czwartek, 16 lipca 2015

Chorwacja po raz czwarty - jedziemy na Hvar (cz. IV.)

Trasa dojazdu: Opole – Prudnik – Krnov – Bruntal – Ołomuniec – Brano – Mikulov - Poysdorf – Wiedeń – Graz – Maribor – Karlovac (Vukmanicki Cerovac – nocleg) – Split – Stari Grad. W sumie 1166 kilometrów.

Na wyspie: Stari Grad - Hvar – wioska Velo Grablje - Vrboska - zatoka Vela Stiniva - Jelsa - plaże w Zavala, Ivan Dolac i Sveta Nedjelja - Sucuraj.


Droga powrotna: Stari Grad – Sucuraj - Drvenik (prom) – Ljubuśki (Bośnia) – wodospady Kravica – Medjugorje - Počitelj - Blagaj – Mostar (nocleg) – Jajce – Banja Luka – Gradiśka - Keszthely nad Balatonem (nocleg) - Gyor – Bratysława – Brno – Ołomuniec - Opole. W sumie 1323 kilometry.
...................................................................................................................................................................

Droga powrotna
Do  domu wracamy przez Sućuraj - małe miasteczko, położone na wschodnim przylądku wyspy Hvar, na jego najdalszym cypelku od strony Riwiery Makarskiej, jakieś trzy mile morskie od wybrzeża. Sucuraj leży też na początku drogi, łączącej wszystkie miejscowości na wyspie i biegnącej, aż do miasta Hvar - to droga oznaczona numerem 116. Dla nas to jest akurat przystanek końcowy, ale nie zawsze tak nie musi być. My przypłynęliśmy na wyspę ze Splitu, a odpływamy właśnie z Sucuraj, jednak wiele osób robi zupełnie inaczej, dostają się na wyspę właśnie tędy - przez ten niewielki port i tu rozpoczynają swoją wędrówkę.

Sucuraj


Gdzieś, kiedyś przeczytałem, że to beznadziejna mieścina na którą szkoda czasu, że to tylko krótki przystanek w drodze. No, ale jeżeli już tu jesteśmy, to może warto zobaczyć co jest prawdą, a co nie. Ustawiliśmy samochody w kolejce na prom, Ela kupiła bilety i ruszyliśmy na mały spacer. To był dobry pomysł. Przecież nie będę siedział znudzony w samochodzie, bez sensu - tak mi się przynajmniej wydawało. Od razu widać, że port ożywia miasteczko. Promy tu pływają od piątej rano do dziesiątej wieczorem, po kilkanaście razy w jedną stronę - przypływa tu i odpływa cała masa ludzi każdego dnia. Ruch jak w Rzymie, ludzie kręcą się i spacerują - jest fajna i przyjazna atmosfera. I jest coś jeszcze, czego do tej pory nigdzie nie widziałem - tutaj domy łączą się ze sobą, jakby miały tworzyć całość. Okazuje się, że jest to relikt przeszłości, z czasów wojen z Turkami. Łącząc budynki tworzono wtedy swego rodzaju fortyfikacje. Od strony ulic zamykano je przez zewnętrzne wrota i otwierano na wewnętrzny dziedziniec, nadając całości obronny charakter. To ciekawe i rzadko spotykane rozwiązanie. Podobno tutaj też zbiegały się przed wiekami granice wpływów weneckich, tureckich i Republiki Dubrownika. No więc teraz przynajmniej jednego jestem pewien - Sucuraj to nie jest jakaś tam beznadziejna mieścina, tylko ważne i moim zdaniem ciekawe miejsce na mapie Dalmacji.

Prom do Drvenika

Chyba zapomniałem, że mam zegarek, zapomniałem też, że powinienem pilnować czasu i promu. Przypomniało mi się, gdy nagle zobaczyłem jak na końcu zatoki pojawił się biały kolos. Wpływał do wewnętrznego basenu, koło szczytu wysokiego falochronu, ustawiając się powoli do cumowania. Czas przeleciał jak mgnienie, trzeba się zbierać - oznajmiłem wszystkim. Ela zrobiła nam ostatnie zdjęcie i ruszyliśmy w stronę samochodów. Chyba trochę niepotrzebnie przypanikowałem, wszystko toczyło się swoim rytmem i spokojne mogliśmy przygotować się do załadunku. Patrzyłem teraz zza kierownicy, jak ludzie gromadzą się przy wejściu na prom,  a pojazdy wtaczają powoli na pokład. Wszystko działo się w spokojnie i w sposób uporządkowany. Przyszła wreszcie kolej na nas. Wjechałem przy prawej krawędzi i ustawiłem samochód, koło rampy zjazdowej, na drugim krańcu pokładu. Andrzej zatrzymał się tuż za mną i pokazał poniesionym kciukiem, że wszystko  jest w porządku. Odetchnąłem.

Latarnia morska na cyplu wyspy Hvar

Dziewczyny czekały na nas, na górnym pokładzie. Prom powoli wychodził w morze, a z prawej strony otwierała  się wielka, błękitna przestrzeń ograniczona jedynie górami Biokowo. Po lewej burcie mijaliśmy piękną, starą latarnię morską. Co za widok - palce lizać. Prom zmieniał w tym miejscu kurs, opływając przylądek  i ustawiał się w linii prostej w kierunku na przystań w Drveniku. Przed nami półgodzinny rejs. Płyniemy w stronę wielkiej ściany białych szczytów panujących nad okolicą, przy bezchmurnym niebie i wzmagającym się nieco wietrze. Krystyna i Irena nie mogły przepuścić takiej okazji - oparte o reling odrzuciły włosy do tyłu, przymknęły powieki i zaczęły się mizdrzyć do słońca. Widziałem, że sprawia im to przyjemność. Morze, góry, słońce i wiatr we włosach - i my na pokładzie promu, płynącego w stronę wielkiej białej  góry. To nie sen, takie chwile się zdarzają i tego się nie zapomina. Zostają w pamięci i czasem można odwiedzić je we śnie i są wtedy tak piękne jak przedtem, jeśli człowiek ma szczęście, że mu się właśnie przyśniły.

Góry Biokovo

Rozładunek w Drveniku przebiegał spranie i kilkanaście minut później, byliśmy już na Jadrance. To potoczna nazwa drogi numer 8 - od chorwackiego określenia  Jadranska Magistrala.  Trasa jest niezwykła - tu zza każdego zakrętu wyłaniają  się ciągle nowe, zapierające dech w piersiach widoki. Ale nas interesuje dzisiaj coś jeszcze,  potrzebny jest nam gaz do samochodu Andrzeja - musimy znaleźć chorwacki autoplin. Niestety w żadnej z mijanych miejscowości, aż  do Gradaca włącznie nic nie załatwiliśmy. Pomyślałem więc, że najlepiej będzie jak za Baścinskim jeziorem zjedziemy w prawo, do stacji na peryferiach Ploce. Wprawdzie nadkładaliśmy siedem kilometrów - no, ale co tam, niech będzie. Z żalem spoglądałem przez szybę jadącego samochodu na błękitne morze, które za kilka chwil stanie się już tylko wspomnieniem. Zjechałem więc na ostatni punkt widokowy, jaki mógł nam się przytrafić na tej drodze. To miało być pożegnanie - takie ostatnie spojrzenie z wysoka na  wyspę Hvar i półwysep Peljesac.

Bośnia - wodospady Kravice

Granicę z Bośnią przekraczaliśmy na podrzędnej drodze, prowadzącej do wioski Humac i dalej Ljubiśki. Zwykła, prymitywna graniczna wiata, z pojedynczym stanowiskiem do odpraw w dwie strony. Podjechałem powoli pod samo okienko i uprzejmie powiedziałem - dobar dan. Mężczyzna w mundurze z widoczną nadwagą, spojrzał na mnie z góry dając mi wyraźnie  do zrozumienia, że żadne uprzejmości go nie interesują. Sprawiał wrażenie człowieka zmęczonego i trochę ciężko oddychał. Wytarł spocone czoło chusteczką, chwilę odczekał i wreszcie wydusił z siebie w moją stronę - zelena karta. Wpatrywał się w  papier tak długo, aż wzbudził we mnie niepokój - i być może o to mu chodziło. Po chwili jednak twarz mu pojaśniała, jakby znalazł to czego szukał. Machnął niedbale ręką dając mi wyraźnie do zrozumienia, że mogę odjeżdżać. Uf, jedziemy - przed nami dzisiaj jeszcze wodospady Kravice, Medjugorie, Poćitelj, źródła rzeki Buny i na koniec Mostar z kolacją i noclegiem.

Moje tegoroczne odkrycie
Tu nawigacja jest ślepa, ale mam dobre mapy - poradzimy sobie, nic się nie martw, damy radę - powiedziałem spokojnie, do zapatrzonej w drogę Eli. Dobrze, dobrze - odpowiedziała beznamiętnie, wiem, że dasz radę, jestem spokojna. Stąd do wodospadów mamy jakieś dwadzieścia kilometrów - dodałem, żeby miała przekonanie, że panuję nad sytuacją. W Ljubuśki bez problemu znalazłem ulicę Medugorską, a to znaczyło tylko tyle, że do celu został nam już  żabi skok. Słońce było teraz wysoko i dawało się coraz bardziej we znaki. Była dwunasta w południe, gdy zobaczyłem wodospady z góry. Wszyscy byliśmy oczarowani. Co za miejsce, siódmy cud natury - przeszło mi przez myśl. Aż mnie zatkało. Im niżej tym więcej cienia, im bliżej tym lepsze powietrze i wzmagający się szum spadającej wody z wysoka. Nikt nic nie mówił, w milczeniu schodziliśmy do turkusowego jeziorka.

Warto tu zajrzeć
W jednym z przewodników przeczytałem kiedyś, że "Kravica to jeden z najpiękniejszych wodospadów w Bośni i Hercegowinie. Położony wśród bujnej roślinności, zaledwie kilka kilometrów od miejscowości Ljubuśki. Wody rzeki Trebižat spadają tu z wysokości ponad dwudziestu metrów, z zielonych kaskad. Ze względu na malownicze położenie i krystalicznie czystą wodę, jest to popularne miejsce zarówno wśród turystów jak i tutejszych mieszkańców". I to wszystko jest prawdą poza tym, że akurat tutaj rzeczywistość przerasta opis, a nawet - także - moje oczekiwania. Znaleźliśmy się w wyjątkowo pięknym miejscu. Nie zawsze się tak zdarza, ale to przyjemne uczucie. Trochę żal odjeżdżać, czas jednak płynie nieubłaganie. Dzisiaj rządzi nami właśnie czas. Na parkingu jak na patelni, niewiele drzew, więc auta nagrzały się jak duchówki. Trzeba wszystko przewietrzyć i można ruszać.

Żegnamy wodospady
Do Medjugorie mamy z wodospadów szesnaście kilometrów, a więc na tyle blisko, że byłoby grzechem tam nie zajrzeć. Drogi tu marne, ale dość dobrze oznakowane, więc bez problemu - wśród wzgórz - odnaleźliśmy miasteczko. To znane w całej Europie sanktuarium maryjne, podobno zawsze przepełnione tłumami pątników dzisiaj jest jakieś bezludne,  jakby w dzień wolny od świętowania. Na wielkim parkingu od ulicy Lukoć, też panowała pustka. Tylko przy sklepach z dewocjonaliami było tłoczno. Widocznie każdy oprócz wspomnień, chciał coś zabrać stąd ze sobą. Mnie mimo wszystko, wystarczą chyba tylko wspomnienia. Dwie godziny później byliśmy już na szosie do Čapljiny. Najpierw prowadziła nas wąska droga numer 425a, a potem zdecydowanie lepsza M6, z bezpośrednim dojazdem do centrum - tego trzydziestotysięcznego miasta. Piętnaście kilometrów spokojnej jazdy  i byliśmy wreszcie na miejscu. To nie są wielkie odległości, wszystko co nas dzisiaj interesuje jest w zasięgu ręki. Čapljina była nam potrzebna, bo gdzieś musieliśmy przekroczyć Neretvę, żeby dostać się na główną drogę do Mostaru. Przed nami jeszcze dzisiaj, dwa ważne przystanki. Pierwszy z nich to Poćitelj.

Poćitelj

Pięć kilometrów od Čapljiny, tam gdzie szosa prawie styka się z brzegiem turkusowej Neretwy, po prawej stronie wznoszą się imponujące fortyfikacje - widać je z daleka. To Poćitelj - otomańskie miasto, fascynujące miejsce dla miłośników historii i poszukiwaczy pięknych widoków. To wyjątkowa okazja zetknięcia się, z minionym światem muzułmańskiej kultury w tej części Europy. Po wodospadach Kravica, jest to kolejna pięciogwiazdkowa atrakcja turystyczna. Tak sądzę.

Meczet Hadżi-Alija
Tuż przy bramie wejściowej do miasta, w cieniu grubych murów, powitały nas kolorowe stragany z dziewczynami, które jak ognia unikały fotografowania. Tylko, że wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. Gdy zaraz po wejściu, bezwiednie chciałem zrobić zdjęcie, natychmiast schowały się za stołem. Zrobiło mi się głupio i przeprosiłem. No cóż, trzeba to chyba uszanować, nie ma innego wyjścia - pomyślałem. Kamienne schody prowadziły coraz wyżej, a gdy zadarłem głowę  - zobaczyłem, jak miasto rozsiadło się wygodnie na zielonym zboczu. Po lewej stronie górowała imponująca wieża starego bastionu, a z prawej wzbijał się w niebo strzelisty minaret z podwieszoną galeryjką. Brukowana uliczka wspinała się coraz wyżej i wyżej, wśród kamiennych domów, aż  do ruin starego zamku. Tu bez słowa ruszyłem za Andrzejem, który energicznie wchodził na kolejne kondygnacje wysokiej wieży. Kurde, piękny widok - powiedział trochę zmęczony, stając w rozkroku na górze z miną zdobywcy. Tak, piękny - odpowiedziałem resztkami tchu. Byłem wykończony, zasapany i zziajany, ale oddech zaczął mi się powoli wyrównywać. No, teraz było już lepiej. Przytrzymałem się ściany i spojrzałem wreszcie przytomnie przed siebie, a potem w dół. Panorama jest urzekająca - w dolinie wije się piękna Neretwa, a pod naszymi stopami układają się coraz niżej, kamienne dachy starego tureckiego miasta. Doskonale widać islamską medresę, zegarową wieżę i meczet Hadži-Alija. Piękny widok. Szkoda tylko, że Krysia nam trochę osłabła i została gdzieś po drodze. Nie miała dzisiaj najlepszego dnia. Okazało się jednak, że to tylko  chwilowa niedyspozycja.

Otomańskie miasto


Pomiętoszone kanapki, wyjęte z dna plecaka były świetnym pretekstem, by jeszcze trochę posiedzieć tu i pogadać. Teraz przed nami źródła rzeki Buny, zupełnie blisko - jakieś dwadzieścia cztery kilometry od miejsca, w którym teraz jesteśmy. Krysia wreszcie się uśmiechnęła, a to znak, że jest już z nią dobrze. Możemy ruszać. Na drodze nie ma zbyt wielkiego ruchu - jedziemy cały czas na Mostar. Dopiero na  osiemnastym kilometrze zjechałem z głównej drogi, w prawo i tu na chwilę zwątpiłem. Nie pomyliłem się, po prostu zwątpiłem i tyle. Czułem jednak, że Ela w duchu się trochę uśmiała, ale nic nie mówiła. I za to byłem jej wdzięczny. Andrzej stał i czekał spokojnie za mną. Złapałem więc szybko miejscowego, który bez wahania pokazał mi kierunek na Blagaj. Uwierzyłem we wszystko co mówił, bo zdaje się, że nie miałem innego wyjścia. Na wszelki wypadek w samochodzie, na chwilę raz jeszcze spojrzałem na mapę, naniosłem na nią jak kalkę jego słowa, zorientowałem w terenie i spokojnie wrzuciłem jedynkę. Jakoś wszystko mi się zgadzało. Założyłem ciemne okulary i powoli ruszyliśmy w strunę Buny. Nie myliłem się - trafiliśmy bezbłędnie. Ostatnie kilkaset metrów do źródła, trzeba przejść pieszo. Najpierw zobaczyłem wielką skałę, pod nią klasztor i na koniec wypływającą w dole rzekę. Byliśmy na miejscu.

Dotarliśmy do Blagaj
Kurcze, co to za miejsce? - sam sobie zadałem w duchu pytanie. To jakby scenografia do jakiejś baśni. Wszyscy są zachwyceni, widzę po minach. Przeszliśmy powoli na mostek łączący brzegi i na środku, znaleźliśmy punkt z którego widać wszystko jak na dłoni. Z ciemnej otchłani u samej podstawy wielkiej skały, spod 200-metrowego wapiennego klifu, wypływa rzeka, a białe mury stojącego na lewym brzegu klasztoru i głęboki rozległy uskok, który zbiera masy turkusowej wody, z wartko płynącego strumienia - dopełniają obrazu. Każdy chce mieć tu zdjęcie - więc nie odmawiam, mam dobre serce, więc nie odmawiam. Urzekająco piękne miejsce - powiedziała Irenka, gdy robiłem jej ostatnie zdjęcie. Ma rację - pomyślałem. To dla nas - kolejna nagroda dzisiejszego dnia.

U źródła rzeki Buny



Ale źródło Buny to nie tylko przyroda, to także historia ludzi, którzy od wieków tu żyli. Sufijska tekke czyli klasztor derwiszów, którego początki sięgają piętnastego wieku jest na to najlepszym dowodem. Pojawili się tu wtedy wyznawcy muzułmańskiego bractwa religijnego dla których asceza, żebractwo, ale przede wszystkim mistycyzm były życiowym credo. To byli derwisze - nazywani także tańczącym zakonem. To oni swoją rytualną modlitwę - nazywaną zikr - odmawiają obracając się wokół własnej osi w obłąkańczym tańcu. To jest medytacja w ruchu, w postaci wielu figur, z których najbardziej widowiskowym jest umiejętność szybkiego wirowania - czasami do utraty przytomności, a nawet i do śmierci. Klasztor jest otwarty i można go zwiedzać, trzeba jednak przestrzegać zasad narzuconych przez gospodarzy. Niezwykle ciekawym miejscem jest drewniany balkon wystający ze ściany klasztoru, tuż przy wielkiej skale, nad samym lustrem wody rzeki wypływającej z mrocznej jaskini. To tu, w tym malowniczym miejscu bierze swój początek rzeka Buna.

Klasztor derwiszów
Jest już piąta po południu, więc czas ruszać do Mostaru. Coś jest jednak chyba nie tak - w grupie zapanował chaos. Sam już nie wiem, jak to towarzystwo przywołać do porządku. Dziewczyny idą od straganu do straganu, wybierają, przebierają i targują się, a czas ucieka. Nie mam jednak ochoty niczego narzucać - jak będzie, tak będzie. Dobrze, że chociaż idziemy we właściwym kierunku - w stronę parkingu, tam gdzie zostawiliśmy auta. Modlę się tylko w duchu, żeby wydały wszystko co mają do wydania, to może jakoś przed zmrokiem do Mostaru zdążymy. Nagle, zupełnie niespodziewanie wszystko się odmieniło. Czar kupowania prysnął w jednej chwili. Nic nie mówiłem, ale byłem szczęśliwy. Paplanie o zakupach też się skończyło, znowu byliśmy wędrowcami. Kilka minut później siedziałem już w aucie, a Ela przez walkie-talkie podawała trasę przejazdu. No nareszcie, wrócił jakiś ład i porządek, ulżyło mi. Do hotelu mamy stąd około dwunastu kilometrów, to niedaleko - pomyślałem, wszystko będzie dobrze. 

Mostar

Od kilku minut jechaliśmy wąską, asfaltową drogą w stronę Mostaru. Nawigacja ciągle była ślepa, więc co chwilę spoglądałem na mapę, żeby nie pobłądzić. Szczęście nam jednak sprzyjało, droga przecinała skośnie równinę, była prosta i czułem, że doprowadzi nas bez problemu do celu. Pewności nabrałem, gdy zobaczyłem wysokie ogrodzenie oraz wystającą nad terenem wieżę kontroli lotów tutejszego lotniska. Wiedziałem teraz dokładnie gdzie jesteśmy, czułem - że już za chwilę wjedziemy do miasta.

Centrum starego miasta
Na ulicach nie było wielkiego ruchu i to mi odpowiadało - nie znoszę korków, szczególnie w nieznanym mieście. Mieliśmy dojechać do hotelu Kriva Ćuprija na ulicy Onescukova 23 - to w samym centrum. Z mostu na Neretvie zjechałem w prawo, w ulicę Bulevar i kiedy myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć - popełniłem błąd. Zgubiła mnie pewność siebie. Pierwsze podejście było nieudane, wjechałem nie w tą uliczkę co trzeba. Przy drugim pomógł mi parkingowy z sąsiedniej przecznicy. Ela znowu nic się nie odzywała, pewnie nie chciała mnie denerwować, no i dobrze, no i bardzo bobrze - pomyślałem. Tym razem wszystko poszło jak trzeba. Wysiadłem z auta, rozprostowałem kości i spojrzałem na nasz hotel. Wyglądał własnie tak, jak sobie wyobrażałem, a nawet jeszcze lepiej. Dotarliśmy do  historycznej część miasta, tuż przy słynnym Starym Moście.

Kujundżiluk
Byłem trochę zmęczony i co nieco poirytowany tym błądzeniem, ale wszystko mi przeszło w recepcji. Miłe przyjęcie i bliska perspektywa, że za chwilę dostaniemy pokój, że wezmę kąpiel, a potem siądę do stołu, zupełnie mnie odmieniło. Uwielbiam, gdy ludzie są uprzejmi, a tu ludzie są uprzejmi - to był dobry wybór z tym hotelem. Młody, wysoki i ciągle uśmiechnięty chłopak, sprawiał od początku wrażenie naszego opiekuna i przewodnika. Zajął się nami, naszymi bagażami i parkowaniem naszych aut. Ulżyło mi. Chciałem już przestać załatwiać cokolwiek i martwić się czymkolwiek, potrzebowałem spokoju i chwili odpoczynku. No i dostałem, to czego chciałem - byłem nareszcie zadowolony. Najbardziej cieszy mnie, że wszędzie mamy blisko no i że spędzimy noc w starej, historycznej części Mostaru. O to mi chodziło. Ela też była uśmiechnięta. 

O poranku - jeszcze pusto
Hotel położony jest wśród zieleni, nad strumieniem Radobolja i mieści się w zabytkowym domu z wapienia osadzonym na skale, która wypełnia część wnętrza korytarza i przejścia na taras, a całość przykryta jest - typowym tutaj - szarym kamiennym dachem. Byliśmy w Mostarze dwa lata temu i to w samo południe - w ukrop i jarmarczny zgiełk. Dzisiaj dla odmiany panuje tu cisza i nie jest tak gorąco jak wtedy. Dobrze pamiętam i dobrze wspominam tamten dzień, ale teraz też jest piękne. Powoli zbliża się wieczór, chociaż słońce jeszcze się nie schowało. Ostatnie promienie kłodą się ostrym światłem, na białych ścianach kamiennych domów. Dzień powoli odchodzi. Bałem się, że po sytej kolacji nikt nie będzie chciał wstać od stołu, ale było inaczej - wszyscy byliśmy ciekawi starego miasta o zmroku. Zresztą taki był pomysł na to spotkanie z Mostarem. To byłoby głupie, gdybyśmy nie poszli teraz na Stary Most. Kiedyś widziałem go w pełnym słońcu, a teraz jest okazja, żeby zobaczyć na  pożegnanie dnia i przywitanie nocy. Jutro też chcę go zobaczyć - najlepiej wcześnie rano, gdy budzi się życie.


Dwie wieże, dwa kościoły 
Takiego mostu jak ten, nie ma nigdzie więcej na świecie. Od 1566 roku, łączył nie tylko dwa brzegi, ale przede wszystkim ludzi żyjących po dwóch stronach rzeki. To nie jest zwykły most, to jest most niezwykły, bo z obu stron Neretwy istnieją dwa, odmienne światy kultury i duchowości, wyznawcy islamu i chrześcijaństwa, cywilizacji arabskiej i cywilizacji zachodu. Zbliżanie i łączenie - to na tym polegało i polega jego szczególne znaczenie. 


Stary Most




Stary Most, to także  historia pisana krwią. Prawdziwy dramat rozegrał się tu, w czasie wojny bałkańskiej 9 listopada 1993 roku. Po raz pierwszy od wieków most został zniszczony. Rozstrzelali go Chorwaci w czołgowej kanonadzie. Runął wtedy do rzeki, a czołówki wszystkich mediów na świecie, wypełniły się  zdjęciami  z Mostaru. Ludzie opętani rządzą krwi i przepełnieni nienawiścią, robili tu rzeczy straszne. Zerwano wszystkie nici, łączące mieszkańców tego niezwykłego miejsca. Bez mostu, miasto mogło umrzeć na zawsze i pójść w zapomnienie. Na szczęście tak się nie stało. Po czasach barbarzyńskich, przyszło opamiętanie, a wraz  z nim głęboka refleksja  i wtedy most jak feniks z popiołów zaczął się odradzać. Powstawał kawałek po kawałku z oryginalnych części i sposobami jakie stosowano przy jego budowie przed wiekami. Wrócił - jakby ten sam i od 2004 roku ponownie, przywraca ludziom wiarę w lepszą przyszłość, goi ciągle niezabliźnione rany i daje nadzieję. I chociaż w Mostarze jest wiele mostów, to ten jest najbardziej wszystkim potrzebny. Odrodził się  znowu po to, żeby łączyć - dwa brzegi i ludzi.

Miasto budzi się ze snu. 
Odkryłem, że hotel ma dwa wyjścia na zewnątrz. To mniej oficjalne było trochę tajemnicze i znajdowało się na tyłach budynku. I właśnie z tego, postanowiliśmy dzisiaj skorzystać. Tuż obok niewielkiej konoby, pod osłoną drzew wyszliśmy na kamienny mostek nad Radobolją i stąd wprost pod meczet przy ulicy Jusovina. Wśród restauracyjek i kolorowych kramów, brukowana uliczka poprowadziła nas do Starego Mostu. Byliśmy wreszcie na miejscu. Staliśmy teraz wysoko, nad nurtem ciągle dzikiej Neretvy. Dookoła stare kamienne domy i strzeliste minarety, a na krańcach wielkiego przęsła solidne fortyfikacje, bez których most byłby mizerną sierotą. Ta przeprawa, przed wiekami miała znaczenie strategiczne i dlatego musiała być broniona. Z jednej strony stoi siedemnastowieczna wieża Tara, która wygląda jak wielki kamienny półwalec, obrócony płaską stroną w kierunku rzeki, z magazynem prochu i amunicji, zaś z drugiej wieża Halabija, w której było więzienie i kwatery dla załogi strzegącej mostu. Mury tu solidne, bo w niektórych miejscach dochodzące nawet do trzech metrów. Ja przepraszam, ale my tu gadu gadu o historii, a tu pić się chce - odezwała się w nieśmiało Irenka. Kurde, aż mi się wstyd zrobiło i natychmiast przestałem przynudzać. Zapanowała cisza. Nikt nic nie mówił, ale ja widziałem, że wystarczy już tego ględzenia. Ona miała rację. Za mostem skręciliśmy w lewo w ulicę Kujundziluk i idąc wolno wśród straganów doszliśmy do restauracji Kulluk. Świetne miejsce - bajeczny widok na Stary Most i domy po drugiej strony rzeki. Powoli zapadał już zmrok i co chwilę zapalały się światła w oknach domów i na tarasach restauracji. Tak zaczynał się nasz ostatni rozdział tego dnia - Mostar nocą. Szukaliśmy dla siebie miejsca, ale wszędzie panował tłok. Przeszliśmy więc przez Neretwę i od kamiennej bramy, ruszyliśmy wąską uliczką do małej knajpki, gdzie czekał na nas zielony stolik. Młody chłopak dostawił dwa krzesła i szybko przyniósł kufle pełne piwa. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu i nikt nie chciał burzyć tej ciszy. Od rana czekałem na taką chwilę, wiedziałem, że tak będzie. Byłem zmęczony jak nigdy - chyba wszyscy byliśmy zmęczeni. Wreszcie zapytałem jakby od niechcenia - no i co? Ale co, co - wtrąciła się Ela. No, co o tym myślicie? - dodałem spokojnie. Rozmowa jakoś od początku się nie kleiła. Pomyślałem, że dzisiaj to już chyba nie pogadamy, gdy nagle odezwała się Irenka. Wiecie co, te wodospady to po prostu rewelka, nigdy nie widziałam czegoś takiego - super. I tak zaczęła się nasza podróż od nowa, jeszcze raz od początku - tylko, że przy zielonym stoliku, w małej knajpce koło Starego Mostu. Po trzecim piwie zastała nas północ i jeszcze kilka nie obgadanych tematów. Jutro też dzień i długa droga, czas kończyć - zarządził stanowczo Andrzej. Dobrze, że mamy Andrzeja - pomyślałem. Wracamy do hotelu.
Meczet Koski-Mehmed Paszy 

Gdy tylko komórka drinknęła, otworzyłem oczy i przez chwilę leżałem bez ruchu, przytomniałem - choć  nadal ciężko mi było rozstać się ze snem. Już wiem dlaczego telefon zadzwonił. Miałem przecież pójść o świcie na miasto, chciałem zobaczyć jak wstaje tu dzień, jak budzi się Mostar. Ela o tym wiedziała, więc ten poranny dzwonek to była  jej robota. Umyłem szybko zęby, wziąłem z szafki aparat, zszedłem cicho po schodach i tylnym wyjściem wymknąłem się z hotelu. Nie kierowałem się tym razem ani na starówkę, ani na Stary Most - nie to było moim celem. Chciałem zobaczyć miasto, ale inaczej; z jakiegoś dystansu, potrzebowałem innego spojrzenia. I dlatego wszedłem najpierw w ulicę Gojka Vukovica. Jest stara, podrzędna i biegnie równolegle do rzeki. Tu fasady domów są szare, pomarszczone i  po przejściach, widać na nich nie wygojone jeszcze rany z przeszłości, jakby ciągnęła się za każdym z nich jakaś smutna historia, ale jest też w nich życie. Niektóre są nawet po liftingu, jakby chciały wracać do swojej młodości, albo może nawet wybiegać w przyszłość - jak ten hotel, którego zwiastunem jest żółta tablica, na pustym placu po prawej stronie. Ulica jest spokojna i cicha, ale jeszcze bez samochodów, tylko tu i ówdzie snują się pojedyncze postacie. Ludzie jak poranne cienie. Miałem czas, więc szedłem powoli i zgadywałem - kto idzie do pracy, kto drepcze do sklepu, kto jest tutejszy, a kto jest przybyszem. Od gór ciągnął jeszcze poranny chłód, a z niewielkiej piekarni wyleciał przyjemny zapach świeżego chleba. To klimat budzącego się miasta o świcie, ale jeszcze bez słońca, które skrywa się, gdzieś tam z drugiej strony rzeki za górami. Minąłem ulicę Milavica i skręciłem w lewo, na  Stari Pazar. 

O poranku - pierwsze promienie słońca
Wiedziałem doskonale gdzie jestem i gdzie idę, miałem topografię tej części miasta w małym palcu. Spojrzałem tylko przez chwilę na tablicę z nekrologami, pod rozłożystym drzewem i ruszyłem wolnym krokiem na środek mostu, z którego rozciągał się genialny widok na najstarszą część Mostaru. To było to spojrzenie i ta perspektywa, o którą mi chodziło. Chwyciłem oburącz zimną poręcz balustrady i spojrzałem na kamienny Stary Most, spinający nie ujarzmioną i wartką Neretwę, na baszty obronne i na rozsiane po okolicy minarety, na tle gór pojaśniałych promieniami wschodzącego teraz słońca. Jestem szczęściarzem - pomyślałem przez chwilę. Spełniło się moje marzenie, mam po prostu farta. Zawsze widziałem to tylko na zdjęciach, a teraz jestem tu.


Widok z mostu na ulicy Stari Pazar


Most, który jest częścią ulicy Stari Pazar, to doskonałe miejsce do robienia zdjęć zabytkowej części miasta. Chyba zgłupiałem, bo na początek, tak od ręki zrobiłem ich chyba ze dwadzieścia. Z zachłanności, ze zwykłej zachłanności, która mną zawładnęła. Byłem zachłanny jak nigdy dotąd w życiu, bo przyszło mi nagle do głowy, że chyba już nigdy tu nie wrócę. Byłem jak żebrak, który musi najeść się na zapas, bo druga taka okazja możne się nie zdarzyć. I żałowałem, że nie ma tu teraz ze mą Eli - szkoda, że jej nie ma. Stałem więc sam i patrzyłem na ten słynny most, z innego mostu, jak na kolorową fotografię  z podróżniczych pism. Miasto zaczęło się powoli budzić, ulica ożywiała się i przybywało ludzi. Tak na wszelki wypadek zrobiłem, więc jeszcze kilka zdjęć. Nie mogłem tu jednak stać wiecznie - spojrzałem na zegarek i wiedziałem, że już jestem spóźniony. Na ulicy Marsala Tita natknąłem się  na  kilka poranionych domów, nietkniętych od ostatniej wojny, takich bez stropów, dachów i bez duszy - z Che Guevarą namalowanym od frontu. Zrobiłem kilka ujęć i ruszyłem dalej. Nogi poniosły mnie, aż do wielkiego meczetu Koski Mehmed-Paszy i dalej znaną już uliczką Kujundziluk, wśród jarmarcznych sklepików na Stary Most. To miejsce, które znam, ale po raz pierwszy przeszedłem tędy, jakbym mieszkał tu od lat. To dziwne uczucie. Szybko za mostem skręciłem w lewo i po chwili byłem na tyłach naszego hotelu. Ela czekała na mnie cierpliwie na tarasie i była w dobrym nastroju. Jak było? - zapytała jakby z grzeczności, ale i nieskrywanym zainteresowaniem. Świetnie - opowiem ci później, tylko skoczę do łazienki - dobrze? To co, spotykamy się na śniadaniu - rzuciła na odchodne. Tak, tak spotkamy się na śniadaniu - odpowiedziałem już ze schodów. Wszyscy od rana byli w dobrych humorach, to dobry znak - pomyślałem. Przed nami długa droga. 

Droga wzdluż Neretwy
Do wieczora musimy dojechać na nocleg w Keszthely nad Balatonem. Mamy dzisiaj do przejechania jakieś 530 kilometrów, a po drodze  dwa przystanki ze zwiedzaniem: pierwszy w Jajce, a potem w Banja Luce, taki jest nasz plan  - przypomniałem wszystkim kończąc śniadanie. No, pogodę to już mamy - powiedziała uśmiechnięta Bożenka. To fajnie, ale co, idziemy jeszcze popatrzeć na ten most? - zapytała trochę nieśmiało Irena. Jasne, że idziemy, musimy przecież pożegnać Mostar - wtrąciła zupełnie beztrosko Ela. To był dobry początek dnia.

Góry Dynarskie - coraz wyżej
Jesteśmy ciągle bez nawigacji, oślepła w Bośni całkowicie - pozostają nam tylko mapy. Mam jednak dobrą rozpiskę i trochę doświadczenia, więc damy radę, byłem pewny siebie, nie miałem nawet cienia wątpliwości; jak i którędy jechać. Sprawdź walkie-talkie - poprosilem Elę przy wyjeździe z miasta. Jedynka do dwójki, jedynka do dwójki, jak mnie słyszysz, odbiór - rzucała szybko słowa do malutkiej radiostacji. Dwójka do jedynki, słyszę cię dobrze - odpowiedziała przejęta Bożena. Zrozumiałam, bez odbioru - zakończyła zadowolona Ela. Spodobało mi się - to było profesjonalne, prawie jak w wojsku. A gdy chwilę później usłyszałem - możesz ruszać, byłem dumny, że mam taką szefową. Dzień był ładny, nie za gorący, a krajobraz piękny od samego początku. Słońce miałem po prawej ręce, a po lewej przez pięćdziesiąt kilometrów cudownie wijącą się wśród gór turkusową Neretwę. W samochodzie panowała cisza - gapiliśmy się na wysokie góry i rzekę w dolinie. Najważniejsze teraz, to dojechać do Jablanicy - rozgrywałem trasę w głowie. To ważne miejsce i ważny rozjazd, dobrze było by się nie pomylić. Tym razem nie jedziemy na Sarajewo. Sarajewo było dwa lata temu. Teraz szukamy drogi na Bugojno. Oznakowanie w miasteczku jest niezłe, więc bez komplikacji złapałem właściwy kierunek. Koło Slatiny pożegnaliśmy Neretwę, a od Gornji Vakuf-Uskoplje pojawiła się nowa rzeka - to Vrbas.

Jajce - tu łączy się Pliva i Vrbas
Na przedmieściach miasteczka Jajce spotykają się dwie rzeki - Pliva i Vrbas. To spotkanie jest spektakularne, bo spokojna Pliva przemienia się w huczący i spadający z wysoka wodospad, a Vrbas przypomina rwący górski potok. Wody łączą się w jedno, w pięknej scenerii i gdzieś tam koło wioski Srbać, na granicy z Chorwacją wpływają leniwie do wielkiej Sawy. Za nami prawie trzy godziny jazdy, już trochę boli mnie tyłek od siedzenia i cieszę się na myśl o przerwie w podróży. Najpierw z głównej drogi zjechałem w lewo, a po chwili w prawo w poszukiwaniu miejsca na postój. Parking jest duży, więc odetchnąłem. Wąska parkowa alejka sprowadziła nas w dół, wprost do miejsca, z którego najlepiej widać wielki wodospad. Miejsce robi wrażenie. Po ochach i achach, wzięliśmy się wspólnie za ręce na wielkiej platformie i podeszliśmy na jej krawędź, pod ścianę spadającej w otchłań wody. Ogłuszający grzmot oddzielił mnie na chwilę od świata zewnętrznego, a małe rozpylone drobiny, które najpierw dawały poczucie przyjemnego chłodu, przenikały coraz bardziej przez moje ubranie. Staliśmy tak przez chwilę, a gdy krople zaczęły spływać mi po policzkach, otworzyłem oczy, spojrzałem przed siebie i pokornie zrobiłem krok do tyłu. Koniec spektaklu. Wszyscy byliśmy zmoczeni i zauroczeni.

Wodospad - na krawędzi platformy

Do miasta dostaliśmy się przez południową bramę w murach obronnych, od strony ulicy Hrvoja Vukcića. I to jest chyba dobry pretekst do wysłuchania opowieści, o historii tego miejsca. Jajce to w przeszłości miasto bośniackich królów, ciężko doświadczone w czasie nawały tureckiej, położone w górach u zbiegu dwóch rzek, z zamkiem ufortyfikowanym na szczycie. Spotkałem się kiedyś z powiedzeniem, że to muzeum pod otwartym niebem. No i chyba coś w tym jest, bo historia rzeczywiście pozostawiła tu wiele śladów z przeszłości, zarówno dowodów chwały i prosperity, a także wielu dramatów i nieszczęść. Za początek mrocznych czasów, można by chyba przyjąć historię ostatniego, koronowanego tu bośniackiego króla Stjepana Tomasevica, który oszukany przez Turków poddał miasto, a i tak musiał dać głowę pod topór. Niebywałe rzeczy działy się tu w czasie drugiej wojny światowej, gdy miasto było kilka razy zdobywane i tracone przez partyzantów. Ale i współczesna historia też była pisana krwią i to do tego stopnia, że liczba mieszkańców zmniejszyła się prawie o połowę. Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego,  po jakiej ziemi faktycznie stąpamy. 

Brama południowa
Powoli zbliża się południe, słońce świeci mocniej i coraz bardziej jest dokuczliwe, a na ulicach przybywa ludzi i samochodów - robi się tłoczno i gwarno. Nie ma się jednak co denerwować. Już na oko widać, że to miasto z charakterem i ciekawą przeszłością. Warto z pewnością zobaczyć: pozostałości wielkiego zamku na szczycie góry, bramy wjazdowe i fragmenty obwarowań średniowiecznych, romańską dzwonnicę, czy też katakumby z kryptą królewską. Uciekamy wiec z głównego traktu w wąskie przejście, które wznosząc się, doprowadziło nas - wśród starych domów - do ulicy Hermani i poniosło jeszcze dalej, aż do  ruin kościoła św. Marii i wielkiej kamiennej wieży. Stąd ostre podejście idzie na szczyt wzniesienia i do zamku. Już w połowie drogi zauważyłem, że niektórym brakuje kondycji, że coś jest nie tak. No i w końcu  stało się, wyszło szydło z worka. Krysia, Ela i Irena poddały się. Usiadły ostentacyjnie  na trawniku koło kościoła i wywiesiły białą  flagę - odmówiły wejścia na górę. To nie był nawet protest, to był zwykły objaw niemocy. No cóż, nie ma się o co spierać, ich prawo - pomyślałem. Zostało więc nas troje - Bożena, Andrzej i ja. Najpierw po schodkach w prawo, potem  w lewo i tak spokojne, bez większego wysiłku dotarliśmy do bramy w potężnych murach zamczyska, w którym przez wieki przetrwała jeszcze prochownia, część donżonu, potężne czworoboczne bastiony, a na wewnętrznym dziedzińcu niewielki kamienny budynek. Z zamku  rozpościera się wspaniała, okrężna panorama całej okolicy.

Brama Banja Luka

Gdy zeszliśmy z zamku, Ela uśmiechnęła się do mnie serdecznie - obyło się więc bez złośliwości. Teraz droga prowadzi już tylko w dół.  Za meczetem Esme Sultanija skręciliśmy w prawo, a ja zacząłem rozglądać się za jakąś pekarą. Miałem ochotę na burka - chciało mi się po prostu jeść. Z burka się śmiałem, dopóki go nie poznałem. Teraz jestem jego wielbicielem - może być mięsny, serowy, a nawet warzywny, każdy mi smakuje. Pomysłem zaraziłem wszystkich i skończyło się na tym, że w dalekiej krainie, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, u stóp wielkiego zamku  z potężnymi murami - zajadaliśmy burka w miasteczku Jajce, w drodze do Banja Luki. Było miło i wesoło, ale wszystko co dobre, musi  się kiedyś skończyć. Czas ruszać w drogę. Ulica prowadząca od parkingu jest jednokierunkowa, więc przymuszeni wjechaliśmy powoli do ścisłego centrum, a stąd ulicą Kulina bana ponownie na most przez  Plivę, dalej drogą numer 661 wzdłuż rzeki Vrbas  prosto do Banja Luki -  to  prawie siedemdziesiąt kilometrów. Niezła droga, ale nie ma mowy żeby przyspieszyć. W górach jak to w górach, zakręt za zakrętem, a za nim następny zakręt - i tak to już jest, nic się nie wykombinuje. Zresztą po co gonić, skoro tyle tu pięknych widoków, raz jesteśmy w dole obok rwącej rzeki, a innym razem wspinamy się, żeby popatrzeć na wszystko z góry. Od dawna chciałem zobaczyć Góry Dynarskie od środka. 


Rzeka Vrbas 


Po pół godzinie jazdy rzeka odeszła gdzieś na chwilę w prawo, a my minęliśmy przydroży motel - o nazwie Lav. Wiedziałem, że jest tu gdzieś - w tej okolicy - dobry punkt widokowy, więc chciałem się zatrzymać. To miała być niespodzianka. Wreszcie, gdy  kilometr dalej, po prawej stronie pokazała się stacja benzynowa wiedziałem, że jesteśmy blisko celu. Chwilę później, spojrzałem w prawo i zobaczyłem jak rzeka do nas wraca. Zwolniłem i dałem Andrzejkowi znak, że będziemy zjeżdżać na pobocze. Miejsca było sporo i swobodnie mogliśmy ustawić samochody. To jest to, o co mi chodziło - pomyślałem. Cieszyłem się w duchu - jak dziecko. Wszyscy stanęliśmy na skarpie i bez słowa, w ciszy patrzyliśmy przed siebie. Rzeka robi tu zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, najpierw płynie do nas, a potem wymyka się i zaczyna odpływać w przeciwnym kierunku - widok zapiera dech w piersiach. To wyjątkowe i piękne miejsce. Dziwny i ciekawy kraj ta Bośnia - przeleciało mi przez myśl. Wczoraj były wodospady Kravice, stare tureckie miasto w górach, źródło rzeki Buny i Mostar, a dzisiaj od rana  droga wzdłuż Neretwy, wodospad i zamek w  Jajce, a teraz przy drodze do  Bania Luki - fascynujący przełomem górskiej rzeki.  Jakby ktoś  ją  kijem zawracał - powiedział mimowolnie Andrzej. Też tak pomyślałem. Dziwny kraj - dziwny, ale piękny. Nie gniewajcie się, ale czas nas goni - powiedziałem, tym razem dość stanowczo. Pierwszy wsiadłem do auta, spojrzałem w lusterko, na drodze nikogo nie było - ruszamy. 


Sobór Chrystusa Zbawcy w centrum Banja Luki


Na przedmieściach Banja Luki rzeka złagodniała, a ja zgłupiałem i pomyliłem ulice, ale tylko na chwilę. Gdy wjechaliśmy na Kozarską wiedziałem, że teraz będzie już dobrze. Najważniejsze znaleźć się na jej przedłużeniu, czyli na ulicy Kralja Petra I Karadordevica, a stąd już wprost do centrum. Andrzej jechał spokojnie za mną. Minąłem Bulvar Cara Duśana i zobaczyłem po prawej stronie, spory parking - byliśmy na miejscu. Banja Lukę z trzech stron otaczają łagodne, zielone wzgórza, jedynie od południa - skąd przyjechaliśmy - zaczynają się wysokie góry. Miasto w większości jest parterowe; jedynie gdzieniegdzie na obrzeżach pojawiają się blokowiska, a prawdziwie zwarta zabudowa jest tylko w centrum. Nie ma tu tureckiej carsiji, jak w wielu innych bośniackich miastach, a wszystkie muzułmańskie zabytki zostały zniszczone w czasie wojny domowej lat dziewięćdziesiątych. Na polecenie serbskich władz zrównano tu z ziemią szesnaście meczetów. Tak zniknął na przykład, stojący kiedyś u zbiegu ulic Omladinskiej i Sose Mazara - wybudowany ponad czterysta lat temu - meczet Arnaud i tak też przepadła szesnastowieczna wieża zegarowa sahat kula. Ale nie tylko wojna niszczyła - trzeba pamiętać, że w 1969 roku, miasto zostało dotknięte przez silne trzęsienie ziemi. Było wczesne popołudnie, a ja myślałem, żeby jeszcze przed zmrokiem dojechać do Keszthely nad Balatonem, ale ani nie mogłem, ani nie chciało mi się teraz nikogo poganiać. Spokojnie, mamy trochę czasu, pospacerujemy i może wypijemy jakąś kawę - zaproponowałem. Atmosfera była fajna, żadnego kwękania, ani stękania - więc szybko ruszyliśmy obok marketu Boska w stronę ulicy Veselina Masleśe. Ktoś kiedyś mówił mi, że to zapyziała prowincja, a ja zobaczyłem tu kawałek nowoczesnego miasta i to nawet z powiewem zachodniego sznytu - witryny sklepów i niektórych restauracji zupełnie jak na zachodzie. Po kilkunastu minutach doszliśmy do ulicy Srpskiej i z lewej strony - na wielkim placu zobaczyłem monumentalną cerkiew. Już wiedziałem - to Saborni Hram Hrista Spasitelja, albo jak kto woli sobór Chrystusa Zbawcy (saborna pravoslavna crkva). Stoi tu - podobno od nieco, ponad dziesięciu lat. Jej najwyższa kopuła i cztery mniejsze, są pozłacane co na Bałkanach nie zdarza się zbyt często, ściany zdobione są poziomymi, na przemian czerwonymi i żółtymi pasami trawertynu, tworząc ciekawy efekt kolorystyczny, a rozety i obramowania okienne zrobione są z białego marmuru. To zupełnie nowa cerkiew. Za miejskim urzędem, na pasażu znaleźliśmy kilka stolików przy maleńkiej kawiarni. Kelner zjawił się szybko i Elę to wyraźnie ucieszyło. Byłem trochę zmęczony, wiec chciałem usiąść na tyłku i odpocząć, a ona - jak się potem okazało - napić kawy po bośniacku. Gdy powiedziała o tym kelnerowi, nad stolikiem zapanowała nienaturalna cisza, aż poczułem się nieswojo. Twarz chłopaka zrobiła się kamienna i blada - nic się nie odzywał. Kawę po bośniacku - powtórzyła jeszcze raz, zniecierpliwiona. A on nic. Stał nieruchomo, patrzył na nas jeszcze przez chwilę i odszedł. Nie powiedział ani słowa. Przypuszczałem, że nie przyjął zamówienia, a pewności nabrałem, gdy spotkałem się wzrokiem ze starszym mężczyzną, który siedział przy sąsiednim stoliku i uważnie się nam przyglądał. Uśmiechnął się, przechylił delikatnie w moją stronę i powiedział - tu się kawy po bośniacku nie podaje. Zrozumiałam wszystko. Elu to nie jest Mostar, tu są Serbowie, daj spokój, tu się pija espresso, cappuccino albo latte - powiedziałem najspokojniej jak tylko potrafiłem. Tak, tak już wiem - odpowiedziała niepocieszona. Wiem, że marzyła jej się kawa w tygielku, ale kawa w tygielku już dawno została za nami i nic tego już nie zmieni, a przed nami za chwilę droga na Węgry.

Keszthely - na Balatonem




Była trzecia po południu, gdy wyjeżdżaliśmy z Banja Luki. Droga do Gradiski była gładka jak stół i szybka ja pendolino. Za Savą wszystko się zmieniło. Podrzędne drogi Slawonii i ciągnące się kilometrami wioski spowolniły nam tempo jazdy. Nie lepiej było po węgierskiej stronie, dlatego moje obawy, że złapie nas ciemność były coraz bardziej realne. Słońce straciliśmy z oczu koło wioski Kethely, blisko wielkiego jeziora. Później już było tylko gorzej - nie lubię jeździć nocą. Na szczęście, naszej nawigacji wrócił rozum, wzrok i pamięć - wreszcie miałem wiarygodnego sojusznika, albo raczej wspólnika. Do czytania nazw węgierskich miejscowości zniechęciłam się zupełnie, dlatego na mapę zerkałem sporadycznie. Szło nam całkiem dobrze, więc mimo zmęczenia byłem w dość dobrym nastroju. Balatonszentgyogy -  to była ostatnia wioska, na której połamałem sobie język tego dnia. Wystarczy tych ćwiczeń logopedycznych - powiedziałem sam do siebie, na drodze wylotowej ze wsi, a  Ela tak jakoś bezwiednie przytaknęła mi. Po hotelu Via w Keszthely nie obiecywałem sobie zbyt wiele - chodziło nam przecież tylko o nocleg. No i  nie zawiodłem się.  Nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony. Stałem w drzwiach i obrzuciłem spojrzeniem nasz hotelowy pokój. Patrzyłem na przedmioty, które lata świetności  miały już dawno za sobą i miałem tylko jedno marzenie - wyspać się.


Neobarokowy pałac rodu Festetics w remoncie 


Wczesny ranek nad Balatonem. Ciemne chmury podnosiły się nad jeziorem, a w pokoju było coraz jaśniej. Dzisiaj wieczorem będziemy w domu - powiedziała cichutko do mnie Ela, na dzień dobry. Chyba cieszyła się z tego - przytaknąłem jej więc życzliwie. Tak, będziemy. Widać, że obudziła się w niej pierwsza tęsknota. Nie chcę cię martwić, ale zanim wylądujesz we własnym łóżku, musimy się napić przedtem kawy w Gyor i zjeść obiad w Bratysławie - no i co ty na to mądralo. No dobrze, niech ci już będzie, wpisała się zgodliwe w ten mój mentorski ton. W Keszthely przeżyliśmy jeszcze jedno rozczarowanie. Tutejszą atrakcję, wielki neobarokowy pałac, mogliśmy sobie pooglądać  jedynie zza płotu - i to wszystko z powodu remontu. Przysłowiowa figa z makiem. Wprawdzie w hotelu było siermiężnie, pałacu nie zwiedziliśmy, ale i tak wyjeżdżamy w dobrych nastrojach. Skończyło się na udanym spacerze wzdłuż jeziora i bardzo miłej rozmowie z wędkarzami - chociaż tyle. No i byłem wyspany, to ważne.

Ratusz w Gyor
Gyor to spore miasto nad Dunajem i Rabą, leży w połowie drogi między Wiedniem i Budapesztem, no i oczywiście na trasie naszego przejazdu. Z Keszthely jechaliśmy zupełnie podrzędnymi drogami, wśród malowniczych pół i schludnie wyglądających wiosek. To był świadomy wybór.  Dla zabicia nudy, Ela ogłosiła przez walkie talkie konkurs, na czytanie  - w czasie jazdy -  nazw węgierskich miejscowości, więc śmiechu  było co nie miara. Wjazd do Gyor jest prosty, a ulice są tu na tyle dobrze oznakowane, że bez trudu trafiliśmy na  bezpłatny parking pod mostem Petofi na Rabie. Stąd do centrum mieliśmy nie więcej jak trzy przecznice. Było ciepło, a przedpołudniowe słońce co chwilę wychylało się zza postrzępionych kremowych chmurek. Kilka minut później, staliśmy pod rozłożystym platanem, na wprost miejskiego ratusza. Monumentalny, piękny neobarokowy budynek przyciągał jak magnes. Jest ciekawy, więc tym bardziej nie mogłem odmówić sobie wejścia do środka.  Kwadrans później w Cafe Mozart, na deptaku Baross Gabor wydawaliśmy resztki naszych forintów. Zrobiło się przyjemnie i leniwie, a ja chyba zawsze będę dobrze wspominał tę małą czarną, w samo południe  w Gyor.


Zamek nad Dunajem czyli wjazd do Bratysławy


Z Gyor do Bratysławy przez Mosonmagyorovar (spróbujcie to przeczytać), jest nie całe dziewięćdziesiąt kilometrów. Bardzo zależało mi, aby do stolicy Słowacji wjechać od panońskiej cesty na most, z którego widać  zamek na wzgórzu i stare miasto w dole - to urzekający widok. 

Prezydencki pałac
To nie jest nasza pierwsza wizyta w Bratysławie. Dzisiaj pod lupę bierzemy okolice rezydencji Prezydenta Republiki Słowacji. To zupełnie niedaleko od zjazdu z mostu na Dunaju, prawie w centrum miasta. To jest miejsce do którego można łatwo dojechać, tym bardziej jeżeli ktoś kieruje się - tak jak my - na Brno. Po lewej zostawiamy zamek, po prawej część starego miasta i kilometr dalej, u zbiegu ulicy Stefanikowej i Hodżovo namestie pokazał nam się okazały i reprezentacyjny pałac. No i o to chodziło - byliśmy na miejscu. Jest to  późnobarokowa rezydencja z roku 1760. Jej twórcą i fundatorem był hrabia Anton Grasalkovič zwierzchnik Węgierskiej Komory Królewskiej, człowiek nietuzinkowy - taki, który dzięki własnym zdolnościom i  ciężkiej pracy doszedł od zera na szczyty władzy. Ciekawa postać i ciekawa historia, ale to opowieść chyba na inną okazję. Tu niedaleko bramy Michalskiej, w miejscu gdzie teraz stoi pałac -  były kiedyś przedmieścia, tak zwane Suche myto. To tyle historia, a teraz zrobiło się w pół do drugiej po południu i z nieba leje się żar. Życie pisze swój nowy scenariusz i nie ma zmiłuj się. W wielkiej fontannie o kształcie srebrnej kuli, na wprost pałacu, przed którą teraz stoimy nie ma ani kropli wody, nie ma więc ochłody - zupełnie jak na pustyni, a to czasem może rodzić dramaty. Gdzie jest woda? - zapytała nagle i roszczeniowo Bożenka. Woda jest  w moim plecaku - odpowiedziałem bez chwili namysłu. No, ale dlaczego nie ma jej w  tej fontannie - nie ustępowała. Bo to jest fontanna bez wody i powinno ci to wystarczyć - dodałem. Tak czasami w życiu bywa, że nawet rzeki są bez wody, a ty czepiłaś się tej biednej fontanny. Ładna jest, to jeszcze musi mieć wodę? - czy ty czasem nie masz zbyt dużych wymagań? Bożenka uśmiechnęła i ruszyliśmy w stronę kamienic, które dawały sporo cienia. To była dla nas szansa. Odchodząc, spojrzałem ze współczuciem na żołnierzy, stojących nieruchomo w pełnym słońcu przed wejściem głównym do pałacu.  

Na ulicy Michalskiej
Ostatnio w Bratysławie byliśmy dwa lata temu i wtedy obiad jedliśmy też na Michalskiej. Lubię to miejsce. Po pierwsze: to piękna uliczka z charakterem, po drugie można tu dobrze zjeść, a po trzecie sporo tu cienia i nigdy nie jest za gorąco. Żeby tu się dostać od strony centrum, trzeba przejść przez bramę o tej samej nazwie. To jest jedyna stara brama, jaka zachowała się w tym mieście. Jej początki sięgają podobno czternastego wieku. Warto też pamiętać, że w czasach gdy koronowano tu węgierskich monarchów, zawsze tędy przemieszczał się królewski orszak. Teraz to takie trochę kultowe miejsce. Jak się jest w Bratysławie, to po prostu wypada być na Michalskiej. W Pradze nie można pominąć mostu Karola, a tu nie należy zapominać o Michalskiej. Brama prowadząca w uliczkę, jest biała, ma strzelistą ponad pięćdziesięciometrową wieżę z czterema tarczami zegarowymi i cebulastym hełmem. Teraz w miejscu, gdzie bywali kiedyś królowie, rozstawione są stoły kliku restauracji. No i dobrze, bo zgłodnieliśmy i chce nam się jeść. Potrzebowaliśmy też chwili odpoczynku, z dala od natarczywego słońca. Przed nami dzisiaj, jeszcze cztery godziny jazdy. Ruszamy zaraz po obiedzie.

                                                                      Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz