piątek, 14 listopada 2014

Opolszczyzna (cz.III.). Biskupia Kopa.

Jarnołtówek - 70 kilometrów na południe od Opola, u podnóża Biskupiej Kopy.
...................................................................................................................................................................
Mamy dzisiaj za sobą dwa zamki: jeden w Rogowie, a drugi w Mosznej. Przed nami ostatni etap weekendowej wycieczki. Jutro po śniadaniu idziemy w góry - wchodzimy na Biskupią Kopę. Jeszcze dzisiaj zatrzymamy się jednak na chwilę na rynku w Prudniku, a wieczorem posiedzimy przy ognisku w Jarnołtówku. Taki jest nasz plan. Pogoda nam jakoś dopisuje i do tego świetnie się jedzie - drogi są dobre. Tutaj w ogóle dobrze się jeździ - to ładne tereny. Przez tutejsze wioski zawsze jadę wolno, nawet poniżej tego co mówią przepisy drogowe. Lubię popatrzeć na ten przydrożny porządek, ładne domy i kolorowe ogródki. Na Opolszczyźnie tak właśnie jest. Podobno wioski rywalizują w ramach jakiegoś konkursu, o to która jest piękniejsza. Podoba mi się to.
Droga za Ligotą Pruszkowską -  w stronę Prudnika.
Zanim ruszymy tak naprawdę do Jarnołtówka, kręcimy się trochę po okolicy - wśród łąk i lasów, z dala od głównych dróg - na granicy Borów Niemodlińskich. Z głośników sączy się cichutko, kawałek za kawałkiem Amy Winehouse. Zrobiło się sielankowo. Otworzyłem wszystkie okna w samochodzie i do środka wpadł ciepły wiatr. Wyjechaliśmy powoli z bocznej drogi, w piękną dębową i do tego szeroką aleję. Korony starych drzew pozamykały się nad nami i wtedy popłynęliśmy wraz z Amy i z tym wiatrem - w długim, zielonym tunelu. Nikogo na drodze oprócz nas nie było więc dodałem gazu -  to było przyjemne, jechaliśmy coraz szybciej i szybciej. Widziałem przez chwilę tuż nad asfaltem rozedrgane ciepłe powietrze. Pomyślałem, że samochód zaraz zacznie się unosić, ale tak się nie stało. Po prostu rozmarzyłem się trochę. Zwolniłem, gdy zobaczyłem zbliżający się z daleka czerwony punkcik. W lusterku nikogo nie było. Dębowa aleja została za nami. Po lewej las, po prawej las, a przed nami droga na południe - prosto do Prudnika. Jesteśmy coraz bliżej Gór Opawskich
Jesteśmy na obrzeżach Borów Niemodlińskich
Od Chrzelic ciągną się już tylko rzepakowe i pszeniczne pola. To otwarta przestrzeń -  zamknięta jedynie od południa pasmem gór. Coraz częściej jedzie się tu równo - jak po stole. Pamiętam czasy gdy mówiło się, że w Czechach mają świetne drogi, a u nas to istne dziadostwo. Żeby nikogo nie urazić to powiem tak; u nas wiele zmieniło się na lepsze, a u nich też się zmieniło - ale nie na lepsze. Teraz kto nie musi wjeżdżać do Białej lub Prudnika, może ominąć je nowymi obwodnicami. No, ale nas Prudnik dzisiaj interesuje - więc tym razem, przez wielkie rondo spróbujemy wepchnąć się do miasta. 
Ratusz w Prudniku.
Ruch na ulicach był niewielki i pewnie dlatego bez większych trudności, dojechaliśmy do centrum. Samochód zostawiliśmy na Placu Zamkowym i wolnym krokiem poszliśmy w stronę rynku. Prudnik to powiatowe - dwudziestotysięczne miasto. Swój początek - tak na dobre, datuje od połowy trzynastego wieku. W przeszłości nazywane było na dwa sposoby: miasto jako lokowane na prawie niemieckim otrzymało nazwę Neustadt czyli Nowe Miasto, ale jeszcze w czternastym, a nawet siedemnastym wieku używano zamiennie nazwy Prudnik. Z kolei w dziewiętnastym i dwudziestym wieku - Neustadt in Oberschlesien. Leży w zakolu rzeki Prudnik i Złoty Potok. Najstarszym zabytkiem Prudnika jest wieża Woka - ocalały fragment średniowiecznego zamku z drugiej połowy XIII wieku. Właśnie w tym miejscu, miasto wzięło swój początek  -  rozwijało się i upadało i znowu podnosiło, dotykane przez plagi chorób, kataklizmy i wojny zawsze odżywało. Tak szczerze mówiąc - teraz jest to ciche i spokojne miasteczko na pograniczu Polski i Czech. Warto tu zajrzeć i pobyć choćby chwilę - jest tu wiele ciekawych i pięknych miejsc i rzeczy z przeszłości.
Prudnicki rynek.
Do rynku doprowadziła nas ulica Zamkowa i jej barokowe osiemnastowieczne kamieniczki. Kiedyś w jednej z nich była podobno gospoda, a w innej browar. Uliczka jest krótka - więc kilka kroków i przed nami otworzył się  plac z ratuszem na środku. Podoba mi się tu - jest lepiej niż myślałem. Do tego ciągle mamy dobrą pogodę - jest ciepło i słonecznie.  Ratusz stał tu od zawsze, a ten obecny pochodzi z osiemnastego wieku. Jest smukły i strzelisty. Liczy sobie trzy piętra oraz poddasze i ładnie się prezentuje wraz z wysoką na ponad sześćdziesiąt metrów wieżą. Są przytuleni do siebie jak dobrana para. Przed ratuszem od strony ulicy zamkowej stoi imponująca kolumna maryjna poświęcona ofiarom dżumy, która dotknęła miasto w 1624 roku. Z drugiej zaś strony rynku - barokowa figura św. Jana Nepomucena z 1773 roku. Ciekawe są jej detale - u stóp świętego są  dwa aniołki, jeden z nich trzyma w ręce język, a drugi palec na ustach, co ma symbolizować zasadę tajemnicy spowiedzi, a na cokole można odnaleźć  herb Prudnika oraz bardzo ciekawą scenę zrzucenia św. Jana do Wełtawy z praskiego mostu Karola. Nasz spacer po rynku kończymy na ławeczce, obok fontanny. Zdjąłem plecak, usiadłem ze zmęczenia i rozprostowałem nogi, unosząc stopy lekko do góry  - spojrzałem na czubki własnych butów i uświadomiłem sobie dopiero teraz, że to nie jest byle jaka fontanna. Zżerała mnie ciekawość wiec pośpiesznie zacząłem szukać w plecaku, mojego przewodnika. Po chwili wiedziałem już wszystko. Siedzieliśmy obok barokowej fontanny z 1695 roku. W jej środku stoi rzeźba atlantów dźwigających muszlę, a ponad tym  góruje dwugłowy orzeł z wielką koroną Habsburgów. Cacko.  Żadne miasto na świecie, nie powstydziło by się takiego eksponatu.  
Góry Opawskie. 
Z Prudnika do Jarnołtówka mamy tylko dwanaście kilometrów. Za chwilę ruszamy w drogę - sprawdziłem więc na mapie jak najlepiej się stąd wydostać. Już wiem - byle tylko do trasy numer 40, czyli na wylot w kierunku Głuchołaz. No, to do roboty. Bez trudu włączyliśmy się do ruchu w ulicę Kościuszki i problem mieliśmy rozwiązany - byliśmy teraz na właściwej drodze. Po trzech kilometrach, na końcu Łąki Prudnickiej jest dobrze oznakowany zjazd na Pokrzywną - to nasz kierunek. Wreszcie na horyzoncie pojawiły się pierwsze górskie grzbiety - są pięknie oświetlone popołudniowym słońcem. Cały czas jedziemy wzdłuż Złotego Potoku - możemy teraz popatrzeć na zbliżające się wzgórza. Przed nami pasmo Gór Opawskich - najdalej na wschód wysunięta część Sudetów. Teraz gdy granica pomiędzy Polską i Czechami jest otwarta - całe pasmo jest dostępne  - i to jest piękne -  można swobodnie się tu poruszać. Powszechnie znaną, lubianą i odwiedzaną przez turystów jest tutaj  Biskupia Kopa. Jedni przyjeżdżają tu aby pochodzić po górach, inni tylko aby wejść właśnie na ten jeden jedyny szczyt - każdy ma swoje priorytety i robi to co lubi. Warto pamiętać, że pasmo jest rozległe i jest tu sporo fajnych szlaków do wędrowania.
Dolina Złotego Potoku - przez Pokrzywną do Jarnołtówka. 
Za wiaduktem kolejowym najpierw zakręt w lewo, potem w prawo i tablica, która mówi, że wjechaliśmy do Pokrzywnej. Zwolniłem jeszcze bardziej - jesteśmy w dolinie nad Złotym Potokiem. Już na pierwszy rzut oka czuję, że jest to bardzo przyjazne miejsce. Po lewej stronie mijamy duże i ładnie położone kąpielisko, a dalej  przy drodze i nieco w głębi zwykłe domy i pensjonaty. Widać że jedne powstały zupełnie niedawno, a inne pochodzę sprzed kilkudziesięciu lat. Najpierw przywitała nas Willa Daglesia, a na koniec pożegnał hotelik w stylu  tyrolskim, a może szwajcarskim już sam nie wiem. Wielu przyjezdnych zatrzymuje się na dłużej właśnie tutaj, w Pokrzywnej - to świetna baza do wypadów w góry. My umówiliśmy się jednak na nocleg w Jarnołtówku - więc musimy  jechać dalej. Gdyby nie tablica informacyjna nie wiedzialbym, czy jeszcze jesteśmy w Pokrzywnej, czy już w Jarnołtówku. Wszystko łączy tu rzeka i dolina. 
Jarnołtówek - kościół św. Bartłomieja.
Jarnołtówek to wieś o bardzo długiej i ciekawej historii. Jej udokumentowany początek sięga trzynastego wieku i wiąże się ściśle z niejakim Arnoldem, od którego wszystko się zaczęło. Podobno przybył  tu któregoś dnia z Frankonii, zobaczył i powiedział, że nigdzie się stad nie ruszy. Tak się chłop w to wszystko wkręcił, że wpisał się na trwałe w tutejszą historię. W pierwszej wzmiance z 1268 roku mówi się, że istniała tu Arnoldi Villa, a w kolejnej Arnoldsdorff czyli wieś Arnolda. Wygląda na to, że Arnold był tu postacią znaczącą, tym bardziej, że podobno posługiwał się pieczęcią i to z wizerunkiem jednorożca. Historia ta obrosła już nawet w legendę. Jednorożec - czyli zwierz o długim i ostrym jednym rogu, biegał podobno po okolicznych górach i lasach i był postrachem dla tubylców. http://www.miejsca-tajemne.pl/index.php/pl/miejsca-tajemne-4/mity-i-legendy-5/18-co-wydarzyo sie-w-lesie Wiele lat później, działy się tu jeszcze ciekawsze rzeczy: wydobywano złoto i zjeżdżali  tu rożnej maści poszukiwacze z całego świata, odbywały się  słynne procesy czarownic, a po wojnie trzydziestoletniej przywleczono tu dżumę, która zdziesiątkowała mieszkańców - prawdziwą udręką były też liczne powodzie. Przyszedł jednak i lepszy czas, a nawet czas prosperity. Przed  drugą wojną światową nastąpiło tu widoczne ożywienie - na okolicznych stokach budowano stylowe wille, a w dolinie Złotego Potoku powstały domy wczasowe, sanatoria i pensjonaty. Góry Opawskie budziły coraz większe zainteresowanie turystów i kuracjuszy. I tak jest do tej pory. 
Jarnołtówek.
Uśmiechnięta gospodyni  - witała nas już od furtki. Pół godziny później byłem po kąpieli i przebrany w czyste rzeczy, usiadłem w wiklinowym fotelu na werandzie. Był jeszcze czas do kolacji więc otworzyłem kryminał, który zabrałem ze sobą. Bez pośpiechu znalazłem właściwą stronę i razem z detektywem Monkiem, przeniosłem się tym razem w mroczne zakątki Paryża. Zaczytałem się na dobre. Dopiero głos Eli kazał mi wracać do rzeczywistości - chodź, idziemy na kolację powiedziała zza pleców, przechylając się przez moje lewe ramię. Wścibiła nos w książkę i dodała - a to, kryminałki się czyta. A, co nie wolno? - zapytałem retorycznie. No, dobrze, dobrze chodźmy już - odparła. Kolację zjedliśmy przy dużym drewnianym stole, na środku zadbanego ogrodu. Lubię gdy ludzie siadają wspólnie do stołu, szczególnie na dworze, lubię tę ciszę i słońce i lubię ten cień rozłożystej jabłoni i gdy ktoś mnie pyta - czy jeszcze napiję się  kawy. Tak, czasem lubię napić się jeszcze  kawy - to mi się zdarza. I lubię  gdy ktoś obok rozpali ognisko - nie pytając mnie ogóle o zdanie. Dzień pomału dobiegał końca - zrobiło się sentymentalnie i nastrojowo. Wciąż jeszcze świeciło słońce, ale czuło się, że nadciąga wiatr, a po nim być może nawet deszcz. To niczego dobrego nie wróżyło. Niedługo już będzie ciemno - pomyślałem.  Ustawione w stos szczapy, ogarnął falujący od podmuchów płomień. Wreszcie zapadł zmrok - ognisko rozświetliło sporą część ogrodu, a ja po raz pierwszy tego dnia poczułem się zmęczony. Lżej mi się zrobiło, gdy pomyślałem o łóżku. Łóżko jest moim przyjacielem, nie ma to jak łóżko - natrętnie chodziło mi po głowie. Przez kilka minut szukałem pretekstu, aby pójść i nie wrócić. Chwilami wydawało mi się, że już jestem w moim łóżku - ale to było tylko złudzenie.  W końcu przyznałem się publicznie, do moich skrytych myśli i bez ceregieli odszedłem od stołu. Nikt nie robił mi wymówek. W środku nocy obudziła mnie silna ulewa. Na tarasie światła były pogaszone, wiedziałem więc, że wszyscy śpią. Musiałem jednak wstać, żeby domknąć uchylone okno. Pomruki burzy z dala - nie dawały mi spokoju. Co to jutro będzie? - zastanawiałem się przez chwilę, szybko jednak wróciłem do ciepłego łóżka. 
Rano następnego dnia -  ruszyliśmy na trasę. 
Obudziłem się trochę spóźniony, dom już ożył. Z korytarza dochodziła damsko - damska rozmowa, a z sąsiedniego pokoju spokojna muzyka, zasłony były odciągnięte, a pokój zalany wschodzącym słońcem. Jest dobrze - pomyślałem, po burzy ani śladu, mamy farta, oby tak dalej. Musiałem się upewnić, że to prawda, wyszedłem więc na taras - w ogrodzie nie było jeszcze nikogo. No, zgadza się - weryfikacja wypadła pomyślnie. Do reszty wybudził mnie lekki, orzeźwiający, poranny wiaterek, a krótki spacer na boska po mokrym trawniku, sprawił mi wyjątkową przyjemność. Chwilę później byłem już w łazience. Na śniadanie także się spóźniłem, ale obyło się bez komentarzy. Pół godziny później na ogrodowym stole, rozłożyłem mapę tego terenu - wszyscy się zeszli - a ja wskazującym palcem pokazałem co nas dzisiaj czeka - idziemy na Biskupią Kopę.
Droga Amalii nad Anusią. 
Żółty szlak, to najłatwiejsza trasa jaką mogliśmy sobie wybrać, no ale cóż - nam to odpowiada. Nie specjalizujemy się w profesjonalnym łażeniu po górach, ale też nie odpuszczamy ciekawych propozycji - oczywiście na miarę naszych możliwości. Tak na dobrą sprawę - to jest taki górski spacer. Biskupia Kopa to szczyt wysoki na 890 m n.p.m. - to od wieków góra graniczna, najpierw dzieliła biskupstwa wrocławskie i ołomunieckie, później Habsburgów i Hohenzollernów, przed wojną Czechosłowację i Niemcy, a współcześnie Czechy i Polskę. Może warto więc zapamiętać, że Biskupia Kopa po czesku to Biskupská kupa, a po niemiecku Bischofskoppe - to tak zupełnie na marginesie.
Idziemy żółtym szlakiem - tutaj droga łagodnie się wspina. 
Teraz Biskupia Kopa bardziej łączy niż dzieli - można swobodnie, bez przeszkód chodzić po tych pięknych górach. Ale jeszcze wcale nie tak dawno, tej swobody nie było, niejeden bogu ducha winny turysta, wzięty do "niewoli" przez tutejsze służby graniczne musiał się nieźle natłumaczyć - ludzie byli legitymowani, zawracani, a niekiedy zatrzymywani i to na dłużej. Chciałeś se człowieku pochodzić po górach, wejść na wieżę widokową i popatrzeć na okolicę, a tu masz babo placek - zza krzaków wychodzili mundurowi i przygoda się kończyła. Zaczynała się za to gra nerwów i szukanie sposobów - jak wyrwać się z tej matni. Nawet lokalne gazety, ekscytowały się wtedy takimi historiami - pamiętam. No, ale od 2007 roku - jest już zupełnie inaczej.
Koniec strefy bukowego lasu.
Opatrzność nad nami czuwa, w nocy lało jak z cebra i to mnie przestraszyło. Bałem się, że będzie to spaprany dzień - słońce jednak znowu jest z nami. Minęliśmy ośrodek "Ziemowit" i dobrze przygotowanym szlakiem, idziemy wolno w cieniu wysokich drzew. Jesteśmy na drodze Amalii nad Anusią, a do schroniska mamy stąd, jakieś półtorej godziny. Droga cały czas łagodnie wznosi się ku górze. Nie dość, że szlak jest dobrze oznakowany, to po drodze jest wiele tablic informacyjnych i poglądowych, dotyczących roślinek i wszelakiego rodzaju żyjątek na tym terenie - to jest fajne i pomaga w poznawaniu gór.
Wśród dorodnych i strzelistych świerków.
Z dorodnego bukowego lasu, niepostrzeżenie przeszliśmy w obszar strzelistych świerków. Od ponad kwadransa jesteśmy sami, jakoś na szlaku nie ma ludzi, jesteśmy tylko my. Cichutko rozmawiamy, a towarzyszy nam jedynie świergot ptaków i leciutki szum górskiego lasu. Lubię chodzić na Kościeliską albo Chochołowską ale tam są tłumy, a tu cisza i spokój. Góry Opawskie to piękny zakątek Polski.
Wyrąb w górach.
No, nareszcie są ludzie - obejrzałem się i ku mojemu zdumieniu zobaczyłem chłopaka na rowerze. Zbliżał się do nas jakby bez wysiłku, a przy mijaniu pozdrowił krótkim machnięciem ręki i miłym uśmiechem. Był świetny w tym co robił, miał doskonałą technikę jazdy pod górę. Ja bym chyba tak nie dał rady - pomyślałem. Okazuje się, że w najbliższym otoczeniu jest kilka szlaków pieszych oraz dwie ścieżki dydaktyczne, a także ścieżka rowerowa. Dowiedziałem się tego z przewodnika. Pomyślałem sobie, że może następnym razem, spróbujemy pójść szlakiem czerwonym z Pokrzywnej - to może być ciekawe. Tak, tak - musimy tu jeszcze kiedyś przyjechać. Chwilę później zobaczyłem po prawej stronie ścieżki, drewniany szałas - doskonałe miejsce na odpoczynek. To nie był jeszcze czas by wyciągać kanapki z plecaka, ale zaspokoić pragnienie i owszem.


Na rozstaju dróg - ścieżka Langego. 
Ten gęsty las, strzelistych świerków zauroczył mnie. Krótki odpoczynek był nam potrzebny - dlatego bez wahania rozsiedliśmy się w szałasie. Z oddali dobiegały głosy - to od Jarnołtówka powoli zbliżali się ludzie. Siedzieliśmy sobie na ławeczce jak na małej trybunie i przyglądaliśmy się przechodzącym. Najpierw była wielopokoleniowa rodzina, za nimi szła para zakochanych i dwie przyjaciółki emerytki, a jeszcze dalej za nimi  kilkoro rozgadanych maturzystów. Zlustrowałem ich wszystkich dokładnie. To nie była jakaś amatorszczyzna. Każdy z nich miał coś z dobrego turysty. Nawet zachowywali się przyzwoicie. Odprowadziłem ich wzrokiem i znowu zapanowała cisza.
Podejście do schroniska.
Czas na nas, ruszamy - znowu jesteśmy sami. Bez trudu doszliśmy do małej kamiennej kapliczki, a tam przy wyrębie i rozstaju dróg zdecydowaliśmy się pójść w prawo - ścieżką Langego. To bardziej strome i obliczone na jakieś trzydzieści minut - podejście do schroniska. Cały czas trzymamy się żółtego szlaku. Nie zawsze tu świeci słońce - góry to góry, jakie by one nie były, potrafią także być groźne - pomyślałem na widok połamanych drzew. To nie żarty przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłem zawieszony na drzewie obraz Matki Boskiej. Nie robi się takich rzeczy bez przyczyny - tu musiał rozegrać się kiedyś, jakiś dramat. Góry dają radość i przyjemność, ale pełne są także ludzkich tragedii. Zawsze trzeba pamiętać, że góry to góry i tyle - tu nie ma żadnej filozofii, to twarde reguły. Na stromym podejściu - zobaczyłem najpierw drewniane schody, a nad nimi schronisko.
Schronisko pod Biskupią Kopą. 
Stąd już blisko na Biskupią Kopę. Ostatni odcinek ścieżki Langego trochę dał nam w kość i dlatego zostajemy tu na dłużej. Słońce towarzyszy nam dzisiaj od samego rana, jest ciepło i przyjemnie, znaleźliśmy więc sobie miejsce na tarasie. Zmówiłem dla wszystkich herbaty -  resztę mieliśmy w plecakach. Lubię jeść kanapki własnej roboty - gdzieś daleko w górach i co ciekawe, im gorsza pogoda tym lepiej mi smakują. Ostatnio na Stogu Izerskim w listopadowy dzień, piłem wyśmienitą herbatę z cytryną - była taka dobra, że już sama myśl o tym, przywraca mi wspomnienie tamtego dnia. Spojrzałem z góry, żeby zobaczyć jak inni podchodzą pod schronisko - na dole było kilka osób.
Pełna informacja - tu nie można się zgubić.   
Tu przecina się kilka szlaków - co istotne, są bardzo dobrze oznakowane. To nie są góry dla wyczynowców, to są raczej góry dla ludzi którzy chcą zaznać przyjemności w wędrowaniu nieznanymi, pięknymi ścieżkami. Uwielbiam schroniska takie jak to, stworzone najczyściej dawno, dawno temu - przez ludzi zakochanych w górach. To takie przystanki i oazy domowego ciepła dla strudzonego wędrowca, a czasami także dla potrzebujących pomocy.
Schronisko pod Biskupią Kopą ma bogatą  historię. 
Schronisko po Biskupią Kopą jest uroczo położone, ma także ciekawą historię, sięgającą lat dwudziestych ubiegłego wieku. Początki były bardzo skromne - najpierw był to pojedynczy barak z dobudowaną werandą, wewnątrz była jadalnia, a także około trzydziestu miejsc noclegowych. Po kilku latach okazało się, że potrzebny są coraz większe - dlatego zdecydowano o rozbudowie. Chodzenie po górach w tym regionie, w tamtych czasach stało się swoistą modą, a na szlakach pojawiało się coraz więcej turystów. Tuż przy starej części schroniska - postawiono nową, jednopiętrową. Znalazło się tam miejsce na mieszkanie zarządcy, pomieszczenia kuchenne i dziewięć pokoi, a w dużej sali noclegowej, mogło wtedy pomieścić się około osiemdziesięciu osób na materacach. Jeszcze przed wybuchem wojny, powiększono schronisko o dobudówkę, w której otwarto salę dzienną oraz trzy pokoje sypialne, powstały także umywalnie i toalety. Schronisko było wtedy ogrzewane piecami, a oświetlane lampami gazowymi.
Żegnamy schronisko. 
Po wojnie schronisko dość długo świeciło pustkami, ponieważ chodzenie po górach w tak zwanych strefach nadgranicznych mogło odbywać się jedynie pod okiem żołnierzy, którzy pełnili tu służbę i pilnowali granicy. Później bywało rożnie - raz było zamknięte, innym razem otwarte, aż do czasu gdy życie stało się normalne. Teraz jest tu pięćdziesiąt miejsc noclegowych w pokojach dwu- i wieloosobowych, jest też sala restauracyjna na ponad sześćdziesiąt osób i bufet w którym można zamówić coś do picia lub zjedzenia, na zimno lub na gorąco. Wypiliśmy herbatę i zjedliśmy pierwszą transzę naszych ulubionych kanapek, bierzemy więc tyłki w troki i w drogę. Przed nami dwadzieścia minut marszu na szczyt. Ostatnie spojrzenie na schronisko - podoba mi się, dobre miejsce.
Podejście na Biskupią Kopę. 
Po kilku minutach zaczęło się ostre podejście. Co chwilę otwierają się piękne panoramy na okolicę - aż chce się żyć albo jak mawia mój kolega - aż chce się wyć. Dobrze, że mamy solidne buty - to jest podstawa przetrwania w górach. Czasami jak bywam w Tatrach, widuje ludzi w sandałach, a nawet i w klapkach ( o zgrozo) - tutaj nikogo takiego jakoś nie spotkałem. No i zaczęła się niezła górka - chyba puls mi trochę skoczył, trzeba uważać, bo jest sporo ostrych kamieni. Przez chwilę idziemy wzdłuż polsko - czeskiej granicy. Można przysiąść nawet na granicznym słupku. Nieco zmęczony podniosłem wzrok i zza świerkowych gałęzi, zobaczyłem fragment białej murowanej wieży. Byliśmy blisko celu - przeszliśmy już na czeską stronę.
Wieża na Biskupiej Kopie.
Jak widzę wieżę na szczycie góry, to przychodzi mi do głowy taka myśl, że ludzka wyobraźnia, a ciekawość szczególnie - nie zna chyba granic. Wchodzą ludzie na górę na ogół z chęci poznania i odkrywania nowych fascynujących miejsc. Stają na wierzchołku i mówią "ale tu pięknie i jak daleko widać" i ich marzenia spoglądania na świat z góry spełniają się - ale czasami nie do końca. Niektórzy gotowi są usypać dodatkowo kupę kamieni na szczycie  by zobaczyć jeszcze więcej, wejść na nie i szukać dalszych horyzontów. Szczerze mówiąc, nie widzę w tym nic złego. Tak zapewne było właśnie i tutaj - na Biskupiej Kopie. Zaczęło się to wszystko w 1875 roku - zbudowano tu wtedy pierwszą kamienną platformę widokową, a w piętnaście lat później postawiono kolejną - drewnianą i wysoką na trzynaście metrów wieżę, w kształcie ściętego ostrosłupa. Ta jednak też nie wytrzymałą próby czasu i 28 sierpnia 1898 roku przecięto wstęgę przy nowej, tym razem murowanej i jeszcze wyższej - bo mierzącej osiemnaście metrów wieży. Na jej koronie namalowano panoramę z okolicznymi szczytami i właściwymi opisami. W zasięgu wzroku znalazła się wielka równina na północy i najbliższe góry na południu.
Góry Opawskie.
Najpierw musieliśmy odpocząć, a potem (za niewielką opłatą) - wąskimi drewnianymi schodkami weszliśmy na samą górę wieży. Pogodę mamy  dobrą, więc widoki są wspaniałe. Jakiś starszy mężczyzna trzymając w wyciągniętej ręce lornetkę, podszedł do mnie i powiedział nieco ściszonym głosem - proszę niech pan se popatrzy. Cholera dlaczego to tak jest, że w górach spotyka się statystycznie więcej uprzejmych ludzi niż na nizinach - zastanowiłem się przez moment. Tu nieznajomi na szlakach  się witają i uśmiechają - są dla siebie mili i na ogół gotowi do niesienia pomocy, a na nizinach obojętność, a czasem i chamstwo stają się coraz powszechniejsze. No, może trochę przesadziłem, ale chyba jednak coś w tym jest. Podziękowałem i skorzystałem  z propozycji starszego pana. To była profesjonalna wojskowa lornetka z lat osiemdziesiątych.  Na dole kupiliśmy pocztówkę z widokiem wieży, a miły Czech przyłożył do tego stempelek. Postanowiliśmy, że zostaniemy tu jeszcze z pół godziny. Usiadłem więc na ławce w cieniu, zdjąłem plecak i na chwilę przysnąłem.    
Zejście - wracamy do Jarnołtówka.
Droga powrotna była jeszcze bardziej przyjemna, niż wejście na szczyt. Stromym zejściem dotarliśmy z powrotem do schroniska - tym razem krótki przystanek i ruszamy dalej. A tak przy okazji, dowiedziałem się, że znaleźliśmy się dokładnie na trasie Głównego Szlaku Sudeckiego imienia Mieczysława Orłowicza, który prowadzi aż do Świeradowa i liczy sobie ponad czterysta kilometrów. Tym razem postanowiliśmy nie skracać drogi - krótszym zejściem do placu Langego. Jest tu tak ładnie -  a ponadto mamy tyle czasu -  że wybraliśmy łagodną drogę w stronę Przełęczy pod Kopą. W wysokim lesie cienie grają ze światłem, akompaniuje szum wierzchołków drzew i górskich strumyków. Wzięliśmy się za ręce i byliśmy szczęśliwi jak nigdy dotąd. I tak to nie wiedzieć kiedy -  wyszliśmy na polanę koło Ziemowita.
Górskie strumyki. 
Miałem ochotę napić się górskiej wody i napiłem się. To wspaniałe uczuciowe, obmywać twarz i ramiona zimną wodą z górskiego strumienia. Po drodze takich miejsc jest kilka - to ładne uroczyska. Te strumyczki, tam na dole koło Jarnołtówka i Pokrzywnej, w pięknej dolinie napełnią Złoty Potok rzekę, która przychodzi do Polski od Zlatych Hor i łącząc się z Prudnikiem niesie swoje wody, aż do Odry. W Jarnołtówku Złoty Potok płynie pośród rozrzuconych z rzadka zabudowań, przeplatając się z wiejską drogą. Jest rzeką górską z wieloma małymi kamiennymi progami, na których w kilku miejscach powstają śliczne niewielkie wodospady. Pomiędzy Jarnołtówkiem a Pokrzywną rzeka, płynąc na wschód przeciska się między stokami Biskupiej i Srebrnej Kopy, a pasmem dużo niższych, wzgórz od północnej strony. Tak tworzy się dolina Złotego Potoku. Za Pokrzywną już łagodnieje i wśród zabudowań Moszczanki i Łąki Prudnickiej zmierza spokojnie do ujścia.
Moszczanka.
Prawie sześć godzin spędziliśmy na górskiej wędrowce. Położyłem się na trawie, podłożyłem plecak pod głowę i spojrzałem w bezchmurne niebo. Zrobiło mi się błogo i na chwilę zasnąłem. Śniło mi się, że łowie ryby w jakiejś górskiej rzece i że nie wiedzieć czemu, straciłem równowagę i rozpaczliwie machając rękami wpadłem do wody. Obudziłem się gwałtownie, jakby z obawy, że się utopię - ale ten krótki sen dobrze mi zrobił. Dobrze, dobrze już wracamy do domu - powiedziałem spoglądając na Elę. 
Łowisko w pstrągów.
Złoty Potok to czysta górska rzeka. Już wcześniej wiedziałem, że musimy tu gdzieś zapolować na pstrąga. Byliśmy głodni więc pomysł na obiad w Moszczance, wszystkim przypadł do gustu. Pożegnaliśmy naszych gospodarzy i wolniutko ruszyliśmy w powrotną drogę. Za wiaduktem starej linii kolejowej zaczyna się równina, jedziemy wolno i nie mam ochoty przyspieszać - tu życie toczy się leniwie, nawet rwąca rzeka staje się spokojniejsza. Droga sama prowadzi nas na łowisko pstrągów - jest dobrze oznakowana, nie można więc zabłądzić.
Plenerowa restauracja w Moszczance. 
Kiełb, głowacz, okoń, lipień, pstrąg potokowy i pstrąg tęczowy, takie ryby pływają podobno w Złotym Potoku - w końcu to górska rzeka. W okolicy jest kilka łowisk i smażalni - my jedziemy do Moszczanki. Skręciliśmy w prawo na dobrze oznakowanym zjeździe z głównej drogi - prowadzącej do Prudnika. To taka gustownie urządzona, plenerowa restauracja z łowiskiem - miejsce na spędzenie kilku miłych chwil. Nie ma co się spieszyć, można wziąć wędkę i samemu, złowić coś na patelnię. Oprócz pstrąga można tu dostać także suma, miętusa, sandacza i jesiotra. Nigdy przedtem nie widziałem pływającego jesiotra - po raz pierwszy zobaczyłem go właśnie tutaj. Pstrągi z Moszczanki są wyśmienite. To był wspaniały dzień: piękny poranek, spacer do schroniska pod Biskupią Kopą, wejście na szczyt, widoki z wieży i na koniec smaczny obiad w Moszczance.
Wracamy do Opola. 
Późnym popołudniem wracamy przez Prudnik i Prószków do Opola. Za nami dwudniowy wypad na południe  województwa opolskiego. Byliśmy: na zamku w Rogowie Opolskim, zamku w Mosznej i weszliśmy na najwyższy szczyt Gór Opawskich (po polskiej stronie) na Biskupią Kopę. Polecam - można tu zobaczyć  wiele  pięknych  miejsc, a jednocześnie zafundować sobie dużo ruchu. Jednym słowem -  coś dla ducha i dla zdrowia. Nie zapominajmy więc, że Opolszczyzna ma swoje góry.

..................................................................................................................................................................
Informacje dodatkowe  - w poście ,,Porady - Polska"  w dziale ,,Opolszczyzna"


2 komentarze:

  1. Ah nasza Kopa Biskupia :) Piekne miejsce! My zazwyczaj wchodzimy czerwonym szlakiem :) lub innym, od strony czeskiej. O pstragach w Moszczance slyszelismy juz bardzo duzo, ale jeszcze nie bylo okazji ich sprobowac :) Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wycieczka :) W Jarnołtówku tez jest łowisko i chyba pstrągi lepsze ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń