polsko - czeskiej granicy. Strzeliste świerki, graniczne słupki i nadzieja, że w końcu zobaczę szczyt, cały czas towarzyszyły mojemu – coraz większemu - zmęczeniu. Wreszcie podniosłem wzrok i zza gałęzi, ujrzałem fragment białej, murowanej wieży. Byliśmy blisko celu.

Wieża na Biskupiej Kopie.
             Początki tej budowli sięgają 1875 roku. Zbudowano tu w tym czasie pierwszą kamienną platformę widokową. Piętnaście lat później postawiono kolejną - drewnianą i wysoką na trzynaście metrów, w kształcie ściętego ostrosłupa - nazywaną wtedy widokową piramidą. Ta także nie wytrzymałą próby czasu i 28 sierpnia 1898 roku przecięto uroczyście wstęgę przy nowej, murowanej i jeszcze wyższej - bo mierzącej osiemnaście metrów wieży.

Panorama na Góry Opawskie


                 Za niewielką opłatą, wąskimi drewnianymi schodkami weszliśmy na samą górę wieży. Pogoda jak na zamówienie, a widoki wymarzone. Doskonale widać okoliczne miasteczka i wioski oraz wzgórza, zarówno po polskiej jak i czeskiej stronie. W pewnej chwili podszedł do mnie jakiś starszy mężczyzna, trzymając w wyciągniętej ręce lornetkę. Proszę niech pan sobie popatrzy. - powiedział nieco ściszonym głosem. Był miły i uprzejmy, a ja, zdziwiony i zaskoczony. Chociaż nie powinienem, bo górach uprzejmych ludzi nie brakuje. To była profesjonalna wojskowa lornetka z lat osiemdziesiątych.

Zejście - wracamy do Jarnołtówka.
              Droga powrotna była jeszcze bardziej przyjemna, niż wejście na szczyt. Pogoda ciągle była nam sprzyjała, a humory dopisywały. Zrobiła się świetna atmosfera. Stromym zejściem dotarliśmy z powrotem do schroniska. Tu oświadczyłem – żeby nie było wątpliwości - że przystanek będzie krótki i nie ma mowy o żadnym wylegiwaniu się. Toaleta i naprzód. Przy okazji, dowiedziałem się, że jesteśmy na trasie Głównego Szlaku Sudeckiego im. Mieczysława Orłowicza, który prowadzi z Prudnika do Świeradowa i liczy sobie aż 444 kilometry.

Górskie strumyki. 
            Tym razem nie zeszliśmy na ścieżkę Langego. Idziemy dalszą, ale za to łagodną, drogą w stronę Przełęczy pod Kopą. To piękna spacerowa trasa, gdzie cienie ciągle grają ze światłem, przy akompaniamencie leśnej muzyki płynącej z górskich strumyków i od wierzchołków wysokich drzew. Zrobiło się sielankowo. Ela podała mi rękę i chyba oboje byliśmy szczęśliwi. A potem miałem ochotę napić się górskiej wody i zrobiłem to, obmyłem twarz i ramiona stojąc okrakiem nad spadającym w dół strumieniem. Lodowata woda dodała mi sił i mogłem teraz iść już nawet na drugi koniec świata. To takie właśnie strumyki spotykają się później, gdzieś tam na dole i napełnią Złoty Potok, rzekę, która przychodzi do Polski od Zlatych Hor i łącząc się z Prudnikiem niesie swoje wody, aż do Odry, a ta do Bałtyku. W Jarnołtówku Złoty Potok płynie pośród rozrzuconych z rzadka zabudowań, przeplatając się - raz z prawej, raz z lewej - z wiejską drogą. Jest rzeką górską z wieloma kamiennymi progami, na których w kilku miejscach powstają niewielkie wodospady. Pomiędzy Jarnołtówkiem, a Pokrzywną rzeka przeciska się między stokami Biskupiej i Srebrnej Kopy, a pasmem dużo mniejszych i niższych wzgórz od północnej strony. Tak tworzy się dolina Złotego Potoku. Dalej, za Pokrzywną rzeka łagodnieje i pośród zabudowań Moszczanki i Łąki Prudnickiej spokojnie zmierza do ujścia.

Moszczanka.
              Prawie sześć godzin byliśmy na szlaku. Góra została za nami i wszystko co było - od tej pory - będzie już tylko wspomnieniem. Położyłem się na trawie, podłożyłem plecak pod głowę i spojrzałem na bezchmurne niebo. Najpierw zrobiło mi się błogo, a potem na chwilę zasnąłem. Śniło mi się, że łowię ryby w jakiejś górskiej rzece i że tracę równowagę, macham rękoma i wreszcie wpadam do wartkiej wody. Obudziłem się i nie wiedziałem, gdzie jestem. Przez wąską szparkę zobaczyłem, jak Ela pochyliła się nade mną, jej twarz przybliżyła się do mojej, a potem odwróciła się i wyszeptała do kogoś z boku – wydaje mi się, że chyba się obudził.

Plenerowa restauracja i łowisko pstrągów.
             Złoty Potok to czysta górska rzeka, dlatego trudno dziwić się, że okolica jest znana z pstrąga. Pomyślałem więc o obiedzie w Moszczance. To był dobry pomysł – wszyscy się ze mną zgodzili. Pożegnaliśmy więc naszych gospodarzy i ruszyliśmy w drogę. Za wiaduktem starej linii kolejowej zaczyna się równina, jedziemy spokojnie i nie mam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek szaleństwo. Tu i tak wszystko toczy się leniwie, nawet rwąca rzeka traci temperament.
                Jedziemy więc do tej Moszczanki. Tu podobno jest łowisko pstrąga, smażalnia i niezła restauracja – sprawdzimy. Byliśmy na głównej drodze do Prudnika. We wsi przy dużej tablicy informacyjnej skręciłem w prawo, a potem jeszcze raz w prawo i po znakach, bez trudu trafiliśmy na miejsce. To ciekawie urządzona, plenerowa restauracja z łowiskiem. Można wziąć wędkę i samemu, złowić coś na patelnię. Okazało się, że oprócz pstrąga można tu dostać także: suma, miętusa, sandacza i jesiotra. Nigdy przedtem nie widziałem pływającego jesiotra, a tutaj – tutaj, tak. Obiad był boski.

Wracamy do Opola. 
              Dwie godziny później ruszyliśmy z powrotem - przez Prudnik i Prószków - do Opola. Za nami dwudniowy wypad na południe województwa opolskiego. Piękna wycieczka. Po drodze odwiedziliśmy: zamek w Rogowie Opolskim, zamek w Musznej, byliśmy na rynku w Prudniku, no i weszliśmy na najwyższy szczyt Gór Opawskich po polskiej stronie - czyli na Biskupią Kopę. Polecam.

.......................................................................................................................................................

Informacje dodatkowe  - w poście ,,Porady - Polska"  w dziale ,,Opolszczyzna"


2 komentarze:

  1. Ah nasza Kopa Biskupia :) Piekne miejsce! My zazwyczaj wchodzimy czerwonym szlakiem :) lub innym, od strony czeskiej. O pstragach w Moszczance slyszelismy juz bardzo duzo, ale jeszcze nie bylo okazji ich sprobowac :) Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wycieczka :) W Jarnołtówku tez jest łowisko i chyba pstrągi lepsze ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń